Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Każde martwe marzenie
Każde martwe marzenie - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Każde martwe marzenie

Электронная книга - «Każde martwe marzenie». Краткое содержание книги:

Każde martwe marzenie
1 ... 31 32 33 34 35 36 37 38 39 ... 210
Перейти на страницу:

— A wi­dzia­łeś, jak ich dzie­ci umie­ra­ją z gło­du?

Ken­neth wzru­szył ra­mio­na­mi.

— Nie wąt­pię, że będą się do­brze bić. Py­ta­nie tyl­ko, czy wy­star­cza­ją­co do­brze. Zo­sta­wię tu po­ło­wę lu­dzi, a resz­ta wsią­dzie na sa­nie i po­pę­dzi na po­łu­dnie. Któ­ryś na pew­no zdo­ła ci umknąć i za­wia­do­mić do­wódz­two. A wte­dy zo­ba­czysz tu ar­mię szyb­ciej, niż szczy­ny za­ma­rza­ją w po­wie­trzu. Wę­zeł Krwi albo wal­czy­my.

Wę­zeł Krwi. Bo­re­hed pa­trzył na nie­go przez kil­ka­na­ście ude­rzeń ser­ca, po czym ski­nął gło­wą i wy­jął wła­sny nóż.

— Trzy dni. Dwa dni na za­ła­twie­nie mo­jej spra­wy i je­den, że­by­ście mo­gli odejść, a mnie, żeby nie ku­si­ło, Czer­wo­no­wło­sy. Trzy dni, trzy kro­ple krwi.

To wy­da­rzy­ło się rano. Mniej wię­cej go­dzi­nę po przy­by­ciu Szczu­rów. A te­raz, póź­nym po­po­łu­dniem, kom­pa­nia znaj­do­wa­ła się da­lej na pół­noc niż ja­ki­kol­wiek od­dział, o któ­rym sły­szał. Za sobą mie­li kil­ka­dzie­siąt mil wę­drów­ki po lo­do­wej rów­ni­nie, przed sobą… Ken­neth spoj­rzał na to, co za­sła­nia­ło ho­ry­zont przed nimi, jesz­cze raz pró­bu­jąc prze­ko­nać swój umysł, że nie pada ofia­rą ja­kichś ma­ja­ków.

Tu­man mgły osiadł na lo­dzie mniej wię­cej milę przed nimi. Wy­so­ki na kil­ka­set stóp, sze­ro­ki… na dwie, może dwie i pół mili. Brak w za­się­gu wzro­ku cze­go­kol­wiek, co da­wa­ło­by per­spek­ty­wę, utrud­niał oce­nę wiel­ko­ści tego fe­no­me­nu.

Mgła.

Tak da­le­ko na pół­no­cy, przy mro­zie za­mie­nia­ją­cym w lo­cie plwo­ci­nę w grud­kę lodu, opie­ra­ją­ca się wi­chu­rze, któ­ra nie­mal zbi­ja­ła lu­dzi z nóg. Te­raz wiatr ucichł, ale nie dla­te­go, że An­day’ya się zmę­czy­ła. Po pro­stu zna­leź­li się po za­wietrz­nej.

Po za­wietrz­nej chmu­ry, któ­rej na­wet fu­ria Lo­do­wej Pan­ny nie po­tra­fi­ła roz­pro­szyć.

Po­rucz­nik wcią­gnął ostroż­nie po­wie­trze. Za­kłu­ło w no­sie, za­dra­pa­ło w gar­dle. Zim­no. Tyl­ko zim­no. Po­ru­szył rę­ko­ma, uniósł dło­nie nad gło­wą. Nic. Żad­nych nie­spo­ty­ka­nych za­pa­chów, żad­ne­go swę­dze­nia czy dra­pa­nia tam, gdzie nie po­win­no, żad­nych dziw­nych ko­lo­rów do­strze­ga­nych ką­tem oka. Wie­lu lu­dzi od­czu­wa­ło uży­wa­nie w po­bli­żu nich ma­gii jako za­bu­rze­nia w funk­cjo­no­wa­niu pod­sta­wo­wych zmy­słów, wzro­ku, wę­chu, sma­ku czy do­ty­ku.

Zer­k­nął na psy, zma­cha­ne, ale spo­koj­ne, a prze­cież zwie­rzę­ta są wy­czu­lo­ne na Moc bar­dziej na­wet niż lu­dzie. Kto­kol­wiek lub co­kol­wiek kry­ło się w tej mgle, uży­wa­ło ma­gii in­nej niż ta, z któ­rą Ken­neth i jego żoł­nie­rze mie­li kie­dy­kol­wiek do czy­nie­nia.

— Fen­lo!

Krę­py dzie­sięt­nik przy­drep­tał do nie­go, wy­ma­chu­jąc sze­ro­ko rę­ko­ma. Za­sa­lu­to­wał i pod­jął roz­grzew­kę.

— Zmar­z­łeś?

— Tak, pa­nie po­rucz­ni­ku. A tu za to ci­sza i spo­kój. Jak­by roz­bić obóz, moż­na by się po­wy­grze­wać na sło­necz­ku.

— Nie dziś. Zresz­tą mam na­dzie­ję, że nie bę­dzie­my mu­sie­li tu no­co­wać.

— Le­piej tu, niż gdy­by nas noc mia­ła za­stać w po­ło­wie dro­gi. Nocą wy­dmu­cha z nas cie­pło dwa razy szyb­ciej.

— Zga­dza się. Ale ja nie o tym. Przyj­rza­łeś się Bo­re­he­do­wi?

Fen­lo Nur jako je­dy­ny w kom­pa­nii po­sia­dał coś, co moż­na było na­zwać ta­len­tem ma­gicz­nym. Po­tra­fił zo­ba­czyć lub wy­czuć du­szę wy­cho­dzą­cą z cia­ła, a na­wet ją w tym cie­le za­trzy­mać. Po­nie­waż Szczu­ry nie zdra­dzi­ły, czy mają w dru­ży­nie maga, Ken­neth mu­siał po­le­gać na dzie­sięt­ni­ku.

Nur spo­sęp­niał.

— Wi­dzia­łem kie­dyś tru­pa ry­ba­ka, któ­ry wpadł do je­zio­ra. Gdy go wy­cią­gnę­li, cały był oplą­ta­ny sie­cia­mi i wo­do­ro­sta­mi. On wy­glą­da tak samo. Jak trup za­plą­ta­ny w sznu­ry. W bli­znach i ta­tu­ażach uwię­ził du­chy. Mnó­stwo du­chów. Czu­ję je, choć nie wi­dzę. Ale mam wra­że­nie, jak­by każ­dy z nich owi­jał się wo­kół nie­go pę­tlą i ści­skał.

— Dasz radę do­strzec, gdy­by je uwol­nił?

— Je­śli bę­dzie chciał po­cza­ro­wać? Dam radę. Wi­dzia­łem już ich sza­ma­nów w wal­ce. Wiem, gdzie pa­trzeć.

— Pil­nuj go. Nie po­zwól, żeby zro­bił coś głu­pie­go.

— Mimo Wę­zła Krwi?

— Wi­dzia­łeś obo­zo­wi­sko?

Dzie­sięt­nik za­marł w pół ru­chu. Obo­zo­wi­sko. Prze­szli tyl­ko jego skra­jem, w miej­sce, gdzie sza­man ja­kimś cu­dem zgro­ma­dził kil­ka­dzie­siąt wy­chu­dzo­nych, ale wciąż jesz­cze ma­ją­cych choć tro­chę sił psów, ale ogrom tego zgro­ma­dze­nia ro­bił przy­tła­cza­ją­ce wra­że­nie. Kil­ka ty­się­cy na­mio­tów i śnież­nych chat. Trzy­dzie­ści, czter­dzie­ści ty­się­cy za­gło­dzo­nych nie­mal na śmierć ahe­rów. Może na­wet wię­cej. Kil­ka­dzie­siąt ty­się­cy istot, któ­re nie mia­ły już przed sobą żad­nej dro­gi oca­le­nia, poza uciecz­ką za Wiel­ki Grzbiet.

Pa­mię­tał spoj­rze­nia, ja­ki­mi zgro­ma­dze­ni że­gna­li swo­je ostat­nie psy. Nie było w nich wście­kłej nie­na­wi­ści przy­ga­szo­nej tyl­ko de­mon­stra­cyj­nym lek­ce­wa­że­niem i po­gar­dą, jaka pło­nę­ła za­zwy­czaj w oczach ich krew­nia­ków z po­łu­dnio­wej stro­ny gór. Była de­spe­ra­cja, ból, znu­że­nie.

I głód.

Wszę­dzie, gdzie­kol­wiek spoj­rze­li, wi­dzie­li śla­dy tego gło­du. Fu­trza­ne stro­je wi­sia­ły na miesz­kań­cach obo­zo­wi­ska jak na skle­co­nych z pa­ty­ków stra­chach na wró­ble, nie­do­sta­tek je­dze­nia wy­rzeź­bił ich twa­rze głę­biej niż wie­le lat ży­cia w skraj­nie cięż­kich wa­run­kach, ciem­na skó­ra na­bra­ła wo­sko­wa­te­go po­ły­sku, a oczy za­pa­dły się głę­bo­ko. Cha­rak­te­ry­stycz­ne dla tej rasy kły, choć mniej­sze niż u ahe­rów na po­łu­dniu, mia­ły brzyd­ki, żół­ta­wy od­cień. W dro­dze przez obóz Ken­neth na­li­czył tyl­ko ze dwa tu­zi­ny dzie­ci, i to star­szych, a prze­cież po­win­ny ich być set­ki. I żad­ne­go star­ca. Ani jed­ne­go.

Nie za­py­tał o to, bo po co?

Za­pa­mię­tał jesz­cze aher­ską ko­bie­tę, nie­mło­dą już, któ­ra wi­dząc, jak straż­ni­cy do­kar­mia­ją przy­dzie­lo­ne im psy, bo zwie­rzę­ta mu­sia­ły mieć siłę na po­dróż tam i z po­wro­tem, wy­ko­na­ła taki ruch, jak­by chcia­ła rzu­cić się mię­dzy nie i za­wal­czyć o ochła­py na wpół zmro­żo­ne­go tłusz­czu.

Wte­dy po­sta­no­wił, że Wę­zeł Krwi, czy nie, bę­dzie się mieć na bacz­no­ści przed Bo­re­he­dem. Ktoś, kto wziął so­bie na bar­ki taki cię­żar, może zła­mać każ­dą przy­się­gę.

— Wi­dzia­łem, pa­nie po­rucz­ni­ku. Ra­cja.

Bo­re­hed pod­szedł do nich bez­sze­lest­nie i naj­wy­raź­niej usły­szał ostat­nie zda­nie.

— Co wi­dzia­łeś, czło­wie­ku o zim­nym ser­cu?

— Wi­dzia­łem — od­pa­ro­wał bez­czel­nie Fen­lo — jak twoi lu­dzie pa­trzy­li na na­sze psy.

— Ma­cie tłu­ste psy. Cała ro­dzi­na wy­ży­wi­ła­by się jed­nym przez dzie­sięć dni.

— Nie ma dość psów w Stra­ży, by na­kar­mić wszyst­kich w obo­zie.

Sza­man ski­nął gło­wą.

— Praw­da. Po­win­ni te­raz jeść fo­cze mię­so, po­pi­ja­jąc ło­jem wy­to­pio­nym z sa­dła mor­sów i za­gry­za­jąc tłu­sty­mi ry­ba­mi. A żują ka­wał­ki sta­rej skó­ry. Więc le­piej jak naj­szyb­ciej sprawdź­my, co tak roz­gnie­wa­ło An­day’yę.

1 ... 31 32 33 34 35 36 37 38 39 ... 210
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)