Kwestia honoru [Field of Dishonor - pl]
- Автор: Вебер Дэвид Марк
- Год: 2001
- Язык: польский
- Год: REBIS
- ISBN: 83-7301-093-9
- Переводчик: Jaroslaw Kotarski
- Жанр: Космическая фантастика
Электронная книга - «Kwestia honoru [Field of Dishonor - pl]». Краткое содержание книги:
— Wiem.
Potarła czubek nosa, zastanawiając się, jak najlepiej wytłumaczyć mu tę pozorną niekonsekwencję. Beowulf przewodził skolonizowanej galaktyce w dziedzinie nauk przyrodniczych i wypracował najbardziej zaawansowaną inżynierię genetyczną, zwłaszcza w stosowanej eugenice. Reszta galaktyki praktycznie zaprzestała prowadzenia tych badań, podobnie jak stosowania na szeroką skalę inżynierii genetycznej na ponad siedemset standardowych lat. Powodem była Ostateczna Wojna rozegrana na Ziemi w dziesiątym stuleciu Po Diasporze, w której wykorzystano specjalistyczne bronie biologiczne i inne konstrukcje genetyczne z „superżołnierzami” na czele. Efektem było tak niewiarygodne spustoszenie planety, że według większości historyków jedynie ekspedycje ratunkowe wysłane przez inne planety niedawno utworzonej Ligi Solarnej uratowały Ziemię. A system Słoneczny i tak potrzebował prawie pięciuset standardowych lat, by odzyskać dominującą pozycję w galaktyce.
Jedynie mieszkańcy Beowulfa nie poddali się powszechnej panice, gdy rozniosła się wieść, jakie skutki przyniosło bojowe zastosowanie genetyki. Stało się tak prawdopodobnie dlatego, że stosunkowo niewiele badań prowadzonych na Beowulfie miało na celu poprawianie gatunku ludzkiego, a ta najstarsza z kolonii na długo przed tym makabrycznym konfliktem stworzyła własny, surowo przestrzegany kodeks zasad etycznoprawnych dotyczących wykorzystywania genetyki. Zresztą presja ze strony innych planet była dziwnie słaba, gdy okazało się, że właśnie medycy z Beowulfa zdołali pokonać i zlikwidować najgorsze choroby i genetyczne zniszczenia u niedobitków ziemskiej populacji po zakończeniu walk.
Zasad tych przestrzegano nadal, mimo iż od zakończenia wojny minęło prawie tysiąc lat standardowych. Z czasem być może nawet się one nieco zaostrzyły. Na większości planet do sprawy podchodzono tak jak na Manticore — to, czy ciąża została donoszona naturalnie, czy też po zapłodnieniu zarodek przenoszono do inkubatora, nie stanowiło żadnej różnicy. Zwolenników metody in vitro było sporo i mieli logiczne argumenty — nie dość, że płód przez cały czas pozostawał pod kontrolą aparatury monitorującej jego rozwój, co pozwalało na stosunkowo łatwe korygowanie nieprawidłowości, to dodatkowo dzięki tej metodzie kobiety służące w siłach zbrojnych zawodowo mogły połączyć macierzyństwo z pracą. Na Beowulfie generalnie nie stosowano tej metody.
— To dość trudno wyjaśnić — odezwała się w końcu Honor. — Wydaje mi się, że ma to wiele wspólnego z faktem, że tylko na Beowulfie nie zarzucono prowadzenia programów genetycznych. Był to jakby gest mający uspokoić resztę galaktyki, że nie będą majstrować przy ludzkim genotypie. I dotrzymali słowa: prace koncentrują się na wykorzystaniu do maksimum materiału genetycznego, ale nie wychodzą nawet o pół kroku dalej. Owszem, można by twierdzić, że prolong to przekroczenie tej granicy, ale w rzeczywistości proces ten nie polega na zmianie czegokolwiek w ludzkim organizmie, lecz na spowodowaniu, by pewne grupy genów działały wolniej, co daje w efekcie wydłużenie życia. Oficjalnym powodem, dla którego na Beowulfie nie stosuje się metody in vitro poza wyjątkowymi przypadkami, jest „chęć uniknięcia uzależnienia od technicznych metod reprodukcyjnych”. Ale matka, ilekroć o tym mówiła, zawsze się dziwnie uśmiechała i parę razy dodała, że chodzi o coś więcej.
— O co?
— Nie chciała mi powiedzieć. Wydusiłam z niej tylko, że zrozumiem, kiedy przyjdzie moja kolej. — Honor wzruszyła ramionami i dodała ze złośliwym uśmieszkiem. — W naszym wypadku naturalnie może zrobić wyjątek, biorąc pod uwagę, jak w najbliższej przyszłości będą wyglądały nasze harmonogramy zajęć.
— Zrobiła — poprawił ją cicho Paul i uśmiechnął się, widząc, jak jej brwi wędrują w górę. — Powiedziała, że kiedy ją następnym razem odwiedzimy, zabierze się za nas z probówkami. Podobno ma to coś wspólnego z niechęcią do marnowania wysokogatunkowej spermy.
Honor wytrzeszczyła oczy, nie mogąc przez moment wykrztusić słowa — nie zdawała sobie sprawy, że jej rodzicielka aż tak dalece zaaprobowała Paula.
— Myślę, że to doskonały pomysł — powiedziała cicho, ściskając jego dłoń.
A potem pocałowała go, ignorując dyplomatów, i dodała, uśmiechając się złośliwie:
— Gdy wrócę, pogadamy o tym marnowaniu wysokogatunkowej spermy!
Promień ściągający doprowadził kuter bez wstrząsów i niespodzianek do stanowiska cumowniczego na pokładzie hangarowym ciężkiego krążownika Jason Alvarez. Honor spokojnie poczekała, aż śluza i wylot korytarza zostaną uszczelnione, a dyplomaci przestaną się miotać i poznajdują własne bagaże. Dopiero w tym momencie zdała sobie sprawę z nieodwracalności wyjazdu, jak i z tego, że naprawdę nie chce jej się lecieć na Grayson.
Nimitz zamruczał, Paul zamknął ją w krótkim pożegnalnym uścisku; zamrugała gwałtownie oczami, powstrzymując niespodziewane łzy.
— Hej, to tylko dwa miesiące! — szepnął Tankersley.
— Wiem — odetchnęła głęboko. — Nigdy nie lubiłam pożegnań. Gdy obserwowałam wzruszenie innych, wydawało mi się to głupie. Teraz tak nie jest, ale nadal źle znoszę rozstania.
— Gdybyś tak długo nie zamykała swego serca, wcześniej byś zmądrzała — trącił palcem czubek jej nosa i pospiesznie cofnął go, gdy kłapnęła zębami. — Tak już lepiej! Nie lubię, gdy ktoś wypłakuje mi się w klapę: zostają zacieki na mundurze. Dlatego nie pozwalam na to żadnej kobiecie!
— A dużo ich było? — spytała, podnosząc Nimitza, by mógł wskoczyć na wyściełany naramiennik kurtki mundurowej.
Gdy zrobiła ten ruch, na wiszącej na jej szyi Gwieździe Graysona błysnął refleks światła — odznaczenie to należało bowiem nosić do galowego munduru w oryginale, nie w postaci baretki. Poprawiła je — nie zdążyła się jeszcze przyzwyczaić do jego ciężaru — a potem odruchowo obciągnęła uniform.
— Kto by tam zliczył — uśmiechnął się promiennie. — Zresztą nie były ważne.
— O tym haremie nieważnych będziemy musieli poważnie porozmawiać, gdy wrócę!
— Już się boję! — jęknął i wstał.
Otworzył luk bagażowy znajdujący się nad fotelami i wyjął z niego skórzaną, wyglądającą na starannie wykonaną torbę na ramię. Zrobiona była z czarnej skóry wypolerowanej do połysku, zaopatrzona w herb, który Honor sobie wybrała, gdy została patronką: półkule zachodnie Sphinxa i Graysona połączone stylizowanym kluczem stanowiącym oficjalny symbol patronatu, a wszystko to zwieńczone hełmem próżniowym. Hełm mógł wydawać się niestosownie nowoczesnym elementem, ale od prawie dwóch tysięcy standardowych lat był symbolem marynarki wojennej.
— Co to takiego? — zainteresowała się.
— A to jest, moja droga, niespodzianka — wyszczerzył się radośnie Tankersley. — Miałem nadzieję, że będzie gotowa na czas, ale nic nie mówiłem, żeby nie zapeszyć, bo sprawy się nieco skomplikowały. No, ale postarali się, żeby mi zrobić przyjemność.
— Kto się postarał?!
Paul zachichotał uradowany i postawił torbę na fotelu, z którego przed chwilą wstała Honor. Potem otworzył ją i zaprezentował zawartość.
Był to kombinezon próżniowy, tyle że niezwykle mały i przeznaczony dla kogoś, kto miał sześć kończyn i ogon.
— Paul! — westchnęła Honor, nie wierząc własnym oczom. — To nie może być tym, na co wygląda!
— Ale jest. — Tankersley pogrzebał w torbie i wyjął stosownej wielkości, czyli równie mały hełm, przetarł go rękawem i podał jej z ukłonem: — Dla Stinkera!
Honor wzięła hełm, nadal nie mogąc uwierzyć, że to prawda. Obracała go w dłoniach, oglądając ze wszystkich stron. Nimitz przyglądał mu się z równym zainteresowaniem, doskonale rozumiejąc, co to takiego. Dzięki więzi istniejącej między nimi czuła jego zaskoczenie i zadowolenie równocześnie.