Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Космическая фантастика » Kwestia honoru [Field of Dishonor - pl]
Kwestia honoru [Field of Dishonor - pl] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Kwestia honoru [Field of Dishonor - pl]

Электронная книга - «Kwestia honoru [Field of Dishonor - pl]». Краткое содержание книги:

Akcja książki zaczyna się w momencie, w którym kończy się Krótka, zwycięska wojenka. Jest kontynuacją wątków w niej rozpoczętych, z nieco większym naciskiem położonym na kwestie polityczne — wojna między Gwiezdnym Królestwem Manticore a Ludową Republiką Haven stała się w końcu rzeczywistością — oraz na osobiste sprawy Honor Harrington. Wracają znane i lubiane postacie z pierwszych tomów. Jednak gdy Honor udaje się na planetę Grayson, by stać się rzeczywistym patronem, dają o sobie znać także starzy wrogowie. Nie do nich należy jednak ostatnie posunięcie…
1 ... 36 37 38 39 40 41 42 43 44 ... 93
Перейти на страницу:

Ponieważ przytrzymał jej dłoń nieco dłużej niż nakazywała zwykła uprzejmość, przekręciła głowę, tak by mógł dokładniej obejrzeć jej lewy profil. Ostatnim razem, gdy go widział, zrujnowane lewe oko zasłaniała czarna przepaska, a reszta lewej strony twarzy była martwa i nieruchomą maską pozbawioną czucia i kontroli nerwów. Czuła na sobie jego badawcze spojrzenie, a potem jego ulgę, gdy się uśmiechnęła i lewa część twarzy poruszyła się naturalnie. Albo raczej w sposób, który jemu wydał się naturalny, jako że przed zranieniem ledwie raz czy dwa miał okazję zobaczyć, jak się uśmiecha.

Puścił jej dłoń i cofnął się, całym zachowaniem jednoznacznie dając do zrozumienia, że to ona, a nie jacyś tam dyplomaci, jest najważniejszą osobą na pokładzie.

— W takim razie, milady, jestem na pani rozkazy. A teraz proszę mi pozwolić zaprowadzić się do swojej kabiny. Pani steward powinien już skończyć rozpakowywanie rzeczy.

ROZDZIAŁ XIII

Człowiek, który jeszcze niedawno nazywał się Pavel Young, zatrzymał się gwałtownie, patrząc na lustro, którego nie spodziewał się tu znaleźć. Znajdował się w gabinecie ojca, a raczej w swoim nowym gabinecie, i czekał bez ruchu, aż drzwi zamkną się za jego plecami. Z lustra spoglądał na niego upiór o zapadniętych oczach i trupiobladej twarzy, ubrany w cywilny, nienagannie skrojony strój.

Coś w nim pękło. Drgnął, jakby go kopnął niezbyt silny prąd, i energicznie przemierzył pomieszczenie, podchodząc do lustra. Wykrzywił się ni to wstydliwie, ni to wściekłe i złapał za ramę. Lustro nie wisiało luźno — było przytwierdzone do ściany i złamał sobie paznokieć, odrywając je, ale ból był mile widzianym sprzymierzeńcem: rozpalił nienawiść. Chrząknął, wcisnął palce w szczelinę i szarpnął. Kosztowna drewniana rama ustąpiła z trzaskiem i zatoczył się pod nagłym ciężarem, ale nie upuścił lustra, lecz cisnął nim, celując w przeciwległą ścianę. Tafla lustrzanego szkła przeleciała przez gabinet, obracając się z lekkim szumem, i z ogłuszającym brzękiem rozprysnęła się na tysiące odłamków, gdy rąbnęła o ścianę. Odłamki zasłały dywan, a część potoczyła się dalej, na parkiet, pobłyskując niczym diamenty i odzwierciedlając szaleństwo błyszczące w jego oczach.

Drzwi otwarły się gwałtownie i w progu stanął dystyngowanie wyglądający mężczyzna o stalowoszarych włosach i kamiennym obliczu. Zdradziły go jednak oczy, które na widok rozbitego lustra i ciężko dyszącego jedenastego earla North Hollow, wyglądającego jakby właśnie uciekł z oddziału dla psychicznie chorych, zrobiły się nienaturalnie okrągłe i wytrzeszczone. Obiekt jego zainteresowania prostował się właśnie, gorączkowo łapiąc oddech i wpatrując się z wściekłością w resztki lustra.

— Milordzie? — spytał mężczyzna kulturalnym tonem, w którym pobrzmiewały ślady ostrożności, ale nie uzyskał żadnej odpowiedzi, więc powtórzył głośniej: — Milordzie?!

Earl otrząsnął się, zamknął oczy i przeczesał palcami włosy. Następnie odetchnął głęboko, odwrócił się i spytał niespodziewanie spokojnie:

— Tak, Osmond?

— Słyszałem, jak lustro się rozbiło… Mam kazać je posprzątać?

— Nie. — North Hollow chrząknął i podszedł wolno do biurka.

Usiadł w nowym skórzanym fotelu, który zastąpił antygrawitacyjny fotel ojca, i polecił:

— Zostaw je na razie.

Osmond kiwnął głową, starając się zachować neutralny wyraz twarzy, co nie było łatwe — co prawda nowy chlebodawca miał za sobą przejścia uzasadniające różne nerwowe zachowania, ale było w nim coś niebezpiecznego i nieobliczalnego. Błysk w jego oczach był zbyt intensywny, by uznać go za całkowicie naturalny.

— To wszystko, Osmond — dodał po chwili North Hollow, nie podnosząc oczu znad klawiatury, i poczekał, aż drzwi zamknęły się za wychodzącym.

Dopiero wówczas zapadł się w sobie i ukrył twarz w dłoniach.

Lustro ożywiło wspomnienia wydarzeń sprzed pięciu dni. Pięciu dni i nocy gorszych niż wszystko, co dotąd przeżył. Tyle czasu minęło, odkąd Royal Manticoran Navy dopełniła haniebnej formalności, pozbawiając go honoru. Zamknął oczy i znów ujrzał scenę, której nie mógł zapomnieć. Co gorsza — nie wiedział nawet, czy chce ją zapomnieć, bo jak przykra by nie była, rozpalała wciąż na nowo jego wściekłość i nienawiść. A tylko nienawiść dawała mu siłę do działania.

Ponownie zobaczył jakiegoś admirała o kwadratowej szczęce, zaciętym wyrazie twarzy i oczach pełnych obrzydzenia oraz pogardy, gdy starannie neutralnym głosem odczytał wyrok i jego uzasadnienie. Tak donośnie, że głuchy by go usłyszał. Dwa szeregi w czarno-złotych uniformach galowych i mnóstwo holokamer nagrywających wszystko z rozmaitych punktów tak na ziemi, jak i w powietrzu, bo część umieszczono w pojazdach, byle tylko mieć lepsze pole widzenia, dopełniały obrazu. Ledwie umilkł głos admirała, paradnym krokiem podszedł podporucznik, zatrzymał się o krok od niego i metodycznie przystąpił do najgorszego. Mechaniczne ruchy dłoni w białych rękawiczkach. Pogarda przebijająca z każdego ruchu, gdy odrywał przyfastrygowane jedynie do munduru na tę okazję dystynkcje, zaczynając od złotych galonów pełnego kapitana z rękawów, poprzez baretki z piersi, godło okrętu, emblematy służby, aż do czerwono-złocistej naszywki Royal Manticoran Navy z prawego ramienia. Nitki puszczały z głośnym trzaskiem przypominającym wystrzały, bowiem wszystko to odbywało się w głębokiej ciszy.

Chciał wrzasnąć i skląć ich wraz z ich głupim pojęciem honoru od ostatnich. Zaprzeczyć, że mają prawo go osądzać i poniżać. I nie mógł. Szok i wstyd zapadły w niego zbyt głęboko, paraliżując go. Stał w postawie zasadniczej wyprężony niczym na paradzie. Nie był w stanie drgnąć nawet wtedy, gdy podporucznik zdjął mu z głowy biały beret dowódcy okrętu, oderwał z niego godło Gwiezdnego Królestwa Manticore i starannie nałożył mu go z powrotem. Jak dziecku zbyt głupiemu, by mogło się samo ubrać. Drgnął dopiero, gdy przyszła kolej na szpadę — zdołał wówczas zamknąć oczy, ale i tak wiedział, że podporucznik oparł jej czubek o ziemię, trzymając za rękojeść, tak by była pochylona pod kątem czterdziestu pięciu stopni, i gwałtownym ciosem podeszwy złamał ją. Stal pękła z przeraźliwym jękiem, a potem rozległ się brzęk spadających na bruk połówek.

A on nadal stał bez ruchu. Już nie królewski oficer, ale żałosna postać w dziwacznym czarnym ubraniu, z którego tu i ówdzie zwisały nitki. Wiatr podrywał kawałki złotej wstążki i inne różnobarwne wyszywanki walające się wokół jego stóp. Wyszywanki, które jeszcze nie tak dawno wiele znaczyły, ale jak wiele, o tym nie miał pojęcia, dopóki ich nie utracił bezpowrotnie. Otworzył oczy i patrzył na rozwiewane przez wiatr baretki orderowe i na odbłyski słońca w złamanej klindze…

— W tył zwrot! — niespodziewanie warknął głośno admirał.

Komenda jego już nie dotyczyła, ale oba szeregi z podziwu godnym zgraniem odwróciły się plecami do niego.

— Naprzód marsz! — padł kolejny rozkaz i oficerowie ruszyli, wybijając krok z precyzją godną kompanii Marine Corps w tempie dyktowanym przez powolne, miarowe uderzenia bębna.

A on został samotny na polu hańby…

Otworzył oczy, uwalniając się od koszmaru… na jakiś czas. Zaklął bezgłośnie i zacisnął pięści, aż mu kostki zbielały, czując narastającą wściekłość i nienawiść. Do nienawiści był przyzwyczajony — zawsze czaiła się gdzieś w nim, stanowiła integralną część jego osoby. Pojawiała się z rozmaitych powodów — gdy jakiś prostak ośmielał się poddawać w wątpliwość jego przyrodzony autorytet, gdy jakiś głupi dowódca odmawiał uznania tego, co mu się słusznie należało, gdy dawał nauczkę jakiemuś dupkowi, który na to zasłużył. Cały czas wrzała jak lawa, smakował ją, mszcząc się, bowiem była wówczas niczym najprzedniejsze wino. I wtedy właśnie smakowała najlepiej.

1 ... 36 37 38 39 40 41 42 43 44 ... 93
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)