Każde martwe marzenie
- Автор: Вегнер Роберт М.
- Серия: Opowieści z meekhańskiego pogranicza #5
- Год: 2018
- Язык: польский
- Год: Powergraph
- ISBN: 9788364384868
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Każde martwe marzenie». Краткое содержание книги:
— A widziałeś, jak ich dzieci umierają z głodu?
Kenneth wzruszył ramionami.
— Nie wątpię, że będą się dobrze bić. Pytanie tylko, czy wystarczająco dobrze. Zostawię tu połowę ludzi, a reszta wsiądzie na sanie i popędzi na południe. Któryś na pewno zdoła ci umknąć i zawiadomić dowództwo. A wtedy zobaczysz tu armię szybciej, niż szczyny zamarzają w powietrzu. Węzeł Krwi albo walczymy.
Węzeł Krwi. Borehed patrzył na niego przez kilkanaście uderzeń serca, po czym skinął głową i wyjął własny nóż.
— Trzy dni. Dwa dni na załatwienie mojej sprawy i jeden, żebyście mogli odejść, a mnie, żeby nie kusiło, Czerwonowłosy. Trzy dni, trzy krople krwi.
To wydarzyło się rano. Mniej więcej godzinę po przybyciu Szczurów. A teraz, późnym popołudniem, kompania znajdowała się dalej na północ niż jakikolwiek oddział, o którym słyszał. Za sobą mieli kilkadziesiąt mil wędrówki po lodowej równinie, przed sobą… Kenneth spojrzał na to, co zasłaniało horyzont przed nimi, jeszcze raz próbując przekonać swój umysł, że nie pada ofiarą jakichś majaków.
Tuman mgły osiadł na lodzie mniej więcej milę przed nimi. Wysoki na kilkaset stóp, szeroki… na dwie, może dwie i pół mili. Brak w zasięgu wzroku czegokolwiek, co dawałoby perspektywę, utrudniał ocenę wielkości tego fenomenu.
Mgła.
Tak daleko na północy, przy mrozie zamieniającym w locie plwocinę w grudkę lodu, opierająca się wichurze, która niemal zbijała ludzi z nóg. Teraz wiatr ucichł, ale nie dlatego, że Anday’ya się zmęczyła. Po prostu znaleźli się po zawietrznej.
Po zawietrznej chmury, której nawet furia Lodowej Panny nie potrafiła rozproszyć.
Porucznik wciągnął ostrożnie powietrze. Zakłuło w nosie, zadrapało w gardle. Zimno. Tylko zimno. Poruszył rękoma, uniósł dłonie nad głową. Nic. Żadnych niespotykanych zapachów, żadnego swędzenia czy drapania tam, gdzie nie powinno, żadnych dziwnych kolorów dostrzeganych kątem oka. Wielu ludzi odczuwało używanie w pobliżu nich magii jako zaburzenia w funkcjonowaniu podstawowych zmysłów, wzroku, węchu, smaku czy dotyku.
Zerknął na psy, zmachane, ale spokojne, a przecież zwierzęta są wyczulone na Moc bardziej nawet niż ludzie. Ktokolwiek lub cokolwiek kryło się w tej mgle, używało magii innej niż ta, z którą Kenneth i jego żołnierze mieli kiedykolwiek do czynienia.
— Fenlo!
Krępy dziesiętnik przydreptał do niego, wymachując szeroko rękoma. Zasalutował i podjął rozgrzewkę.
— Zmarzłeś?
— Tak, panie poruczniku. A tu za to cisza i spokój. Jakby rozbić obóz, można by się powygrzewać na słoneczku.
— Nie dziś. Zresztą mam nadzieję, że nie będziemy musieli tu nocować.
— Lepiej tu, niż gdyby nas noc miała zastać w połowie drogi. Nocą wydmucha z nas ciepło dwa razy szybciej.
— Zgadza się. Ale ja nie o tym. Przyjrzałeś się Borehedowi?
Fenlo Nur jako jedyny w kompanii posiadał coś, co można było nazwać talentem magicznym. Potrafił zobaczyć lub wyczuć duszę wychodzącą z ciała, a nawet ją w tym ciele zatrzymać. Ponieważ Szczury nie zdradziły, czy mają w drużynie maga, Kenneth musiał polegać na dziesiętniku.
Nur sposępniał.
— Widziałem kiedyś trupa rybaka, który wpadł do jeziora. Gdy go wyciągnęli, cały był oplątany sieciami i wodorostami. On wygląda tak samo. Jak trup zaplątany w sznury. W bliznach i tatuażach uwięził duchy. Mnóstwo duchów. Czuję je, choć nie widzę. Ale mam wrażenie, jakby każdy z nich owijał się wokół niego pętlą i ściskał.
— Dasz radę dostrzec, gdyby je uwolnił?
— Jeśli będzie chciał poczarować? Dam radę. Widziałem już ich szamanów w walce. Wiem, gdzie patrzeć.
— Pilnuj go. Nie pozwól, żeby zrobił coś głupiego.
— Mimo Węzła Krwi?
— Widziałeś obozowisko?
Dziesiętnik zamarł w pół ruchu. Obozowisko. Przeszli tylko jego skrajem, w miejsce, gdzie szaman jakimś cudem zgromadził kilkadziesiąt wychudzonych, ale wciąż jeszcze mających choć trochę sił psów, ale ogrom tego zgromadzenia robił przytłaczające wrażenie. Kilka tysięcy namiotów i śnieżnych chat. Trzydzieści, czterdzieści tysięcy zagłodzonych niemal na śmierć aherów. Może nawet więcej. Kilkadziesiąt tysięcy istot, które nie miały już przed sobą żadnej drogi ocalenia, poza ucieczką za Wielki Grzbiet.
Pamiętał spojrzenia, jakimi zgromadzeni żegnali swoje ostatnie psy. Nie było w nich wściekłej nienawiści przygaszonej tylko demonstracyjnym lekceważeniem i pogardą, jaka płonęła zazwyczaj w oczach ich krewniaków z południowej strony gór. Była desperacja, ból, znużenie.
I głód.
Wszędzie, gdziekolwiek spojrzeli, widzieli ślady tego głodu. Futrzane stroje wisiały na mieszkańcach obozowiska jak na skleconych z patyków strachach na wróble, niedostatek jedzenia wyrzeźbił ich twarze głębiej niż wiele lat życia w skrajnie ciężkich warunkach, ciemna skóra nabrała woskowatego połysku, a oczy zapadły się głęboko. Charakterystyczne dla tej rasy kły, choć mniejsze niż u aherów na południu, miały brzydki, żółtawy odcień. W drodze przez obóz Kenneth naliczył tylko ze dwa tuziny dzieci, i to starszych, a przecież powinny ich być setki. I żadnego starca. Ani jednego.
Nie zapytał o to, bo po co?
Zapamiętał jeszcze aherską kobietę, niemłodą już, która widząc, jak strażnicy dokarmiają przydzielone im psy, bo zwierzęta musiały mieć siłę na podróż tam i z powrotem, wykonała taki ruch, jakby chciała rzucić się między nie i zawalczyć o ochłapy na wpół zmrożonego tłuszczu.
Wtedy postanowił, że Węzeł Krwi, czy nie, będzie się mieć na baczności przed Borehedem. Ktoś, kto wziął sobie na barki taki ciężar, może złamać każdą przysięgę.
— Widziałem, panie poruczniku. Racja.
Borehed podszedł do nich bezszelestnie i najwyraźniej usłyszał ostatnie zdanie.
— Co widziałeś, człowieku o zimnym sercu?
— Widziałem — odparował bezczelnie Fenlo — jak twoi ludzie patrzyli na nasze psy.
— Macie tłuste psy. Cała rodzina wyżywiłaby się jednym przez dziesięć dni.
— Nie ma dość psów w Straży, by nakarmić wszystkich w obozie.
Szaman skinął głową.
— Prawda. Powinni teraz jeść focze mięso, popijając łojem wytopionym z sadła morsów i zagryzając tłustymi rybami. A żują kawałki starej skóry. Więc lepiej jak najszybciej sprawdźmy, co tak rozgniewało Anday’yę.