Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
Pelagia i czerwony kogut - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Pelagia i czerwony kogut

Электронная книга - «Pelagia i czerwony kogut». Краткое содержание книги:

Na płynącym Rzeką parowcu Jesiotr zebrało się barwne towarzystwo pielgrzymujących do Ziemi Świętej. Wśród pasażerów są tez znajdy, odstępcy od wiary prawosławnej, którym przewodzi charyzmatyczny Manujła. Sytuacja nabiera dramatyzmu, gdy w kajucie ktoś znajduje jego zwłoki. A jeszcze większą niespodzianką okaże się ujawnienie prawdziwej tożsamości domniemanego proroka. Próby wyjaśnienia tajemnicy Manujły zawiodą Pelagię najpierw do małej wioski, zagubionej w nieprzebytych poduralskich lasach, a następnie do Ziemi Świętej, dokąd podąży za nią bezwzględny prześladowca. Pojawi się również czerwony kogut, który swoim pianiem sprawia, że rozstępują się ciemności i światło dnia zmusza do ucieczki demony nocy potrafi on wskazać wyjście z jaskini, a taka pomoc będzie siostrze Pelagii bardzo potrzebna.
1 ... 30 31 32 33 34 35 36 37 38 ... 104
Перейти на страницу:

Teraz też splótł szybko dłonie i zachrzęścił tak głośno, że przy sąsiednim stoliku odwróciły się dwie panienki, a jedna zmarszczyła nawet nosek.

Pardon. – Jakow Michajłowicz, który zdawał sobie sprawę ze swego paskudnego nawyku, uśmiechnął się ze skruchą pulchnymi ustami. – Więcej nie będę.

Kawa, którą pił z fajansowej filiżanki, zapachem i nadmierną słodyczą przypominała nieco kakao, ale w podróżach po rosyjskiej prowincji zdarzało mu się pijać jeszcze gorszą lurę. Zwykle postępował tak: prosił o przyniesienie całego dzbanuszka śmietanki (śmietanka jest na prowincji znacznie lepsza i tłustsza niż w miastach stołecznych), wlewał jej do filiżanki jak najwięcej i mógł już pić nawet z przyjemnością.

O siódmej dwadzieścia dziewięć Jakow Michajłowicz wyjął taniutki srebrny zegarek, szczęknął wieczkiem, ale na cyferblat nie spojrzał; zamiast tego obrócił głowę w prawo, jakby na coś albo na kogoś czekał. Czekał nie dłużej niż minutę – zza rogu, od strony rogatki kazańskiej, wyszła zakonnica. W okularach, z rudym kosmykiem wysuwającym się spod chusty. Dopiero teraz siedzący przygładził rzedniejące czarne włosy i spojrzał na zegarek (wskazywał dokładnie wpół do ósmej), po czym kiwnął z zadowoleniem głową i nakreślił coś ołówkiem w notesie – nie słowo i nie cyfrę, ale jakiś znaczek, którego sens był wiadomy tylko jemu.

Kiedy mniszka zrównała się z tarasem, brunet zasłonił twarz i ramiona gazetą. A gdy tylko weszła przez furtkę do ogrodu archijereja, klient uregulował rachunek i wyszedł, zostawiając osiem kopiejek napiwku.

Jak się zdaje, przyjezdny pilnych spraw nie miał. Niespiesznym krokiem przespacerował się po Zawołżsku, mieście przyjemnym i miłym, zwłaszcza w tak pogodny wiosenny dzień. Wymachując lekkim sakwojażem, Jakow Michajłowicz obszedł wszystkie godne uwagi miejsca, a o dziewiątej zjadł w mlecznej jadłodajni twaróg z racuchami. Ponownie dał osiem kopiejek napiwku i zapytał, gdzie tu jest ustronne miejsce. Okazało się, że na podwórku.

Gość udał się do latryny i tam zniknął, żeby więcej się nie pojawić. Zamiast Jakowa Michajłowicza z ustępu wyszedł rzemieślnik – w czapce z daszkiem, w kapocie, z siwiejącą bródką. Od razu widać było, że to człowiek solidny, niepijący i choć niezbyt dostatni, to świadom własnej wartości. Na plecach rzemieślnika dyndał worek na tasiemce.

Gdzie podział się brunet w podniszczonym meloniku, pozostawało zagadką. Czyżby utopił się w nieczystościach?

To sam Jakow Michajłowicz tak na swój temat zażartował. Nawykły do samotności, której wymagała jego profesja, nieustannie toczył ze sobą wewnętrzną rozmowę: i dyskutował, i sprzeczał się, a czasami i pożartował, dlaczego nie?

Nowo narodzony rzemieślnik niczym nie przypominał obywatela, który siedział w „Cafe de Paris" i jadł twaróg w mlecznej jadłodajni. No, może tylko wzrostem i butami, ale i te wcześniej były wyczyszczone, a teraz stały się szare od kurzu.

Niespiesznym krokiem proletariusz skierował się w stronę peryferii. Tymczasem zapadł zmrok i zapaliły się latarnie. Jakow Michajłowicz odnotował, że ulice oświetlane są doskonale – odnotował to nie jako postronny obserwator, ale dla własnych celów.

Po pewnym czasie przebieraniec znalazł się przed szkołą diecezjalną dla dziewcząt, dosyć długim parterowym budynkiem, pomalowanym na żółto i na biało.

Z boku mieściła się „cela" kierowniczki: białe firanki w dwóch oknach, niewysoki ganek, drzwi z miedzianym dzwoneczkiem.

Jakow Michajłowicz dostał się do środka już trzeciego dnia. Mieszkanie malutkie, dwa pokoiki, dosyć przytulne, ale porządku to tam nie było.

Stanął dalej od latarni, za krzakiem, i zadarł głowę, udając, że podziwia jasny księżyc. Zresztą nikt na marzyciela nie patrzył, bo na spokojnej ulicy nie było żywego ducha.

Wkrótce dotarły odgłosy jadącej kolaski.

Jakow Michajłowicz zerknął na zegarek – za dwadzieścia dziewięć jedenasta. Znowu postawił w notesie tajemniczy znaczek.

Podjechał dwumiejscowy ekwipażyk angielskiego typu. Powoził urzędnik w średnim wieku, z dużym nosem, w kaszkiecie. Obok siedział obiekt – ta sama mniszka, która niedawno przeszła Małą Borszczowką.

Mężczyzna zeskoczył na ziemię, uniósł kaszkiet i ukłonił się. Ruda zakonnica powiedziała coś do niego, także się ukłoniła i zaczęła wchodzić po schodkach na ganek. Urzędnik patrzył w ślad za nią i odjechał dopiero, kiedy za siostrą zamknęły się drzwi, a i to nie od razu, ale po jakichś dwóch minutkach. Stał, miętosząc czubek nosa, zupełnie jakby rozwiązywał jakieś zawiłe zadanie, jednak Jakow Michajłowicz wiedział już, że urzędnik ma taki nawyk, coś w rodzaju tiku nerwowego.

Kiedy odprowadzający odjechał, obserwator wyszedł zza krzaka, otworzył pod latarnią swój notes i przejrzał zapiski.

W ciągu pięciu dni ani jednego odstępstwa od rutyny. Można przystępować do dzieła.

A zatem.

Od jedenastej wieczór do szóstej rano sen. Pół godziny na poranną toaletę. Potem idzie do najbliższej cerkwi. Wraca do siebie. Interesujące dziwactwo: od wpół do ósmej do ósmej kąpie się w Rzece, choć woda zimna. Potem w szkole je z uczennicami śniadanie. Od dziewiątej do dwunastej lekcje. Dalej obiad. Od pierwszej do piątej znowu lekcje. Od piątej do siódmej próba chóru. Po siódmej idzie do siedziby archijereja (marszruta: z Kazańskiej skręca w Szlachecką, stamtąd w Małą Borszczowkę; ulice są o tej porze pełne ludzi). O dziesiątej dwadzieścia wyjeżdża od przewielebnego z prokuratorem okręgowym, który towarzyszy jej do samego ganku.

Takie są okoliczności zadania, same w sobie nieskomplikowane.

Ale...

Cały szkopuł w dodatkowym warunku. Powiedziano: koniecznie nieszczęśliwy wypadek albo nagła śmierć od choroby. Żadnych podejrzeń o przemoc. To, rzecz jasna, ciekawsze niż zwykłe puk-puk, ale i wielokrotnie trudniejsze.

Jednym słowem, łamigłóweczka.

– Nuże, nuże – półgłosem pogadywał Jakow Michajłowicz, wytężając umysł. Gdyby nie napsuli, mądrale, to najprościej, rzecz jasna, byłoby w czasie porannej kąpieli.

Żelazna mniszka (nie poskąpił Bóg zdrowia) chodzi pływać do odosobnionej zatoczki, nie bacząc na pogodę. Rozebrawszy się do długiej białej koszuli, szybkimi pociągnięciami płynie do środka Rzeki i z powrotem. Od samego patrzenia robi się zimno.

Tu trzeba by tak. Ogłuszyć (całkiem lekko, żeby potem w płucach znalazła się woda) i wrzucić do Rzeki. Że niby skurcz ją złapał i utonęła. Zwykła sprawa. Woda ma trzynaście stopni, zmierzyło się termometrem.

Ale tak się nie da. Władze są czujne po tym, jak popracował poprzednik. Miał człowiek całkowitą swobodę, to nie, narobił głupstw, impresjonista kosooki.

Polecono: „Żeby mucha nie usiadła" – to znaczy jak?

To znaczy: na oczach publiczności i żeby nikt niczego nie zaczął podejrzewać.

Spróbujcie zdrową młodą kobietę, która pływa przy trzynastu stopniach, zabić na oczach licznych świadków, nie wywołując najlżejszego podejrzenia. Wszak każda para oczu to dodatkowe ryzyko. Nie wiadomo, jaką kogo natura obdarzyła spostrzegawczością.

– No nie, ładni panowie, to zanadto, to przekracza granice możliwości! Nie jestem Panem Bogiem Sabaothem – warczał pod nosem Jakow Michajłowicz, jednakże w tym zrzędzeniu sporo było obłudy: schlebiało mu, że obarczają go takimi trudnymi zadankami. Wygląda na to, że doceniają talent człowieka.

1 ... 30 31 32 33 34 35 36 37 38 ... 104
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)