Każde martwe marzenie
- Автор: Вегнер Роберт М.
- Серия: Opowieści z meekhańskiego pogranicza #5
- Год: 2018
- Язык: польский
- Год: Powergraph
- ISBN: 9788364384868
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Każde martwe marzenie». Краткое содержание книги:
Potrzebował jednak kogoś na tyle szalonego, żeby z nim poszedł, bo samotna wyprawa byłaby samobójstwem.
I wtedy dowiedział się, że na przełęczy od wielu dni obozuje grupka ludzi. Nie była to żadna armia, zwiadowcy twierdzili, że jest ich tylu, co sześć razy palców u rąk, i jeszcze trzech. Mieszkali w namiotach, kryjąc się w nich w czasie wichur niczym śnieżne lisy w norach wykopanych w śniegu. Mieli dużo ostrego żelaza, a dowodził nimi mężczyzna o włosach i brodzie jak świeżo zaschnięta krew.
Zwiadowcy chyba nie zrozumieli, dlaczego stary szaman zaśmiał się, słysząc te wieści. Krótkim, pozbawionym radości rechotem. A potem, wbrew radom i ostrzeżeniom, poszedł samotnie na przełęcz.
Kenneth spotkał się z nim kilkadziesiąt kroków od obozowiska. Borehed wyglądał, jakby od ich ostatniego spotkania, gdy szaman pływał po jeziorze w skórzanej łódce, a porucznik zastanawiał się, czy podziękować mu za pomoc, czy kazać strzelać, postarzał się o dwadzieścia lat. Oczy zapadły mu się jeszcze bardziej w pobrużdżonej twarzy, szczęki wysunęły do przodu, dolne kły pożółkły, a jeden został wyraźnie wyszczerbiony. Skóra czarownika była naciągnięta i błyszczała niezdrowo, za to na czole pojawił mu się nowy tatuaż, przedstawiający wielkooką bestię pożerającą małą, człekokształtną sylwetkę.
Porucznik wolał nie pytać, jakie wydarzenie z życia Boreheda upamiętnia ten rysunek.
Wymienili pozdrowienia, zawiązali Węzeł Wody, na co Kenneth po cichu liczył, i dopiero wtedy w oczach szamana błysnęło coś, jakby kpina.
— Trzeci raz cię spotykam, Czerwonowłosy, i trzeci raz duchy mówią mi, że nie powinienem cię zabijać. Może pora wymienić je na nowe?
Kenneth uśmiechnął się kwaśno.
— Trzeci raz cię spotykam, Rzeźniku, i trzeci raz mówię swoim ludziom, by nie strzelali. Może powinni zmienić sobie dowódcę?
Szaman pokiwał głową.
— Nadal masz ostry język, poruczniku. Ale ja nie chcę strzępić własnego. Mam propozycję. Wysłuchasz mnie i przyjmiesz ją, albo wysłuchasz mnie i będziemy walczyć. Sądzę jednak, że ją przyjmiesz.
— Dlaczego?
— Bo i tobie, i mnie zależy na tym, żeby to obozowisko — Borehed wskazał za siebie — znikło. Mam rację?
Miał. I to był główny powód, dla którego tutaj trafili. Misja Nory mogła poczekać dzień lub dwa, co najwyżej czarownicy Szczurów sięgną głębiej w swoje aspekty, ale Kenneth nie mógł się tak po prostu odwrócić i odejść, nawet gdyby Borehed nie zagroził mu walką. Był oficerem Górskiej Straży, przysięgał przede wszystkim bronić mieszkańców gór, a jeśliby ta horda przeszła przez przełęcz i naparła na plemiona południowe, wojna byłaby nieunikniona. Oczywiście Imperium by ją wygrało, ba, może nawet w jego kronikach nie pojawiłoby się nic na ten temat, poza suchą wzmianką o „niepokojach” przy północnej granicy. Ale te niepokoje oznaczałyby dla wessyrskich górali spalone chaty, zagrabione stada, krew, pożogę i śmierć.
Westchnął ciężko.
— Czego chcesz? — zapytał.
— Pojedziecie ze mną na północ. Jakieś pięćdziesiąt mil stąd jest miejsce, które chcę sprawdzić. Oni — kolejne skinięcie w stronę obozowiska wyrażało tylko bezradność — zbyt się boją. A ja nie pojadę tam sam.
— Bo zbyt się boisz?
Prowokowanie aherskiego szamana, który ma za plecami bogowie wiedzą ile tysięcy wojowników, nie było mądre, ale porucznik za cholerę nie mógł się powstrzymać. Jak na jeden dzień dość miał ludzi, którzy mówią mu, co ma robić.
Borehed zaskoczył go jednak, bo skinął tylko głową i wymruczał:
— Tak. Za bardzo się boję. Wysłałem w tamto miejsce pół tuzina moich duchów. Żaden nie wrócił.
Porucznik wykrzywił się kwaśno. To tłumaczyłoby wygląd szamana.
— No to teraz mnie też wystraszyłeś. Jeśli się zgodzę, chcę zostawić tu połowę ludzi.
— Nie. Weźmiesz wszystkich. Także tych nowych, śmierdzących szczurzymi bobkami.
— Dlaczego?
— Nie wiem, co tam jest, więc połowa może nie wystarczyć. Poza tym nie chcę, by ktoś popędził na południe i zawiadomił resztę Straży.
— Skąd wiesz, że już tego nie zrobiłem?
— Bo wciąż nie mam wieści o armii maszerującej na przełęcz.
Miał rację. Okolica należała na równi do Górskiej Straży i do aherskich plemion. Kenneth nie odważył się więc wysłać meldunku do Belenden, bo dla bezpieczeństwa musiałaby pojechać z nim połowa kompanii. Czekał więc, aż dowództwo przyśle obiecane zapasy, karawaną osłanianą przez kilka dziesiątek strażników.
Dokonał szybkich obliczeń. Mieli dwa tuziny psów i czworo sani, Szczury przyjechały jeszcze sześcioma saniami, ale lekkimi, takimi na dwóch ludzi.
— Nie mam dość zwierząt i sań.
— Damy wam jedno i drugie.
— Twoi kuzyni głodują, a oni oddadzą nam swoje psy?
W oczach szamana błysnęło coś głęboko, na samym dnie.
— Tak. Tyle przynamniej są mi winni — stwierdził beznamiętnym tonem.
Kenneth udał, że się zastanawia. Właściwie nie miał wyboru, jego kompania nie utrzymałaby przełęczy nawet przez kwadrans, zresztą nie w takim celu zostali tu wysłani. Zanim jednak zgodził się na propozycję Boreheda, postanowił sprawdzić, jak bardzo aherski czarownik jest zdesperowany. Ściągnął rękawicę z lewej dłoni i przyłożył ostrze noża do opuszka kciuka.
— Węzeł Krwi, szamanie. Dam ci dwa dni. Jeśli okaże się, że nasze siły to za mało, by rozwiązać twój problem, wycofamy się, a ty nam nie przeszkodzisz. Ani ty, ani żaden z wodzów, którym możesz rozkazywać.
Węzeł Krwi był niczym prawdziwe braterstwo. Wierzono, że złamanie go ściągało na zdrajcę klątwę i śmierć. Wśród aherów nie zawierano potężniejszych paktów.
Szaman zmrużył oczy, wysunął szczękę. Nie podobał mu się ten pomysł.
— Ja nie rozkazuję naszym wodzom. Ja tylko doradzam.
— Nie rób ze mnie głupca. Węzeł Krwi albo chodź i przekonaj się, czy twoi uzbrojeni w kościane i rogowe włócznie wojownicy dadzą radę wystarczająco szybko nas pokonać. Ja też słyszałem co nieco o mieszkających po tej stronie plemionach. To myśliwi i rybacy, nie zabójcy, jak ci z drugiej strony gór.