Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Научная фантастика » Światy braci Strugackich - Czas uczniów
Światy braci Strugackich - Czas uczniów - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Światy braci Strugackich - Czas uczniów

Электронная книга - «Światy braci Strugackich - Czas uczniów». Краткое содержание книги:

Antologia opowiadań rosyjskich
Wybór: Andriej Czertkow
Borys Strugacki — „O problemie materializacji światów”
Siergiej Łukjanienko — „Krzątanina w czasie”
Ant Skałandis — „Druga próba”
Leonid Kudriawcew — „I myśliwy…”
Nikołaj Romanieckij — „Obarczeni szczęściem”
Wiaczesław Rybakow — „Trudno stać się bogiem”
Andriej Łazarczuk — „Wszystko w porządku”
Michaił Uspienski — „Smocze mleko”
Wadim Kazakow — „Lot nad żabim gniazdem”
Andriej Czertkow — „Nie umówione spotkania”
1 ... 30 31 32 33 34 35 36 37 38 ... 137
Перейти на страницу:

— Golem, dlaczego pan mnie okłamuje? — przerwał mu Wiktor.

— Ja pana?

— Oczywiście. Przecież nie uważa pan ich za chorych. Sam pan mi mówił, że nie ma ich co leczyć.

— Bo odchylenia psychotyczne nie poddają się leczeniu, Wik-1 torze. Psychotyków się chroni przed oddziaływaniem świata zewnętrznego. A świat zewnętrzny przed nimi.

— Czy naprawdę są do tego potrzebne ciężkie czołgi? — sarkastycznie zapytał Wiktor i dopił ostatnią porcję.

— Czasami — filozoficznie zauważył Golem.

— Dobrze, ale mam jeszcze jedno pytanie: dlaczego tam są wpuszczane dzieci?

— Skąd pan wie, że wpuszczają dzieci?

— W mieście tak mówią. Poza tym widziałem tam dzisiaj tych w safari…

— W mieście — powiedział Golem pouczającym tonem — mówią wiele ciekawych rzeczy. Na przykład mój przyjaciel Vernon, zresztą lekarz z wykształcenia, wie pan, co powiedział? Ze wkrótce wszyscy przestaniemy oddawać mocz, ponieważ ciecz będzie usuwana z organizmu wyłącznie przez pory skóry. A pan mówi o dzieciach… Ci w safari to członkowie Rady Weteranów Ostatniej Wojny, RWO W. Tylko oni mają wolny wstęp na teren Obozu. Prowadzą pokojowe negocjacje z Beduinami.

— Ach, jakie to dla nas typowe! — zawołał Wiktor i roześmiał się głośno. — Pokojowe negocjacje pod lufami czołgów, za drutami kolczastymi, między dziećmi i brodatymi mudżahedina-mi, przy czym i jedni, i drudzy są uzbrojeni po zęby, a w prasie ani słowa o tym, co się tam dzieje! Jakież to współczesne i demokratyczne!

— Negocjacje, nawiasem mówiąc, są bardzo poważne. Nienawiść to nie żarty. Chce pan coś usłyszeć? Religijne przesądy… słynny fundamentalizm… najnowsze doktryny wojenne… pragmatyczne podejście do masowych psychoz… nowy zwój tej samej spirali, ale w innym wymiarze… — Golem mówił cicho, monotonnie i jakoś niezrozumiale, urwanymi frazami. Głos jego coraz bardziej zagłuszał ryk potężnego silnika i Wiktor nagle zauważył, że znany psychiatra siedzi na lufie czołgu, tuż przy jej nasadzie, i wcina duże kawały soczystego arbuza; zimny różowy sok ścieka mu po podbródku, a pestkami pluje na wszystkie strony niczym dzieciak. Jedna z pestek trafiła Wiktora w policzek.

— Co pan robi, Golemie?! — rzekł oburzony Wiktor. — Na wam mucha — odpowiada Golem.

— Nie na wam, ale na was — poprawia Wiktor.

— Nie, na wam — upiera się Golem. — Na mnie nie ma.

Potem nagle zrobiło się zupełnie ciemno. I cicho. Tylko słychać było w tej ciszy, jak z końca lufy kapią na rozpalony piasek ciężkie, lepkie krople arbuzowego soku.

Irma otworzyła drzwi i obojętnie powiedziała:

— Wejdź, tato.

Wiktor natychmiast zapomniał, po co przyszedł. Głowę miał ciężką, chciało mu się spać, a przede wszystkim marzył o kąpieli. Mrzonki, rzecz jasna; w tym celu trzeba by pojechać na daczę do Seleny, a to akurat było niewykonalne.

Przed odwiedzinami u córki umyślnie nie pił nic z samego rana, tylko odrobinkę: dużą szklankę soku z cytryny i kieliszeczek koniaku, po prostu, jak pisał Wienieczka Jerofiejew, żeby tak nie mdliło. A potem pół łyżki sody w proszku i łyk wody. Tylko ta głowa… głowa była ciężka.

Wszedł do pokoju, usiadł na starej wytartej wersalce, spojrzał na Irmę. Stała oparta o krzesło i w swojej skromnej, ale wytwornej domowej sukience wyglądała naprawdę bardzo ładnie. Stawała się coraz bardziej podobna do Loli, ale — niewątpliwie — była od niej piękniejsza.

— Boże, co ci się stało w oko?

— Miałem wypadek. Drobiazg. Przejdzie.

— A co, papciu, tak w ogóle u ciebie?

— Och, nic. Dostałem duże honorarium za scenariusz serialu telewizyjnego, przyjechałem tu odpocząć, pogawędzić ze starymi przyjaciółmi, a tu widzisz, co się wyczynia: jakieś czołgi, Beduini, strzelanina na ulicach i ten upał! Gdybym wiedział, nie przyjechałbym. Słuchaj, przecież zawsze lubiłaś deszcz. Boł-Kunac też. Dlaczego więc tu się przeprowadziłaś?

— Nigdzie się nie przeprowadzałam, tato…

— Jak to? Nie rozumiem. Przecież to zupełne inne miasto. Miasto, w którym byłem w wojsku. Tamto to było miasto, w którym się urodziłem.

— Tak — zgodziła się Irma. — To jest zupełnie inne miasto A tamtego miasta po prostu już nie ma. Nie istnieje. Aleja si nigdzie nie przeprowadzałam.

— Jasne… — bąknął Wiktor.

Nic nie było jasne, a w ociężałej głowie zaczął rodzić si i wzmagać ból. Musiało się to jakoś odbić na jego twarzy. Irm zapytała:

— Tato, chcesz kawy?

— Nie jestem pewien — odpowiedział.

Wszedł Boł-Kunac. Żałośnie przygarbiony, zupełnie siwy z pożółkłą skórą i fajką w kąciku ust. Wiktor ledwo go poznał

— Dzień dobry, panie Baniew! Jego głos niemal wcale się nie zmienił! Dziwne!

— Mówiłeś tak do mnie, kiedy byłeś chłopcem. — Wiem. Od razu przypomniałem sobie tamte czasy. Chce pan piwa?

— Z przyjemnością, jeśli macie. A ty będziesz pił?

— Oczywiście.

Boł-Kunac usiadł w fotelu i zapalił fajkę. Irma przyniosła sześciopak piwa z lodówki i poszła przygotować kawę.

— Jak stoicie z pieniędzmi? — zapytał Wiktor.

— Dobrze, naprawdę dobrze — powiedział Boł-Kunac. — Dziękuję, panie Baniew.

— A nie wydaje się wam, że trzeba stąd wyjechać?

— Przez jakiś czas wydawało się, że trzeba, ale już jest za późno.

— W jakim sensie?

— W każdym — powiedział Boł-Kunac. — Wiek, dzieci nigdzie nie pojadą i… my już nie zdążymy wyjechać. Poza tym dokąd?

— Dokądkolwiek! Czy teraz są z tym problemy? — zapytał Wiktor. — I co to znaczy: nie zdążycie wyjechać?

— Cóż, problemów prawnych oczywiście nie ma, a pieniędzy starczyłoby nawet na USA. Ale są dzieci. August jest członkiem Rady Weteranów Ostatniej Wojny, Chica jest studentką uniwersytetu, zostanie socjopsychologiem. Przecież będą uczestnikami wydarzeń. Wydarzenia zaś szykują się gorące i są tuż- tuż, czyżby pan jeszcze tego nie zrozumiał? Wydarzenia będą takie, że nie tylko wyjechać, ale pójść stąd na piechotę się nie da.

— Właśnie o tym chciałem z tobą porozmawiać. Bez Irmy. Może wyjedźcie przynajmniej na jakiś czas: do stolicy albo na odwrót, gdzieś na prowincję. Mam przecież dom na wsi.

— Dziękujemy, panie Baniew, zostaniemy tutaj. Boł-Kunac otworzył drugą puszkę piwa i otoczył się kłębami błękitnego dymu.

— Posłuchaj, Boł — powiedział Wiktor. Znowu nie wiedział, po co tu przyszedł. — Czy ty jesteś w stanie wytłumaczyć, dlaczego świat tak gwałtownie się zmienił?

— Chyba dlatego, że przegraliśmy. Wtedy. Mieliśmy szansę. Mieliśmy ogromną siłę w ręku. Ale przekształciliśmy ją w piękno. W boskie piękno. Jednakże nasze róże, najpiękniejsze na świecie róże, nie miały kolców. Pamięta pan Exupery’ego? Róże powinny mieć kolce. Piękno musi mieć służbę bezpieczeństwa, ale nie pomyśleliśmy o tym. Sądziliśmy, że na świecie istnieją tylko pary przeciwieństw: piękno i brzydota, dobro i zło, mądrość i głupota, a cała reszta mieści się między tymi biegunami. Nie, nie upraszczaliśmy świata, po prostu wykoślawiliśmy go tak, jak nam to było wygodne, jak nam podpowiedziano, a wykrzywiony świat nam się spodobał, strasznie spodobał. Natomiast za jego granicami istniał świat realny, w którym uznawano dziesięć różnych rodzajów piękna i tyleż brzydoty, setkę zasadniczo różnych poglądów na rozum i tyleż na głupotę, i dziesięć tysięcy niepodobnych do siebie wyobrażeń dobra i zła. Nasz świat wytrzymywał ciśnienie rzeczywistości, póki nie skończyła się energia, która podtrzymywała jego istnienie, a potem akumulator się wyczerpał, a generator, własne źródło energii, nie zadziałał. I nasz świat się rozpadł.

1 ... 30 31 32 33 34 35 36 37 38 ... 137
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)