Lustrzany taniec [Mirror Dance - pl]
- Автор: Буджолд Лоис Макмастер
- Год: 2002
- Язык: польский
- Год: Pr
- ISBN: 3-7337-142-7
- Переводчик: Lukasz Praski
- Жанр: Космическая фантастика
Электронная книга - «Lustrzany taniec [Mirror Dance - pl]». Краткое содержание книги:
Formacja dendariańska utworzyła w końcu zwarty szyk i ruszyła w górę. Mark opadł na fotel, chwytając się kurczowo oparcia. Obserwując monitor, zdał sobie sprawę, że wahadłowce myśliwskie były bardziej narażone na ogień niż desantowce. Jeden z myśliwców wyraźnie miał kłopoty z nabraniem prędkości. Trzymał się blisko wahadłowca Żółtych. Formacja dostosowała do niego swoje tempo. Ale przynajmniej raz wszystko przebiegało zgodnie z planem. Kiedy wyszli z atmosfery i skierowali się w stronę orbity, bharaputrańskie myśliwce z ociąganiem zawróciły.
Zmęczona Quinn oparła łokcie na konsoli i ukryła zaczerwienioną twarz w dłoniach, trąc obolałe powieki. Thorne siedział blady, milczący. Wszyscy troje, Quinn, Thorne i Mark, mieli na sobie podobne ślady krwi, które wiązały ich niczym czerwona szarfa.
Wreszcie pojawiła się przed nimi Stacja Fella. Była to ogromna konstrukcja, największa z orbitalnych stacji transferowych wokół Obszaru Jacksona, gdzie mieściła się siedziba Domu Fell i jego główne miasto. Baron Fell utrzymywał wysoką pozycję, która bardzo mu się podobała. W delikatnej sieci wzajemnych powiązań Wielkich Domów, Dom Fell dysponował chyba największą siłą i zdolnością niszczenia przeciwników. Ale siła na Jacksonie rzadko przynosiła korzyści, tu osiągnięcia liczyło się w pieniądzach. Czym Dendarianie chcieli zapłacić za pomoc lub przynajmniej neutralność Fella? Osobą barona Bharaputry uwięzionego teraz w ładowni? Jaką wartość przetargową przedstawiały wobec tego klony, taką jak niewarte uwagi drobne? I pomyśleć, że gardził Jacksończykami za to, że są ucieleśnieniem bezdusznego handlu.
Stacja Fella wyłaniała się właśnie z cienia planety. Wędrująca linia rozdzielająca ciemność i światło słoneczne powoli odsłaniała ogrom budowli. Powoli wytracali prędkość, zbliżając się do ramienia stacji i podając namiary kontroli lotów Fella oraz uzbrojonym holownikom, które nagle pojawiły się obok, aby ich eskortować. Do stacji zbliżał się „Peregrine”. Desantowce i myśliwce okrążały swój macierzysty statek, podchodząc do blokad doków jak posłuszne dzieci. Sam „Peregrine” delikatnie zatrzymał się w wyznaczonym miejscu cumowania.
Szczęk blokad u lewej burty statku i syk zamków rękawa wyjściowego oznajmiły im, że są w domu. Dendarianie pospiesznie przetransportowali rannych z ładowni do szpitala pokładowego na „Peregrinie”, a potem wrócili i już wolniej przystąpili do rutynowych działań podczas cumowania. Quinn przemknęła obok nich, a po piętach deptał jej Thorne. Mark ruszył ich śladem, jak gdyby rzeczywiście łączyła ich śmiertelna krwawa szarfa.
Quinn biegła do bocznego włazu na sterburcie, gdzie wkrótce miał przycumować wahadłowiec Framinghama. Dotarli na miejsce w chwili, gdy przymocowano rękaw, dlatego na początku musieli przepuścić wynoszonych rannych. Mark z niepokojem rozpoznał wśród nich Tonkina, który wcześniej towarzyszył Norwoodowi. Tonkin zmienił rolę, z eskorty sam stał się pacjentem. Miał pociemniałą i nieruchomą twarz, gdy nieprzytomnego przenoszono go spiesznie na lotopaletę. Coś tu jest nie tak.
Quinn niecierpliwie przestępowała z nogi na nogę. Z wahadłowca zaczęli wysiadać Dendarianie, prowadzili klony. Quinn zmarszczyła brwi i zaczęła sobie torować drogę przez tłum, kierując się na pokład wahadłowca.
Thorne i Mark także weszli przez rękaw i znaleźli się w chaosie spowodowanym brakiem grawitacji. Dzieci-klony płakały lub miały silne mdłości — Dendarianie usiłowali je złapać i skierować do wyjścia. Jeden z komandosów uzbrojony w ręczny generator próżni gonił krople ostatniego posiłku któregoś dziecka, aby wszyscy nie musieli ich wdychać. Wśród krzyków i gwaru trudno było zebrać myśli. Wrzaski Framinghama, usiłującego przywrócić wojskowy dryl i przyspieszyć wyprowadzenie przerażonych klonów z ładowni, nie przynosiły żadnego skutku.
— Framingham! — Quinn podpłynęła bliżej i złapała go za kostkę. — Framingham! Gdzie jest kriokomora, którą eskortował Norwood?
Spojrzał na nią, marszcząc brwi.
— Przecież sama pani powiedziała, pani komandor, że wy ją macie.
— Co?
— Powiedziała pani, że macie Phillipi. — Skrzywił usta ze wzburzeniem. — Do diabła, jeżeli ją zostawiłem, nie wiem…
— Zgadza się, mamy Phillipi, ale jej… już nie ma w kriokomorze. Norwood miał dostarczyć komorę do ciebie. Norwood i Tonkin.
— Nie mieli jej, kiedy mój patrol ich wyciągnął. Zabraliśmy ich obu. Norwood zginął. Dostał w oko jednym z tych cholernych granatów igłowych. Roztrzaskało mu głowę na kawałki. Ale nie zostawiłem jego ciała, jest w worku.
Hełmy dowódców przyciągają ogień. Wiedziałem… Nic dziwnego, że Quinn nie mogła połączyć się z Norwoodem.
— Kriokomora, Framingham! — W głosie Quinn zabrzmiał krzyk rozpaczy, jakiej Mark nigdy u niej nie słyszał.
— Nie widzieliśmy żadnej kriokomory, Quinn! Norwood i Tonkin jej nie mieli! Zresztą dlaczego miałaby być taka ważna, skoro nie było w niej Phillipi?
Quinn puściła jego nogę i odpłynęła w powietrzu, przyciągając do piersi nogi i kuląc się z bólu. Jej oczy były wielkie i ciemne. Powstrzymała się, by nie bluznąć stekiem przekleństw, zacisnęła zęby tak mocno, że zbielały jej dziąsła. Thorne zbladł jak ściana.
— Thorne — powiedziała Quinn, kiedy już odzyskała głos. — Połącz się z Eleną. Od tej chwili obydwa statki zachowują absolutną ciszę w eterze. Nie ma wyjść, przepustek ani kontaktów ze Stacją Fella bez mojego pozwolenia. Powiedz jej, żeby zabrała ze sobą porucznika Harta z „Ariela”. Chcę się z nimi natychmiast widzieć, osobiście. Idź.
Thorne skinął głową, obrócił się w powietrzu i odepchnął, zmierzając w stronę pokładu załogowego.
— O co chodzi? — spytał sierżant Framingham.
Quinn wolno wciągnęła powietrze.
— Framingham, zostawiliśmy na dole admirała.
— Co pani wygaduje, przecież stoi tutaj… — Palec sierżanta wycelował prosto w Marka. Jego dłoń zacisnęła się w pięść. — Och. — Zamilkł. — To jego klon.
Oczy Quinn płonęły; Mark czuł, jak przeszywają mu czaszkę niczym wiertła laserowe.
— Może nie — rzekła ze śmiertelnym znużeniem w głosie. — Dom Bharaputra wcale nie musi o tym wiedzieć.
— Tak? — Framingham zmrużył oczy, zastanawiając się nad jej słowami.
Nie! — krzyknął w duchu Mark. Cicho. Bardzo cicho.
ROZDZIAŁ ÓSMY
Czuł się, jakby zamknięto go w jednym pokoju z połową tuzina skacowanych seryjnych morderców. Mark słyszał oddech wszystkich osób siedzących przy oficerskim stole konferencyjnym. Narada odbywała się w sali odpraw przylegającej do głównej kabiny dowodzenia na „Peregrinie”. Oddech Quinn był najlżejszy i najszybszy, sierżant Taury — ciężki i złowrogi. Tylko Elena Bothari-Jesek, zajmująca swoje stałe miejsce u szczytu stołu, oraz porucznik Hart siedzący po jej prawej ręce byli ubrani w schludne stroje pokładowe. Reszta zjawiła się w tym, co miała na sobie podczas morderczej akcji — podartych ubraniach, wydzielających nieprzyjemną woń: Taura, sierżant Framingham, porucznik Kimura oraz Quinn, która siedziała po lewej ręce Eleny Bothari-Jesek. I oczywiście on, samotny na przeciwległym końcu podłużnego stołu.
Komandor Bothari-Jesek ze zmarszczonymi brwiami, bez słowa, puściła wokół stołu fiolkę z tabletkami przeciwbólowymi. Sierżant Taura wzięła sześć. Tylko porucznik Kimura nie chciał się poczęstować. Taura podała tabletki przez stół Framinghamowi, zupełnie ignorując Marka, który marzył o nich jak spragniony człowiek o szklance wody i nagle poczuł się, jakby zawartość szklanki wylano na jego oczach prosto na pustynny piasek. Okrążywszy stół, fiolka wróciła do kieszeni pani komandor. Oczy Marka pulsowały w tym samym rytmie co skronie, a skóra z tyłu głowy zdawała się napięta jakby wysychał na słońcu.