Rozstaje zmierzchu
- Автор: Джордан Роберт
- Серия: Kolo czasu #10
- Год: 2004
- Язык: польский
- Переводчик: Ewa Wojtczak
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Rozstaje zmierzchu». Краткое содержание книги:
Cauthon przechylił się na bok i szybko złapał starego za rękaw.
— Musimy wracać do siedziby widowiska, Noalu. Nuże! Właściwie ani na moment nie powinniśmy się stamtąd oddalać.
— Mówiłam ci to — powiedziała Egeanin, ostro kiwając głową.
Mat jęknął, lecz nie pozostało mu nic innego, jak iść dalej. Tak, tak, nadeszła pora do odejścia. Miał jedynie nadzieję, że nie było zbyt późno.
2
Dwóch kapitanów
Mniej więcej dwie mile na północ od miasta marszczył się na wietrze wielki, niebieski transparent rozwieszony między dwiema wysokimi tyczkami, ogłaszając Wielkie Wędrowne Widowisko i Wspaniałą Wystawę Cudów oraz Dziwów Świata Valana Luki jaskrawoczerwonymi literami, tak wielkimi, iż można je było odczytać z drogi położonej około stu kroków na wschód. Nawet analfabetom piękny napis sugerował istnienie w tym miejscu czegoś niezwykłego. Z transparentu wynikało też, że reklamuje największe wędrowne widowisko na świecie. Luca miał o sobie wprawdzie ogromne mniemanie, Mat znajdował jednakże w jego słowach ziarno prawdy. Płócienne ściany namiotu, stanowiącego siedzibę widowiska, wysokie na dziesięć stóp i starannie przymocowane do podłoża, zajmowały tak dużą połać ziemi, że zmieściłaby się tu spora wioska.
Ludzie przechodzący obok zerkali na transparent z ciekawością, lecz farmerzy i kupcy mieli do wykonania swoją robotę, osadnicy zaś byli zapatrzeni w przyszłość, więc nikt się nie odwracał. Dzięki grubym linom przymocowanym do wbitych w ziemię słupków tłumy czasem zbierały się przed szerokim, zwieńczonym łukiem wejściem tuż za transparentem, jednak o tej porze nikt tutaj nie czekał. Ostatnio zresztą w ogóle rzadko kto zaglądał do siedziby widowiska. Już po upadku Ebou Dar ludzie zaczęli przychodzić coraz rzadziej. Wprawdzie szybko zrozumieli, że miasto nie zostanie ograbione i nie będą musieli z niego uciekać, by zachować życie, jednak z powodu Powrotu, z powodu tych licznych statków i osadników, wzrosła zapobiegliwość i mieszkańcy woleli wydawać pieniądze na pilniejsze potrzeby. Pod transparentem pełnili dyżur jedynie dwaj potężni mężczyźni w bardzo zniszczonych płaszczach. Starali się nie wpuścić nikogo, kto chciałby się rozejrzeć bez kupowania biletu, ale nawet tacy rzadko obecnie przychodzili. Jeden z mężczyzn miał krzywy nos nad gęstymi wąsiskami, drugi wodził wokół tęsknym wzrokiem. Obaj kucali, grając na ziemi w kości.
Co zaskakujące, tutejszy siłacz nazwiskiem Petra Anhill stał z założonymi na piersi ramionami — szerszymi niż uda większości mężczyzn — i przypatrywał się dwóm treserom ujeżdżającym konie. Anhill — niższy od Mata, lecz przynajmniej dwa razy szerszy — nosił ciężki, niebieski płaszcz, który uszyła mu żona na wypadek zimna. Petra lubił się przyglądać ludziom grającym w gry hazardowe, sam jednak nie grał. Z oszczędności, gdyż wraz z żoną, Clarine, treserką psów, odkładali każdego pensa, a gdy ktoś ich pytał o powody, siłacz potrafił długo i szczegółowo opowiadać o zajeździe, który zamierzali kupić pewnego dnia. Cauthona jeszcze bardziej zaskoczył widok Clarine stojącej u boku męża, owiniętej w ciemny płaszcz i równie skupionej na realizacji zakładu przez ujeżdżaczy, co Anhill.
Petra zobaczył zbliżających się ramię w ramię Mata i Egeanin, po czym łypnął ostrożnie na obóz. Na widok zachowania siłacza Cauthon zmarszczył brwi. Nie lubił ludzi, którzy stale zerkają przez ramię. Pulchną, brązową twarz Clarine rozjaśnił jednakże ciepły uśmiech. Jak większość kobiet tutejszego widowiska, żona Petry uważała jego i Egeanin za parę. Tairenianin imieniem Col — treser koni, mający zakrzywiony nos i mocne ramiona — z pazernym uśmieszkiem zgarnął wygraną, kilka miedziaków. Nikt z wyjątkiem Domona nie dostrzegał urody Egeanin, choć dla wielu głupców arystokratyczne urodzenie równa się pięknu. Arystokratyczne pochodzenie lub pieniądze, bo przecież pani wielkiego rodu powinna być majętna. Nieliczni tylko sądzili, że szlachcianka, która opuściła męża dla kogoś takiego jak Mat Cauthon, chętnie zostawi i jego, zabierając z sobą swoje pieniądze. W każdym razie taką historię Mat i jego towarzysze opowiadali, gdy musieli wyjaśnić powody, dla których ukrywali się przed Seanchanami: okrutny mąż i ucieczka kochanków. Wszyscy słyszeli tego rodzaju opowieści — jeśli nie od uczestników takich ucieczek, to przynajmniej z ust bardów bądź z książek — więc z łatwością przyjmowali je do wiadomości i w nie wierzyli. Col wszakże wcale nie podniósł głowy. Egeanin (czyli Leilwin) już raz wyciągnęła nóż zza pasa przeciwko jakiemuś przystojnemu żonglerowi, czarusiowi, który długo usiłował ją przekonać do wypicia z nim w jego wozie kubka wina. Mat nie wątpił, że gdyby mężczyzna naciskał dłużej, kobieta użyłaby przeciwko niemu ostrza.
Skoro tylko Cauthon dotarł do siłacza, Petra odezwał się cicho:
— Z Lucą rozmawiają seanchańscy żołnierze, jest ich około dwudziestki. Przynajmniej oficer z nim rozmawia. — Nie wydawał się przestraszony, jednak zmartwienie zmarszczyło mu czoło i obronnym gestem obejmował żonę. Uśmiech Clarine znikł. Kobieta podniósłszy rękę, położyła ją na ramieniu Petry. Wierzyli w bystrość Luki, w każdym razie do pewnego stopnia, jednak znali ryzyko, na które się narażali. Albo tak sądzili. Zresztą, nie byli zachwyceni tą niebezpieczną sytuacją i własnym strachem.
— Czego chcą? — spytała Egeanin, odpychając Mata, zanim zdążył zareagować. Właściwie nikt nie czekał na jego reakcję.
— Trzymajcie ich dla mnie — wtrącił Noal, wręczając wędkę i kosz jednookiemu, który bezmyślnie się na niego zagapił. Starzec wyprostował się, przesunął sękatą dłonią pod płaszczem w miejscu, gdzie trzymał dwa noże o długich ostrzach. — Możemy dotrzeć do naszych koni? — spytał Petrę.
Siłacz przypatrzył mu się z powątpiewaniem. Nie tylko Mat się zatem obawiał, czy Noal nadal jest przy zdrowych zmysłach.
— Nie wygląda na to, żeby kogoś szukali — wtrąciła pospiesznie Clarine, składając Egeanin lekki ukłon. Wszyscy mieli udawać, że Cauthon i jego towarzysze są członkami widowiska, jednak do Egeanin większość osób odczuwała respekt. — Oficer siedział w wozie Luki dobre pół godziny, jego żołnierze wszakże przez cały ten czas stali przy koniach.
— Chyba nie przybyli tu w waszej sprawie — dodał Petra poważnym tonem. I on zwracał się do Egeanin. Dlaczego zresztą miałby się w swych emocjach różnić od pozostałych? Poza tym, prawdopodobnie zawczasu uczył się obcować z arystokracją, która później będzie odwiedzać jego gospodę. — Po prostu uprzedzamy, by nie zaskoczył was ich widok. Moglibyście się niepotrzebnie zaniepokoić. Jestem pewien, że Luca bez problemów pozbędzie się tych żołnierzy. — Mimo lekkiego tonu wciąż marszczył czoło. Większość mężczyzn dostaje szału, gdy opuszcza ich żona, a pan wielkiego rodu w takiej sytuacji mógł zareagować naprawdę ostro. Wędrowne widowisko wydawało się dla takiego rozsierdzonego męża-arystokraty szczególnie łatwym celem. — Niech się pani nie trapi, nikt nie wspomni o was nawet słowem. — Zerknąwszy na treserów, Petra dorzucił: — Zgadza się, Col?
Mężczyzna o zakrzywionym nosie potrząsnął głową, choć wzrok ciągle skupiał na przesuwanych w palcach jednej ręki kościach do gry. Col był duży i postawny, ale nie tak potężny jak siłacz Petra, który nagimi rękoma potrafił prostować podkowy.
— Wszyscy lubią od czasu do czasu napluć jakiemuś arystokracie na buty — mruknął jednooki, zerkając do kosza z rybami. Był niemal tak wysoki i barczysty jak Col, lecz skórę na twarzy miał twardą i bardzo pomarszczoną, zębów zaś nawet mniej niż Noal. Zerkając na Egeanin, mężczyzna schylił głowę. — Błagam o wybaczenie, pani — dodał. — Poza tym, w ten sposób zarobimy trochę, bo ostatnio nie najlepiej nam się wiedzie. Prawda, Col? Podobno ci Seanchanie wyłapią nas wszystkich i może powieszą... tak jak zrobili z przedstawicielami Ludu Morza. Albo każą nam oczyścić dla nich kanały i tamtą część portu.