Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Научная фантастика » Pan Lodowego Ogrodu. Tom II
Pan Lodowego Ogrodu. Tom II - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Pan Lodowego Ogrodu. Tom II

Электронная книга - «Pan Lodowego Ogrodu. Tom II». Краткое содержание книги:

Jarosław Grzędowicz — urodzony w 1965 roku, debiutował w 1982 na łamach tygodnika „Odgłosy” opowiadaniem Azyl dla starych pilotów. Klub absolutnej karty kredytowej (publikacja w internecie w 1999 r.) otrzymał nominację do Nagrody Elektrybałta, a po publikacji w Wizjach alternatywnych 2002 także nominację do nagrody Sfinksa. W 1990 roku wraz z Andrzejem Łaskim, Krzysztofem Sokołowskim, Dariuszem Zientalakiem i Rafałem Ziemkiewiczem założył magazyn literacki „Fenix”, w którym prowadził dział prozy polskiej, a od 1993 roku był jego redaktorem naczelnym.
Oprócz tego pracuje jako dziennikarz „wolny strzelec”, prowadzi stałą rubrykę naukowo-cywilizacyjną w Gazecie Polskiej i tłumaczy komiksy, głównie z serii Usagi Yojimbo i Batman.
W Fabryce Słów ukazała się Księga jesiennych demonów, jego pierwszy autorski zbiór opowiadań grozy.
Pan Lodowego Ogrodu to pierwsza powieść Jarosława Grzędowicza, w mistrzowski sposób łącząca elementy science fiction i fantasy.
Ilustracje Jan J. Marek
1 ... 30 31 32 33 34 35 36 37 38 ... 116
Перейти на страницу:

Przez jakiś czas wydawałem jeszcze rozmaite dzikie dźwięki, ciskając się po niszy, ale w końcu zacharczałem i ucichłem, jakbym osłabł. Nasłuchiwałem tylko.

Wiedziałem, że jeśli adeptka wróci zamienić szkatuły w nadziei, że zemdlałem, będę musiał ją zabić.

Bo przypomniałem sobie. Poznałem ją.

A przynajmniej tak mi się wydawało. To było niemal niemożliwe, lecz jeśli się nie myliłem, wiedziałem, że gdybym został z nią choćby jeszcze przez chwilę, gdybym spojrzał jej w oczy, gdybym jej dotknął, ona poznałaby mnie również.

Na własną i moją zgubę.

Mirah.

Nałożnica, z którą moja nauczycielka i kochanka Aiina, moja jedyna Aiina, całe wieki temu rozkazała spędzić noc na miłosnych zmaganiach.

Mirah, która miała sprawdzić, jak wiele się nauczyłem. Wieki temu, w dalekim mieście, w pawilonie pałacowego kompleksu zwanego Wioską Chmur. Młody książę i ona. Piękna, smagła niczym kebiryjska księżniczka. Zgoliła czerwone włosy, zmieniła zwiewne jak mgła tkaniny na szorstkie płótno szaty adeptki, zdjęła delikatne łańcuszki z kostek i nadgarstków, wytatuowała policzki, dłonie i czoło w święte znaki, wychudła, ale wciąż miała te same oczy podobne do szmaragdów. Te same usta. I te same dłonie, które wciąż pamiętałem.

Siedziałem na posłaniu, ocierałem skrawkiem szmaty krew z nosa i czułem, jak z przerażenia, podniecenia i wysiłku wali mi serce.

W podbrzuszu czułem ostry ból niespełnienia, czułem też, że trzeszczy mi w poobijanej głowie.

Miałem nadzieję, że się myliłem, może to był ktoś tylko podobny, może jakaś krewna, lecz wiedziałem, że się oszukuję. Są rzeczy, których się nie zapomina. Czas może spłukać myśli niby deszcz. Może zmazać nawet takie rzeczy, które kiedyś były najważniejsze. Ale pieszczoty i spojrzenia kochanków zostają. Zwłaszcza takie pieszczoty, jakimi potrafiła obdarzyć Mirah, i takie spojrzenie. Jej usta, jej oczy i jej palce. Byłem pewien.

Do rana siedziałem i nasłuchiwałem. Głęboka, czarna noc labiryntu niosła jakieś dźwięki, jakby szepty lub kroki, ale kiedy wyglądałem z niszy, nie widziałem nikogo. Zasypiałem na krótko, lecz wystarczył świst wiatru albo krzyk ptaka i budziłem się natychmiast.

Dla pewności przeniosłem skrzynkę, starając się jej nie dotykać inaczej niż przez szmatę, i umieściłem tak, żeby nie dało się po nią sięgnąć niepostrzeżenie podczas mojego snu.

Jednak i tak spałem niewiele i bardzo płytko.

Brus wrócił dopiero rano. Wczołgał się do niszy i usiadł pod ścianą, rozcierając ramiona, jakby trząsł się z zimna. Był bardzo blady, a na jego ramieniu pojawił się napuchnięty, purpurowy ślad po ukąszeniu.

Spojrzał na mnie, ale dotknął pięścią ust, zanim zdążyłem się odezwać. Siedział nieruchomo i widziałem, że walczy ze zmęczeniem. Głowa opadała mu na kolana i po chwili znowu się budził. Tak samo jak ja.

O świcie przynieśli nam wiadro wody do mycia i odrobinę papki z warzyw, a nawet lekko słodkawe orzechowe ciasteczka. Wszystko przyniósł łysy starzec, Mirah się nie pojawiła.

Zebraliśmy swoje rzeczy w milczeniu. Nie miałem pojęcia, co wydarzyło się tam, z komnacie archimatrony. Przyszło mi tylko do głowy, że gdyby Brus zabił ją, jak podpowiadał rozsądek, wróciłby w nocy. Poza tym nie nakazywał pośpiechu. Zaraz po śniadaniu założył maskę i nie mówił do mnie w inny sposób, niż wydając krótkie rozkazy, podobne do tych, jakie wydaje się psu. Najczęściej jednak wskazywał jedynie coś palcem.

Ledwo zawinęliśmy szkatułę i uporządkowaliśmy szaty, pojawił się ten sam kapłan nieodgadnionej płci, który prowadził nas poprzedniego dnia.

— Archimatrona przekazuje na drogę kosz owoców i życzenia, by droga, którą podróżuje Słowo wysłana była błogosławieństwami Podziemnej Matki — wyrecytował.

— Niech Matka ma w opiece tę Wieżę i wszystkich, którzy chronią się w jej cieniu — odparł Brus, odzywając się ludzkim głosem po raz pierwszy tego dnia.

Odprowadzono nas na zewnętrzny dziedziniec. Szedłem w milczeniu, czując, że serce wyskoczy mi zaraz z gardła. W każdej chwili spodziewałem się widoku świątynnej straży, muru okrągłych tarcz z wizerunkiem Podziemnego Łona i włóczni. Raz byłem pewien, że będzie ich prowadzić Mirah, raz, że archimatrona lub obie, a czasem zakładałem, że będą po prostu czekali przy bramie.

Zamiast tego zobaczyłem nasz zdobyczny wózek z naprawioną osią, zaprzężony w te same zwierzęta. Brus wgramolił się na siedzenie i ukląkł na skórzanych poduszkach, po czym gestem palca kazał otworzyć sobie wielki parasol. Zrobiłem, co kazał, przy okazji rzuciłem okiem na tył wozu i stwierdziłem, że nasze kosze, kije szpiega, tobołki z ubraniami leżą tak, jak je zostawiliśmy

Ująłem lejce oraz długą trzcinę.

A potem staliśmy długo w milczeniu i czekaliśmy.

Usłyszałem zgrzyt rygli, wreszcie wrota otworzyły się, wpuszczając światło słońca. Dźgnąłem onagery trzciną, dwukółka ruszyła i wyszliśmy do miasta. Ponownie w stronę mostu.

Idąc, zadarłem twarz ku słońcu, bo miałem wrażenie, jakby ofiarowano mi je na nowo. Nawet zatłoczony, cuchnący plac, nędzne uliczki i krzywe chałupy osady Aszyrdym wydawały mi się piękne.

Wiedziałem jednak, że za wcześnie na radość.

Toczyliśmy się przez miasto, a gdziekolwiek pojawiał się nasz wózek, ludzie klękali, opierając pięści o ziemię. Szedłem i ani razu nie obejrzałem się na sterczącą nad okolicą Czerwoną Wieżę.

Tym razem pod mostem nie było wielu ludzi.

Wojsko jednak stało tak samo, jak poprzedniego dnia.

Spojrzałem na przegradzające kamienny most obwieszone tarczami wozy taborowe i znowu poczułem jakby w moim gardle zamieszkał zwinięty w kłębek wąż.

— Ani słowa — zabrzęczał głos Brusa zza maski.

Za stołem siedział inny dziesiętnik niż wczoraj. Głowę owiązał chustą, popijał wodę z bukłaka, nogi trzymał wygodnie na stole.

W kolejce czekało ledwo parę osób, jakiś samotny wędrowiec, rodzina z kilkorgiem dzieci, starzec wsparty na kiju.

Pod ścianą opodal mostu nie było jeszcze tłumu zatrzymanych. Na razie klęczało tam jedynie troje podróżnych, z rękami splecionymi na głowach. Pilnował ich żołnierz z włócznią, który siedział sobie na beczce i gryzł owoc. Pozostali snuli się po placu albo siedzieli w cieniu pod ścianą w rozwrzeszczanej gromadzie i grali w kości. Między nimi stała owinięta rzemieniem tykwa, żołnierze podawali sobie glinianą fajkę, bezceremonialnie wypuszczając kłęby bakhunowego dymu.

Pomyślałem, że wystarczyłby hon jazdy, żeby rozbić ich w pył. I niewiele więcej, by zdobyć całe miasto. Tylko co dalej?

Kiedy podjechaliśmy do pierwszego posterunku, dowódca kończył właśnie rozmowę ze stłoczoną w trwożną grupkę rodziną. Mężczyzna i kobieta nerwowo grzebali za pazuchą i w zakamarkach szat, a obok stolika stał duży kosz, taki jak do noszenia chleba, w którym leżały już najróżniejsze przedmioty. Nóż w drewnianej pochwie, garść miedziaków, jakieś zdobione szylkretem pudełka, trochę taniej biżuterii, kolorowe szmatki. Albo podróżni musieli opłacać się posterunkowi, albo były to zakazane przedmioty, bo dostrzegłem w koszu też ze dwie zdobione metalem tykwy na paskach, w jakich nosiło się wino palmowe na drogę, oraz ładną fajkę ze srebra i drogiego drewna.

1 ... 30 31 32 33 34 35 36 37 38 ... 116
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)