Demony Leningradu [calibre 3.42.0]
- Автор: Przechrzta Adam
- Год: 2011
- Язык: польский
- Год: Fabryka Słów
- ISBN: 978-83-7574-617-4
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Demony Leningradu [calibre 3.42.0]». Краткое содержание книги:
Kotuszew podrzemywał na krześle przy drzwiach, tuż obok rozłożył się Drozd. Ten pochrapywał cichutko, prawą rękę trzymał za pazuchą. No, no... Czyżby coś się stało? Zamrugałem kilkakrotnie, natężyłem wzrok: białe ściany, szafka z lekarstwami, wiercący w nosie zapach medykamentów. Ani chybi szpital. Tylko jak się tu znalazłem? Po chwili wróciła pamięć; samolot, krwotok...
Poruszyłem się, skrzypnęło łóżko, a Drozd poderwał się na równe nogi. Od razu czujny i gotowy do akcji. Niemal w tym samym momencie przecknął się i Tima.
– Co się stało? – wychrypiałem.
Kotuszew bez słowa podał mi szklankę wody, wychyliłem ją chciwie, oblizałem wyschnięte usta.
– No więc? – ponagliłem.
– Dostaliście krwotoku – mruknął Drozd. – Pamiętacie?
Przytaknąłem ponuro.
– Po przylocie do Moskwy od razu przewieźliśmy was do szpitala. Niby nie straciliście zbyt wiele krwi, ale nie udało się was ocucić. Lekarze zrobili wszelkie badania, sprawdzili nawet, czy nie macie hemoroidów, ale... – Rozłożył bezradnie ręce.
– Co za „ale” i kto mi robił te badania?! – warknąłem.
– Spokojnie, komandir! – Kotuszew uśmiechnął się kpiąco. – Badała was lekarka. Swoją drogą, niezła sztuka, pozwoliłbym jej nie tylko na zbadanie hemoroidów, ale i kilku narządów wewnętrznych.
– I co z tymi badaniami?
– Niby wszystko z wami w porządku, jeśli wierzyć lekarce, nawet hemoroidów nie macie. Czort wie skąd to krwawienie. No i utrata przytomności, zwaliliście się jak kłoda.
– A wy tu po co? Nie macie co robić w domu?
– Generalny Komisarz dzwonił już trzy razy, chce was widzieć natychmiast, jak odzyskacie przytomność. Odwiedzili was też czekiści... No więc pomyśleliśmy, że lepiej plątać się gdzieś w pobliżu. Strzeżonego Pan Bóg strzeże – wzruszył ramionami chłopak.
Skinąłem w podziękowaniu głową. Cóż innego mogłem zrobić? Wypadki chodzą po ludziach, jeden z nich mógł mi się przytrafić, kiedy byłem nieprzytomny. Chłopcy zadbali, aby do tego nie doszło.
– Gdzie Wiera? – spytałem.
– Łazi po korytarzu z jakimś pułkownikiem milicji, takim wielkim bydlakiem. Wygląda, jakby się znali – wyjaśnił Drozd.
Nie utrzymywałem kontaktów z moskiewską milicją, przypuszczałem więc, że odwiedził mnie pułkownik Poliakow. Bo i któż by inny? Zresztą pasował do opisu...
– Zawołaj oboje – poleciłem.
Panna Turkuł uznała za stosowne rzucić mi się na szyję, „Polak” ograniczył się do uścisku dłoni. Teraz, kiedy z jego twarzy zniknęły już strupy i sińce, wyglądał imponująco: potężna, opięta mundurem sylwetka, przeszywający, chłodny wzrok, twarde, jakby wyciosane w granicie rysy. Po raz kolejny pogratulowałem sobie w duchu, że ten facet jest moim przyjacielem. Mieć go za wroga byłoby kiepsko. Bardzo kiepsko.
– Co się dzieje? – spytałem, patrząc na Poliakowa.
– Wiera do mnie zadzwoniła, kiedy w szpitalu pojawili się czekiści – odparł. – Na wszelki wypadek.
– W czym problem? Przecież to ludzie Genkoma? Pewnie chciał, żeby sprawdzili, w jakim jestem stanie.
Milicjant powoli pokręcił głową.
– Na pewno nie – odrzekł. – Sprawdziłem. Przysłał ich niejaki pułkownik Kutiepow.
Zakląłem wściekle, po chwili zawtórowali mi chłopcy. Panna Turkuł wyglądała na zdezorientowaną.
– Przecież on pracował w Leningradzie – zauważyła. – Na urlop przyjechał czy co?
– Przyjechał odwiedzić przyjaciół – wyjaśniłem. – Stęsknił się za nami – doprecyzowałem, widząc, że nie rozumie.
Wyraz twarzy dziewczyny powiedział mi, że pojęła. W końcu.
– Jeśli dacie sobie już radę beze mnie... – zaczął Poliakow.
– Damy – powiedziałem, wchodząc mu w słowo. – I dziękuję.
– Co z towarem? – zapytałem, kiedy tylko milicjant zniknął za drzwiami.
Drozd wysłał Timę na korytarz, dopiero potem usiadł na brzegu łóżka.
– Wszystko w porządku – oświadczył. – Z Matwiejem też już się rozliczyłem. Nawiasem mówiąc, poszedł na to cały mój żołd, ale kasetki są tam. – Wskazał palcem w dół.
– Świetnie! – mruknąłem. – Pojedziemy teraz do mnie, dam ci trochę forsy, a później zajmiemy się towarem.
– Co to znaczy „tam”? – Wiera powtórzyła gest Drozda. – I po cholerę nam te kasetki? Czy w nich naprawdę jest...
Przerwałem jej, kładąc palec na ustach. Co prawda Kotuszew pilnował korytarza, ale czort wie czy w mojej izolatce ktoś nie podłożył jakiejś niespodzianki. Wizyta ludzi Kutiepowa przypominała o zachowaniu ostrożności. Lepiej być żywym paranoikiem niż martwym sceptykiem...
Ubrałem się szybko – o dziwo, mimo że dopiero wstałem z łóżka, nie sprawiło mi to żadnego problemu – i po załatwieniu formalności wsiedliśmy do czekającego przed szpitalem samochodu. Prowadził Kotuszew.
– Mogę się wreszcie dowiedzieć, o co chodzi? – ponagliła niecierpliwie Wiera.
– Skąd wzięliście ten wóz? – odpowiedziałem pytaniem.
– Od Poliakowa – odparł Tima.
– No to możemy pogadać – westchnąłem. – W kasetkach są carskie złote monety.
– Ile?
– Skąd mam wiedzieć? Nie miałem czasu, żeby to zbadać.
– Mamy osiem kasetek – wtrącił Drozd. – Otworzyłem jedną i przeliczyłem monety.
Proszę, proszę... Czyli jednak chłopcy postanowili sprawdzić, co takiego kazałem im taszczyć do domu. Nie miałem im tego za złe, sam na ich miejscu pewnie postąpiłbym podobnie.
– I?
– Naliczyłem około dwóch tysięcy. Większość to dziesiątki.
– Znaczy imperiały – mruknąłem. – No, no...
– Ile by to było w przeliczeniu na radzieckie ruble? – spytała Wiera.
– Więcej, niż zarobiłabyś w ciągu całego życia, a w zasadzie kilku żywotów – poinformował Kotuszew. – W dodatku wewnątrz mogą znajdować się szczególnie cenne okazy, ich wartość jest dużo wyższa, niż wynikałoby to z nominału czy wagi w złocie. Prawda?
– Rzeczywiście – przytaknąłem. – Ale nie ma sensu gadać o tym przed sprawdzeniem szkatułek, może mamy takie monety, a może nie. Zdążyłem rzucić okiem na zabrane z sejfu dokumenty, wśród nich jest wykaz dzieł sztuki znajdujących się w magazynie. Poza monetami. To znaczy naszymi monetami. Spis obejmuje kilkaset sztuk cennych numizmatów, a te dostarczyliśmy wraz z resztą ładunku. Jeśli chodzi o carskie ruble, przypuszczam, że była to prywatna inicjatywa świętej pamięci Heinricha...
– Po cholerę nam to wszystko? – westchnął Drozd. – Wytłumacz, komandir. Bo na zdrowy rozum to prosta droga do łagru, w najlepszym wypadku sztrafbatu.
Panna Turkuł aż sapnęła z wrażenia, najwyraźniej dopiero teraz pojęła, skąd wziął się niepokój chłopaków. No i dobrze, dziewucha w końcu musi dorosnąć. Być może komunizm jest rzeczywiście najlepszym ustrojem na świecie, ale na razie, w fazie przejściowej – inna rzecz, że ta „faza przejściowa” trwa od rewolucji – nie jest lekko. Wrogowie naciskają, mimo naszych sukcesów wojska Hitlera nadal są groźne, a czekiści, ludzie o „gorących sercach i czystych dłoniach”, łowią wszystkich, którym nie podoba się nasza socjalistyczna ojczyzna. Ba, łowią nawet takich, którym się podoba, tylko że zapomnieli w odpowiednio entuzjastyczny sposób to wyrazić. Dlatego naiwni długo nie pożyją, oj, nie...
– Niedługo wyruszymy na kolejną misję – odparłem posępnie. – I wierzcie mi, nie będzie łatwo. Kilka innych grup, które próbowały przed nami, zostało zniszczonych. Nie wrócił ani jeden świadek klęski. Potrzebne są nam dokumenty. Kilka zestawów najwyższej klasy, problem w tym, że razwiedka nie może o nich wiedzieć. Tylko wtedy mamy szanse przeżyć.