Hiob: Komedia sprawiedliwości [Job: A Comedy of Justice - pl]
- Автор: Хайнлайн Роберт Энсон
- Год: 1992
- Язык: польский
- Год: Rebis
- ISBN: 83-05202-43-9
- Переводчик: Michal Jakuszewski
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Hiob: Komedia sprawiedliwości [Job: A Comedy of Justice - pl]». Краткое содержание книги:
— Poddanie prostytucji kontroli władz federalnych;
— Homoseksualizm — co jest rozwiązaniem? Karanie? Zabieg chirurgiczny? Coś innego?
— Istnieją niezliczone dobre sprawy zwracające uwagę stróżów moralności publicznej. Zawsze jednak pozostaje pytanie, które z nich skierować do realizacji ku większej chwale Bożej. Wszystkie te kwestie, choć fascynujące, mogły znaleźć się na zawsze poza moim zasięgiem. Pomywacz, który dopiero uczy się mówić lokalnym językiem (z pewnością niegramatycznie!), nie może posiadać żadnych wpływów politycznych. Przestałem się więc przejmować tymi sprawami i skoncentrowałem na moich rzeczywistych problemach — herezji Margrethe i (bardziej naglące, lecz mniej ważne) uzyskaniu legalnego zwolnienia ze służby i wyruszeniu na północ.
Pracowaliśmy już przez ponad sto dni, gdy poprosiłem Don Jaimego, aby pomógł mi ustalić dokładną datę końca naszego kontraktu. Innymi słowami powiedziałem mu w uprzejmy sposób: „Drogi szefie, gdy nadejdzie odpowiedni dzień, zwiejemy stąd w te pędy. Proszę się z tym liczyć”.
Spodziewałem się, że czas służby wyniesie sto dwadzieścia jeden dni. Gdy Don Jaime podał liczbę sto pięćdziesiąt osiem, byłem tak wstrząśnięty, że niemal zapomniałem hiszpańskiego.
Jeszcze ponad sześć tygodni! A ja liczyłem na to, że będziemy wolni za tydzień!
Zaprotestowałem, wskazując, że suma naszego długu, określona przez sąd, podzielona przez wartość naszej pracy określoną na aukcji (sześćdziesiąt peso dziennie dla Margrethe, połowa tego dla mnie) dawała wynik sto dwadzieścia jeden dni… z których odsłużyliśmy już sto piętnaście.
Nie sto piętnaście, lecz dziewięćdziesiąt dziewięć. Wręczył mi kalendarz i kazał policzyć. Dopiero w tej chwili odkryłem, że nasze piękne wtorki nie są wliczane w czas służby. Tak przynajmniej twierdził nasz „patrón”.
— Poza tym, Alexandro — dodał — zapomniałeś doliczyć oprocentowanie niezapłaconej sumy, nie pomnożyłeś jej przez współczynnik inflacji, nie doliczyłeś podatków ani nawet opłaty dla Matki Boskiej Bolesnej. Jeśli zachorujesz, będę musiał opłacić twoje leczenie, co?
(To prawda. Choć nie zastanowiłem się nad tym, istotnie uważałem, że „patrón” ma obowiązki w stosunku do swoich „peónes”.)
— Don Jaime, w dniu, gdy nabył pan nasze kontrakty, kancelista obliczył nam długość ich trwania. Powiedział sto dwadzieścia jeden dni!
— Proszę więc pójść do niego w tej sprawie. — Don Jaime odwrócił się do mnie plecami.
To mnie otrzeźwiło. Don Jaime wydawał się równie chętny rozpatrzyć tę sprawę w sądzie, jak był temu niechętny w sprawie napiwków Margrethe. To oznaczało, że zawierał już tak wiele podobnych kontraktów, iż znał dokładnie ich zasady i nie obawiał się, że sędzia lub jego kancelista mogliby rozstrzygnąć tę sprawę nie po jego myśli.
Nie udało mi się porozmawiać o tym z Margrethe na osobności przed nastaniem nocy.
— Marga, jak mogłem się tak pomylić? Byłem pewien, że kancelista obliczył to dla nas, zanim kazał podpisać nam dokument. Sto dwadzieścia jeden dni. Prawda?
Nie odpowiedziała od razu. Nalegałem.
— Czy nie tak mi powiedziałaś?
— Alec, mimo to, że myślę zwykle po angielsku lub ostatnio po hiszpańsku, kiedy muszę coś policzyć, robię to po duńsku. Sześćdziesiąt to po duńsku „tres”, tak samo jak trzy po hiszpańsku. Widzisz, jak łatwo się pomylić. Nie wiem, czy powiedziałam ci „ciento y veintiuno”, czy też „ciento y sesentiuno” — ponieważ zapamiętuję liczby po duńsku, nie po angielsku czy hiszpańsku. Myślałam, że sam to podzieliłeś.
— Och, zrobiłem to. Z pewnością kancelista nie powiedział „sto dwadzieścia jeden”. O ile pamiętam, nie wyrzekł ani słowa po angielsku, a ja wtedy w ogóle nie znałem hiszpańskiego. Senior Munoz wytłumaczył to tobie, a ty później przetłumaczyłaś to dla mnie. Potem sprawdziłem sam obliczenia i wydawało mi się, że się zgadza z tym, co on powiedział. Albo co ty powiedziałaś. No, kurczę, nie wiem!
— Zapomnijmy więc o tym, zanim nie będzie okazji zapytać seniora Munoza.
— Marga, czy nie przejęłaś się, usłyszawszy, że będziemy musieli tyrać w tej pipidówce przez pięć dodatkowych tygodni?
— Tak, ale nie zanadto, Alec. Całe życie musiałam pracować. Praca na statku była cięższa niż w szkole — mogłam jednak podróżować i zwiedzać egzotyczne okolice. Praca kelnerki tutaj jest nieco cięższa niż sprzątanie pokojów na „Konge Knut”, lecz ty jesteś ze mną i to stanowi aż za wielką rekompensatę. Chcę wrócić z tobą do twojej ojczyzny… ale to nie jest moja ojczyzna, nie śpieszy mi się więc do wyjazdu tak jak tobie. Dla mnie, dzisiaj, moja ojczyzna jest tam, gdzie ty.
— Kochanie, jesteś tak rozsądna, logiczna i kulturalna, że czasami doprowadzasz mnie do szału.
— Alec, nie chciałam cię denerwować. Chodziło mi tylko o to, żebyśmy przestali się tym martwić, zanim nie zapytamy o to seniora Munoza. Chodź, pomasuję ci plecy, żebyś się uspokoił.
— Przekonałaś mnie, moja pani! Domagam się jednak przywileju pomasowania wpierw twoich biednych zmęczonych stóp.
Zrobiliśmy i jedno, i drugie. „Och, i pustkowie to raj”.
Żebracy nie mogą wybrzydzać. Wstałem następnego dnia wcześnie i udałem się do gońca, który powiedział mi, że kancelista nie przyjdzie, zanim sąd nie zacznie urzędowania. Umówiłem się więc połowicznie na godzinę zamknięcia sądu we wtorek. „Połowicznie” dlatego, że my musieliśmy się stawić, zaś senior Munoz nie. (Jednakże, Deus volens, będzie obecny).
We wtorek poszliśmy więc jak zwykle na piknik, ponieważ nie mogliśmy liczyć na spotkanie z seniorem Munozem wcześniej niż o szesnastej. Byliśmy ubrani świątecznie, to znaczy założyliśmy buty, wzięliśmy oboje rano kąpiel, a ja ogoliłem się i założyłem swe najlepsze ubranie — znoszone przez Don Jaimego, lecz świeże i czyste — a nie zniszczone portki robocze otrzymane od Straży Przybrzeżnej, które nosiłem w pracy. Margrethe założyła kolorowy strój, który otrzymała pierwszego dnia naszego pobytu w Mazatlanie.
Oboje staraliśmy się nie spocić ani nie zabrudzić zbytnio. Nie potrafię powiedzieć, dlaczego uważaliśmy to za ważne. Z jakiegoś powodu sądziliśmy jednak, że do sądu wypada się udać w jak najlepszym stroju.
Jak zwykle przeszliśmy obok fontanny, aby spotkać się z naszym przyjacielem Pepem, zanim zawróciliśmy w kierunku wzgórza. Pozdrowił nas jak przyjaciół i wymieniliśmy kwieciste uprzejmości, które brzmią tak dobrze po hiszpańsku, i których niemal nigdy nie słyszy się po angielsku. Te cotygodniowe spotkania stały się ważnym elementem naszego życia towarzyskiego. Dowiedzieliśmy się o nim więcej — od Amandy, nie od niego — i mój szacunek do niego znacznie wzrósł. Pepe nie urodził się bez nóg (jak niegdyś sądziłem). Był kiedyś szoferem prowadzącym ciężarówki przez góry do Durango i dalej. Potem doszło do wypadku. Pepe spędził dwa dni uwięziony pod swą maszyną, zanim go odnaleziono. Przywieziono go do Matki Boskiej Bolesnej w stanie, jak się zdawało, beznadziejnym.
Był jednak silniejszy, niż sądzili lekarze. Po czterech miesiącach, gdy wypisano go ze szpitala, ktoś zorganizował zbiórkę, aby kupić mu wózek inwalidzki, wydano mu licencję żebraka, po czym zajął swoje miejsce przy fontannie — przyjaciel ulicznic i „donów”, uśmiechający się wesoło prosto w twarz swojemu losowi.
Gdy po dłuższej rozmowie i tradycyjnych pytaniach o zdrowie, powodzenie oraz o wspólnych znajomych pożegnaliśmy się, wręczyłem mu jednopesowy banknot.
Podał mi go z powrotem.
— Dwadzieścia pięć centavos, przyjacielu. Nie masz drobnych? Czy mam ci wydać resztę?