Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Każde martwe marzenie
Każde martwe marzenie - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Każde martwe marzenie

Электронная книга - «Każde martwe marzenie». Краткое содержание книги:

Każde martwe marzenie
1 ... 30 31 32 33 34 35 36 37 38 ... 210
Перейти на страницу:

Po­trze­bo­wał jed­nak ko­goś na tyle sza­lo­ne­go, żeby z nim po­szedł, bo sa­mot­na wy­pra­wa by­ła­by sa­mo­bój­stwem.

I wte­dy do­wie­dział się, że na prze­łę­czy od wie­lu dni obo­zu­je grup­ka lu­dzi. Nie była to żad­na ar­mia, zwia­dow­cy twier­dzi­li, że jest ich tylu, co sześć razy pal­ców u rąk, i jesz­cze trzech. Miesz­ka­li w na­mio­tach, kry­jąc się w nich w cza­sie wi­chur ni­czym śnież­ne lisy w no­rach wy­ko­pa­nych w śnie­gu. Mie­li dużo ostre­go że­la­za, a do­wo­dził nimi męż­czy­zna o wło­sach i bro­dzie jak świe­żo za­schnię­ta krew.

Zwia­dow­cy chy­ba nie zro­zu­mie­li, dla­cze­go sta­ry sza­man za­śmiał się, sły­sząc te wie­ści. Krót­kim, po­zba­wio­nym ra­do­ści re­cho­tem. A po­tem, wbrew ra­dom i ostrze­że­niom, po­szedł sa­mot­nie na prze­łęcz.

Ken­neth spo­tkał się z nim kil­ka­dzie­siąt kro­ków od obo­zo­wi­ska. Bo­re­hed wy­glą­dał, jak­by od ich ostat­nie­go spo­tka­nia, gdy sza­man pły­wał po je­zio­rze w skó­rza­nej łód­ce, a po­rucz­nik za­sta­na­wiał się, czy po­dzię­ko­wać mu za po­moc, czy ka­zać strze­lać, po­sta­rzał się o dwa­dzie­ścia lat. Oczy za­pa­dły mu się jesz­cze bar­dziej w po­bruż­dżo­nej twa­rzy, szczę­ki wy­su­nę­ły do przo­du, dol­ne kły po­żół­kły, a je­den zo­stał wy­raź­nie wy­szczer­bio­ny. Skó­ra cza­row­ni­ka była na­cią­gnię­ta i błysz­cza­ła nie­zdro­wo, za to na czo­le po­ja­wił mu się nowy ta­tu­aż, przed­sta­wia­ją­cy wiel­ko­oką be­stię po­że­ra­ją­cą małą, człe­ko­kształt­ną syl­wet­kę.

Po­rucz­nik wo­lał nie py­tać, ja­kie wy­da­rze­nie z ży­cia Bo­re­he­da upa­mięt­nia ten ry­su­nek.

Wy­mie­ni­li po­zdro­wie­nia, za­wią­za­li Wę­zeł Wody, na co Ken­neth po ci­chu li­czył, i do­pie­ro wte­dy w oczach sza­ma­na bły­snę­ło coś, jak­by kpi­na.

— Trze­ci raz cię spo­ty­kam, Czer­wo­no­wło­sy, i trze­ci raz du­chy mó­wią mi, że nie po­wi­nie­nem cię za­bi­jać. Może pora wy­mie­nić je na nowe?

Ken­neth uśmiech­nął się kwa­śno.

— Trze­ci raz cię spo­ty­kam, Rzeź­ni­ku, i trze­ci raz mó­wię swo­im lu­dziom, by nie strze­la­li. Może po­win­ni zmie­nić so­bie do­wód­cę?

Sza­man po­ki­wał gło­wą.

— Na­dal masz ostry ję­zyk, po­rucz­ni­ku. Ale ja nie chcę strzę­pić wła­sne­go. Mam pro­po­zy­cję. Wy­słu­chasz mnie i przyj­miesz ją, albo wy­słu­chasz mnie i bę­dzie­my wal­czyć. Są­dzę jed­nak, że ją przyj­miesz.

— Dla­cze­go?

— Bo i to­bie, i mnie za­le­ży na tym, żeby to obo­zo­wi­sko — Bo­re­hed wska­zał za sie­bie — zni­kło. Mam ra­cję?

Miał. I to był głów­ny po­wód, dla któ­re­go tu­taj tra­fi­li. Mi­sja Nory mo­gła po­cze­kać dzień lub dwa, co naj­wy­żej cza­row­ni­cy Szczu­rów się­gną głę­biej w swo­je aspek­ty, ale Ken­neth nie mógł się tak po pro­stu od­wró­cić i odejść, na­wet gdy­by Bo­re­hed nie za­gro­ził mu wal­ką. Był ofi­ce­rem Gór­skiej Stra­ży, przy­się­gał przede wszyst­kim bro­nić miesz­kań­ców gór, a je­śli­by ta hor­da prze­szła przez prze­łęcz i na­par­ła na ple­mio­na po­łu­dnio­we, woj­na by­ła­by nie­unik­nio­na. Oczy­wi­ście Im­pe­rium by ją wy­gra­ło, ba, może na­wet w jego kro­ni­kach nie po­ja­wi­ło­by się nic na ten te­mat, poza su­chą wzmian­ką o „nie­po­ko­jach” przy pół­noc­nej gra­ni­cy. Ale te nie­po­ko­je ozna­cza­ły­by dla we­ssyr­skich gó­ra­li spa­lo­ne cha­ty, za­gra­bio­ne sta­da, krew, po­żo­gę i śmierć.

Wes­tchnął cięż­ko.

— Cze­go chcesz? — za­py­tał.

— Po­je­dzie­cie ze mną na pół­noc. Ja­kieś pięć­dzie­siąt mil stąd jest miej­sce, któ­re chcę spraw­dzić. Oni — ko­lej­ne ski­nię­cie w stro­nę obo­zo­wi­ska wy­ra­ża­ło tyl­ko bez­rad­ność — zbyt się boją. A ja nie po­ja­dę tam sam.

— Bo zbyt się bo­isz?

Pro­wo­ko­wa­nie aher­skie­go sza­ma­na, któ­ry ma za ple­ca­mi bo­go­wie wie­dzą ile ty­się­cy wo­jow­ni­ków, nie było mą­dre, ale po­rucz­nik za cho­le­rę nie mógł się po­wstrzy­mać. Jak na je­den dzień dość miał lu­dzi, któ­rzy mó­wią mu, co ma ro­bić.

Bo­re­hed za­sko­czył go jed­nak, bo ski­nął tyl­ko gło­wą i wy­mru­czał:

— Tak. Za bar­dzo się boję. Wy­sła­łem w tam­to miej­sce pół tu­zi­na mo­ich du­chów. Ża­den nie wró­cił.

Po­rucz­nik wy­krzy­wił się kwa­śno. To tłu­ma­czy­ło­by wy­gląd sza­ma­na.

— No to te­raz mnie też wy­stra­szy­łeś. Je­śli się zgo­dzę, chcę zo­sta­wić tu po­ło­wę lu­dzi.

— Nie. Weź­miesz wszyst­kich. Tak­że tych no­wych, śmier­dzą­cych szczu­rzy­mi bob­ka­mi.

— Dla­cze­go?

— Nie wiem, co tam jest, więc po­ło­wa może nie wy­star­czyć. Poza tym nie chcę, by ktoś po­pę­dził na po­łu­dnie i za­wia­do­mił resz­tę Stra­ży.

— Skąd wiesz, że już tego nie zro­bi­łem?

— Bo wciąż nie mam wie­ści o ar­mii ma­sze­ru­ją­cej na prze­łęcz.

Miał ra­cję. Oko­li­ca na­le­ża­ła na rów­ni do Gór­skiej Stra­ży i do aher­skich ple­mion. Ken­neth nie od­wa­żył się więc wy­słać mel­dun­ku do Be­len­den, bo dla bez­pie­czeń­stwa mu­sia­ła­by po­je­chać z nim po­ło­wa kom­pa­nii. Cze­kał więc, aż do­wódz­two przy­śle obie­ca­ne za­pa­sy, ka­ra­wa­ną osła­nia­ną przez kil­ka dzie­sią­tek straż­ni­ków.

Do­ko­nał szyb­kich ob­li­czeń. Mie­li dwa tu­zi­ny psów i czwo­ro sani, Szczu­ry przy­je­cha­ły jesz­cze sze­ścio­ma sa­nia­mi, ale lek­ki­mi, ta­ki­mi na dwóch lu­dzi.

— Nie mam dość zwie­rząt i sań.

— Damy wam jed­no i dru­gie.

— Twoi ku­zy­ni gło­du­ją, a oni od­da­dzą nam swo­je psy?

W oczach sza­ma­na bły­snę­ło coś głę­bo­ko, na sa­mym dnie.

— Tak. Tyle przy­nam­niej są mi win­ni — stwier­dził bez­na­mięt­nym to­nem.

Ken­neth udał, że się za­sta­na­wia. Wła­ści­wie nie miał wy­bo­ru, jego kom­pa­nia nie utrzy­ma­ła­by prze­łę­czy na­wet przez kwa­drans, zresz­tą nie w ta­kim celu zo­sta­li tu wy­sła­ni. Za­nim jed­nak zgo­dził się na pro­po­zy­cję Bo­re­he­da, po­sta­no­wił spraw­dzić, jak bar­dzo aher­ski cza­row­nik jest zde­spe­ro­wa­ny. Ścią­gnął rę­ka­wi­cę z le­wej dło­ni i przy­ło­żył ostrze noża do opusz­ka kciu­ka.

— Wę­zeł Krwi, sza­ma­nie. Dam ci dwa dni. Je­śli oka­że się, że na­sze siły to za mało, by roz­wią­zać twój pro­blem, wy­co­fa­my się, a ty nam nie prze­szko­dzisz. Ani ty, ani ża­den z wo­dzów, któ­rym mo­żesz roz­ka­zy­wać.

Wę­zeł Krwi był ni­czym praw­dzi­we bra­ter­stwo. Wie­rzo­no, że zła­ma­nie go ścią­ga­ło na zdraj­cę klą­twę i śmierć. Wśród ahe­rów nie za­wie­ra­no po­tęż­niej­szych pak­tów.

Sza­man zmru­żył oczy, wy­su­nął szczę­kę. Nie po­do­bał mu się ten po­mysł.

— Ja nie roz­ka­zu­ję na­szym wo­dzom. Ja tyl­ko do­ra­dzam.

— Nie rób ze mnie głup­ca. Wę­zeł Krwi albo chodź i prze­ko­naj się, czy twoi uzbro­je­ni w ko­ścia­ne i ro­go­we włócz­nie wo­jow­ni­cy da­dzą radę wy­star­cza­ją­co szyb­ko nas po­ko­nać. Ja też sły­sza­łem co nie­co o miesz­ka­ją­cych po tej stro­nie ple­mio­nach. To my­śli­wi i ry­ba­cy, nie za­bój­cy, jak ci z dru­giej stro­ny gór.

1 ... 30 31 32 33 34 35 36 37 38 ... 210
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)