Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Космическая фантастика » Lustrzany taniec [Mirror Dance - pl]
Lustrzany taniec [Mirror Dance - pl] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Lustrzany taniec [Mirror Dance - pl]

Электронная книга - «Lustrzany taniec [Mirror Dance - pl]». Краткое содержание книги:

„Lustrzany taniec” stanowi szczególną część sagi barrayarskiej. Powraca w niej Mark, klon-bliźniak Milesa Vorkosigana/Naismitha, który podając się za dowódcę Najemnej Floty Dendarii, przeprowadza szaleńczą akcję desantową w Obszarze Jacksona — części wszechświata, gdzie inżynieria genetyczna rozwija się bez żadnych ograniczeń. Niestety, ponosi klęskę i z pomocą musi mu pospieszyć prawdziwy admirał Naismith. Podczas odwrotu Miles zostaje zabity, ale jego śmierć daje początek lawinie wydarzeń i zaskakujących zwrotów akcji. Przed Markiem stoją nowe nieoczekiwane zadania, którym musi sprostać. Czy przyjaciele Milesa mu pomogą? Jak przyjmie go Barrayar? Czy ma szansę odciąć się od mrocznej przeszłości i przeistoczyć z genetycznej repliki Milesa w człowieka?
1 ... 37 38 39 40 41 42 43 44 45 ... 137
Перейти на страницу:

— To dobrze — odrzekł słabym głosem.

Przez chwilę marudził, chodząc między rzędami mat. Pomieszczenie wydawało się w miarę wygodne i bezpieczne, zważywszy na ogólną sytuację. Znalazł niską platynową blondynkę, która spała na boku, różowa tunika nie przysłaniała jej obfitych kształtów. Zażenowany ukląkł i nakrył ją pod samą brodę. Na wpół świadomie musnął dłonią jej delikatne włosy. Z poczuciem winy spojrzał na Taurę.

— Ona też dostała dawkę synerginy?

— Tak. Najlepiej będzie, jak to prześpi. Kiedy się obudzi, powinna się czuć zupełnie dobrze.

Wziął jedną z opakowanych szczelnie tac z jedzeniem i postawił obok głowy blondynki, żeby od razu po przebudzeniu mogła się posilić. Oddychała równo i spokojnie. Nie mógł dla niej zrobić nic więcej. Uniósłszy głowę, napotkał wymowny, złośliwy wzrok Eurazjatki i szybko się odwrócił.

Bothari-Jesek zakończyła inspekcję i wyszła, a on podążył jej śladem. Przystanęła, aby zamienić dwa słowa z uzbrojonym w ogłuszacz strażnikiem przy drzwiach.

…duże rozproszenie — mówiła. — Najpierw strzelaj, potem dopiero zadawaj pytania. Wszystkie są młode i zdrowe, chyba nie musisz się przejmować żadnymi ukrytymi wadami serca. Ale wątpię, żebyś miał z nimi jakieś kłopoty.

— Z jednym wyjątkiem — wtrącił Mark. — Jest tam ciemnowłosa dziewczyna, szczupła, bardzo ładna — zdaje się, że przeszła jakąś specjalną operację ukierunkowania umysłu. Nie jest… zbyt rozsądna. Proszę na nią uważać.

— Tak jest — rzekł odruchowo żołnierz, ale zreflektował się i zerknął na Bothari-Jesek. — Hm…

— Sierżant Taura potwierdza tę obserwację — powiedziała Bothari-Jesek. — W każdym razie nie chcę, żeby jakiś klon pętał się samopas po statku. Nie mają żadnego przeszkolenia. Ich niewiedza może być równie groźna jak otwarta wrogość. To nie jest rutynowa warta. Miej oczy i uszy otwarte.

Zasalutowali. Żołnierz opanował odruch i nie oddał honorów Markowi, który ruszył truchtem, by nadążyć za długim krokiem Bothari-Jesek.

— Czy traktujemy klony w sposób, jaki ci odpowiada? — spytała po chwili. Nie potrafił ocenić, czy w jej głosie zabrzmiała ironia.

— Na tyle dobrze, na ile pozwalają warunki. — Ugryzł się w język, ale nie mógł powstrzymać wybuchu. — To niesprawiedliwe!

Bothari-Jesek uniosła w zdumieniu brwi.

— Co jest niesprawiedliwe?

— To ja uratowałem te dzieci, a one zachowują się, jak gdybyśmy byli porywaczami, złoczyńcami, potworami. W ogóle się nie cieszą.

— Być może… powinna ci wystarczyć myśl, że je uratowałeś. Nie możesz żądać, żeby się z tego cieszyły… mały bohaterze. — Teraz bez wątpienia ironizowała, choć bez cienia pogardy.

— Liczyłem na skromny dowód wdzięczności. Sympatię, podziękowanie, cokolwiek.

— Zaufanie? — powiedziała cicho.

— Tak, zaufanie! Przynajmniej niektórych. Czy żaden z tych dzieciaków nie wierzy w szczerość naszych intencji?

— Sporo przecierpiały. Na twoim miejscu nie oczekiwałabym zbyt wiele. Może kiedy będą miały okazję poznać więcej dowodów. — Zamilkła i przystanęła na chwilę, po czym odwróciła się do niego. — Ale jeżeli kiedykolwiek odkryjesz, jak nakłonić udręczonego, przerażonego i głupiego dzieciaka, żeby ci zaufał — powiedz Milesowi. Bardzo chciałby wiedzieć.

Mark stał skonsternowany.

— To miało być… pod moim adresem? — zapytał wyschłymi nagle ustami.

Rzuciła okiem ponad jego głową na pusty korytarz i posłała mu pełen goryczy uśmiech.

— Jesteś u siebie. — Wskazała drzwi jego kabiny. — Nie wychodź stamtąd.

Wreszcie udało mu się zasnąć i spał długo, choć gdy Quinn przyszła go obudzić, miał wrażenie, że za krótko. Mark nie wie dział, czy Quinn w ogóle spała, ale zdążyła się przynajmniej umyć i przebrać w szary mundur oficerski. Zaczął już sobie wyobrażać, że złożyła jakiś ślub i będzie chodziła w zakrwawionym mundurze polowym, dopóki nie odzyskają kriokomory. Jednak mimo to jej zaczerwienione oczy i zauważalne napięcie nadal zdradzały wyjątkowe zdenerwowanie.

— Chodź — warknęła krótko. — Musisz znowu porozmawiać z Fellem. Ciągle mnie zwodzi. Zaczynam podejrzewać, że może jest w zmowie z Bharaputrą. Nie rozumiem, coś mi tu nie pasuje.

Pociągnęła go znów do kabiny dowodzenia, choć tym razem obyło się bez mikrosłuchawki. Quinn stanęła po prostu bardzo blisko niego, tak że postronny obserwator mógłby uznać, że występuje w roli jego ochrony i asystentki; Mark natomiast pomyślał, że stoi na tyle blisko, aby bez wysiłku chwycić go za włosy i poderżnąć gardło.

Komandor Bothari-Jesek zajęła wolne krzesło w tym samym miejscu co poprzednio i przyglądała mu się w milczeniu. Przez chwilę skupiła wzrok na wyczerpanej i rozdrażnionej Quinn, ale nic nie powiedziała.

Kiedy nad talerzem holowidu ponownie zjawiła się zaróżowiona twarz barona Fella, można było bez trudu odgadnąć, że powodem jej barwy jest gniew, a nie wesołość.

— Admirale Naismith, powiedziałem komandor Quinn, że gdy zdobędę pewne informacje, skontaktuję się z panem.

— Baronie, komandor Quinn… służy mi. Proszę wybaczyć jej natarczywość. Ona po prostu, hm, wiernie wyraża moje zaniepokojenie. — Typowe dla Milesa kwieciste zwroty przychodziły mu bez trudu. Palce Quinn wpiły się boleśnie w jego ramię, dawała mu do zrozumienia, żeby za daleko nie dał się ponieść inwencji. — Jakie więc, powiedzmy, mniej pewne informacje ma pan dla nas?

Fell odchylił się na krześle, marszcząc brwi, choć wyraźnie już został udobruchany.

— Mówiąc wprost, Bharaputranie twierdzą, że nie mogą znaleźć waszej kriokomory.

— Musi tam być — syknęła Quinn.

— Spokojnie, Quinnie. — Mark poklepał ją po ręce. Jej dłoń zacisnęła się jak imadło. Rozchyliła nozdrza, lecz zdołała uśmiechnąć się do holowidu. Mark zwrócił się ponownie do Fella. — Baronie, czy — pańskim zdaniem — Bharaputranie kłamią?

— Nie sądzę.

— Czy ktoś inny może potwierdzić pańską opinię? Mam na myśli agentów tam na miejscu albo kogoś w tym rodzaju.

Baron wykrzywił usta.

— Doprawdy, admirale, nie mogę panu powiedzieć.

Oczywiście, że nie. W zamyśleniu przetarł twarz ruchem charakterystycznym dla Naismitha.

— Mógłby pan powiedzieć coś konkretnego na temat poczynań Bharaputran?

— W tej chwili dosłownie wywracają swój kompleks medyczny na lewą stronę. W poszukiwaniach biorą udział wszyscy pracownicy i funkcjonariusze sił bezpieczeństwa przybyli w związku z waszą akcją.

— A czy możliwe, że urządzają farsę, aby nas zmylić?

Baron zamilkł na chwilę.

— Nie — rzekł w końcu z przekonaniem. — Naprawdę robią, co w ich mocy. Na wszystkich poziomach. Czy zdaje pan sobie sprawę… nabrał głęboko powietrza — jaki wpływ może mieć porwanie barona Bharaputry na układ równowagi sił pomiędzy Wielkimi Domami Obszaru Jacksona, jeżeli okaże się to czymś więcej niż krótkim epizodem?

— Nie. Jaki?

Baron uniósł podbródek, wypatrując na jego twarzy szyderstwa. Pionowe zmarszczki między jego oczami pogłębiły się i rzekł poważnie:

— Musi pan sobie zdawać sprawę, że wartość pańskiego zakładnika może maleć z czasem. Bezkrólewie w Wielkim Domu, a nawet w Domu Mniejszym, nie może trwać długo. W każdym istnieją, czasem w tajemnicy, frakcje młodych gniewnych, które czyhają na nadarzającą się sposobność. Nawet gdyby Lotus udało się skłonić lojalnego wobec Vasy Luigiego porucznika do zastąpienia go i utrzymania pozycji — z upływem czasu zrozumie on, że powrót jego pana oznacza dla niego zarówno nagrodę, jak i degradację. Wielki Dom przypomina mityczną hydrę. Jeśli odrąbać jedną głowę, w jej miejscu odrasta siedem — i zaczynają się nawzajem za gryząc. Ostatecznie zostaje jedna. Tymczasem Dom słabnie, a wszystkie jego dawne układy i sojusze stoją pod znakiem zapytania. Niepokój zatacza coraz szersze kręgi, obejmuje inne domy… niechętnie widzi się tu tak gwałtowne zmiany. Nikt ich tu nie lubi. — Zwłaszcza sam baron Fell, uznał Mark.

1 ... 37 38 39 40 41 42 43 44 45 ... 137
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)