Odwieczny Wróg
- Автор: Кунц Дин Рэй
- Язык: польский
- Жанр: Триллеры
Электронная книга - «Odwieczny Wróg». Краткое содержание книги:
Bryce wyszedł ze światła, wkroczył na zaledwie oproszoną księżycowym pyłem jezdnię, przeciął ulicę, zagłębił się w cienie rozrzucone pośrodku asfaltu. Zawsze cienie.
Pozostali w milczeniu szli jego śladem.
Coś zachrzęściło mu pod stopą. Wzdrygnął się. Zeschnięty liść.
Dostrzegł Zajazd Na Wzgórzu przecznicę dalej, wyżej Skyline Road. Trzypiętrowy, bardzo ciemny budynek z szarego kamienia. Kilka okien na trzecim piętrze odbijało prawie pełny księżyc, ale wewnątrz hotelu nie płonęło ani jedno światło.
Dotarli do środka ulicy, kiedy coś wynurzyło się z ciemności. Bryce najpierw ujrzał tylko cień trzepoczący po nawierzchni jak falowanie wody na stawie. Instynktownie przykucnął. Usłyszał szum skrzydeł. Poczuł, jak coś łagodnie omiotło mu włosy.
Stu Wargle zakrzyczał.
Bryce błyskawicznie poderwał się z przysiadu i obrócił.
Ćma.
Przywarła mocno do twarzy Wargle'a, trzymając się jej jakimś niewidzialnym sposobem. Zasłoniła policjantowi całą głowę.
Wargle nie był jedynym, który wrzasnął. Wszyscy krzyczeli.
Zaskoczeni, rzucili się w tył. Ćma kwiliła, piszczała głośno, wysoko, przeszywająco.
W srebrnych promieniach księżyca nieprawdopodobnie wielkie, blade, jedwabiste skrzydła trzepotały, składały i rozkładały się z potworną gracją, tłukąc o głowę i ramiona Wargle'a.
Wargle zatoczył się, obrócił bezradnie. Próbował oderwać koszmarne stworzenie, które przylgnęło mu do twarzy. Jego krzyki szybko przycichły, po kilku sekundach zamilkł całkowicie.
Bryce, jak wszyscy, stał sparaliżowany obrzydzeniem, nie wierząc własnym oczom.
Wargle zaczął biec, ale pokonał zaledwie kilka jardów i stanął jak wryty. Ręce odpadły mu od twarzy. Ugiął kolana.
Bryce otrząsnął się z chwilowego transu, cisnął bezużyteczną strzelbę i pobiegł do Stu.
Wargle zresztą nie osunął się na ziemię. Przeciwnie, wyprostował trzęsące się kolana; usztywnił się cały. Ramiona ściągnął w tył. Jego ciało drgało i telepało jak przeszywane prądem.
Bryce spróbował złapać ćmę, aby oderwać ją od Wargle'a. Ale ten słaniał się, miotany tańcem świętego Wita; dusił się, targany bólem. Ręce Bryce'a złapały powietrze. Wargle poruszał się niezbornie, podskakiwał to tu, to tam, opadał, zwijał się, kręcił w kółko, jak zawieszony na sznurkach, którymi szarpie pijany lalkarz. Ręce zwisały mu bezwładnie po bokach, co sprawiało, że jego gorączkowe, spazmatyczne pląsy były tym bardziej niesamowite. Trzepoczące dłonie kurczyły się słabo, ale nie uniósł ich, nie oderwał napastnika. Zdawało się teraz, że jest raczej przejęty ekstazą niż bólem. Bryce biegał za nim, usiłował dopaść, ale nie mógł.
Wtem Wargle runął jak podcięty.
Równocześnie ćma uniosła się w obrocie, zawisła w powietrzu, biła szybko skrzydłami, z okiem czarnym jak noc i nienawistnym. Runęła na Bryce'a.
Cofnął się nieporadnie, zasłonił twarz ramionami. Upadł.
Ćma przesunęła się nad jego głową.
Bryce obrócił się, podniósł wzrok.
Owad, wielki jak latawiec, sunął bezszelestnie nad ulicą w kierunku budynku po drugiej stronie.
Tal Whitman podniósł strzelbę. Huk głośny jak armatni wystrzał przetoczył się nad milczącym miastem.
Ćma kiwnęła się w bok. Zawinęła pętlę, opadła niemal do ziemi, uniosła się, frunęła, znikła po drugiej stronie dachu.
Stu Wargle leżał rozciągnięty na jezdni, płasko na plecach. Nieruchomo.
Bryce podniósł się, podszedł do niego. Wargle leżał na środku ulicy. Było dość światła, aby zobaczyć, że ubyło mu twarzy. Jezu. Ubyło. Jakby została zerwana. Włosy i strzępy skóry błyszczały nad białą kością czoła. Czaszka wpatrywała się w Bryce'a.
17
Tal, Gordy, Frank i Lisa siedzieli w obitych czerwonym skajem fotelach w kącie hallu Zajazdu Na Wzgórzu. Zajazd był zamknięty od zakończenia ostatniego sezonu narciarskiego i nim zapadli się w fotele, sztywni od przeżytego wstrząsu, zdjęli białe pokrowce. Ale owalny niski stolik nadal był przykryty; gapili się w pofałdowaną płaszczyznę, nie mogąc spojrzeć sobie w oczy.
W drugim końcu Bryce i Jenny stali nad ciałem Stu Wargle'a. Leżało pod ścianą na niskim kredensowym stole. Nikt z siedzących w fotelach nie potrafił zdobyć się na spojrzenie w tamtą stronę.
– Postrzeliłem to cholerstwo – powiedział Tal. – Trafiłem. Wiem, że trafiłem.
– Wszyscy widzieliśmy, jak dostało kopa – zgodził się Frank.
– No to dlaczego się nie rozleciało? – pytał gniewnie Tal. – Bezpośrednie trafienie nabojem kaliber dwadzieścia. Powinno rozlecieć się na kawałki, cholera jasna.
– Broń nas nie uratuje – powiedziała Lisa.
Gordy odezwał się niewyraźnie, z wysiłkiem dobywając głosu:
– To mógł być każdy z nas. To stworzenie mogło wykończyć mnie. Byłem tuż za Stu. Gdyby kucnął albo uskoczył…
– Nie – zaprzeczyła Lisa. – Nie. Ono chciało funkcjonariusza Wargle'a. Nikogo innego. Tylko funkcjonariusza Wargle'a. Tal wpatrywał się w dziewczynę.
– O co ci chodzi?
Lisa była śmiertelnie blada.
– Funkcjonariusz Wargle nie chciał przyznać, że widział to, kiedy tłukło się o okno. Upierał się, że to ptak.
– Więc?
– Wiec to chciało jego. Najbardziej jego – powiedziała. – Chciało dać mu nauczkę. Ale przede wszystkim chciało dać nauczkę nam.
– Nie mogło słyszeć, co Stu gadał.
– Słyszało. Słyszało.
– Ale nie mogło zrozumieć.
– Zrozumiało.
– Wydaje mi się, że przypisujesz temu zbyt dużą inteligencję – oponował Tal. – Było wielkie, zgoda, i nie przypominało niczego, co widzieliśmy do tej pory. Ale był to wyłącznie owad. Ćma. Zgadza się?
Dziewczyna nie odpowiedziała.
– To nie jest wszechpotężne. – Tal usiłował bardziej przekonać siebie niż innych. – Ani wszystkowidzące, wszystkosłyszące, wszystkowiedzące.
Dziewczyna milcząc wpatrywała się w zasłany pokrowcem niski stolik.
Powstrzymując mdłości, Jenny zbadała ohydną ranę Wargle'a. Światło hallu nie było wystarczająco mocne, więc użyła latarki, żeby zbadać brzegi okaleczenia i zajrzeć do wnętrza czaszki. Środek zniszczonej twarzy zmarłego mężczyzny został wyżarty do kości, cała skóra, ciało, wszystkie chrząstki znikły. Nawet kość miejscami robiła wrażenie rozpuszczonej, podziurawionej, jakby bryźnięto na nią kwasem. Oczy znikły. Jednakże wokół całej rany ciało zachowało się; gładkie i nietknięte, rozciągało się po obu stronach twarzy, od krańców szczęk do kości policzkowych. Skóra od środka podbródka w dół i od środka czoła w górę również pozostała nietknięta. Wyglądało to tak, jakby jakiś artysta od zadawania tortur stworzył koszmarny eksponat kości twarzy.
Jenny zgasiła latarkę. Wcześniej przykryli ciało pokrowcem z fotela. Teraz Jenny naciągnęła materiał na twarz zmarłego mężczyzny, z ulgą zasłoniła trupi uśmiech.
– I co? – spytał Bryce.
– Nie ma śladów zębów – odpowiedziała.
– Czy takie stworzenie może mieć zęby?
– Widziałam otwór gębowy, mały chitynowy dziób. Widziałam, jak pracowało szczękami, kiedy tłukło się o szyby.
– No. Też widziałem.
– Taki otwór gębowy zostawiłby ślady. Rany cięte, ugryzienia. Ślady żucia, rany szarpane.
– Ale nie ma ich?
– Nie. Ciało nie wygląda na poszarpane. Robi wrażenie… rozpuszczonego. Nawet brzegi rany; resztki robią wrażnie skauteryzowa-nych, przypalonych.