Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
Szpital kosmiczny - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Szpital kosmiczny

Электронная книга - «Szpital kosmiczny». Краткое содержание книги:

Szpital kosmiczny
1 ... 30 31 32 33 34 35 36 37 38 ... 58
Перейти на страницу:

— Tak więc — powiedział O’Mara, spoglądając w zamyśleniu na sufit — to tym się pan zajmuje w wolnych chwilach…

Pułkownik Skempton zakasłał.

— Minimalizuje pan swój udział w tym wszystkim — powiedział. — Pańska przezorność polegająca na wypełnieniu kadłuba polami siłowymi…

— Jest jeszcze jedna sprawa, nim ich pożegnam — przerwał mu pospiesznie Conway. — Arretapec usłyszał, jak niektórzy ludzie nazywają pacjenta „Emily”. Chciałby wiedzieć dlaczego.

— Wcale się nie dziwię — powiedział O’Mara z naciskiem. — Otóż — ciągnął, sznurując usta — jeden z członków obsługi, lubujący się we wczesnej powieści, a szczególnie w utworach sióstr Bronte — Charlotte, Annę i Emily — przezwał naszego pacjenta „Emily Brontozaur”. Muszę przyznać, że odczuwam osobiste, zawodowe zainteresowanie umysłem, który kojarzy w podobny sposób… — O’Mara miał taką minę, jakby w powietrzu unosił się nieprzyjemny zapach.

Conway jęknął współczująco. Odwracając się, by wyjść, pomyślał, że jego ostatnie i najtrudniejsze zadanie będzie zapewne polegało na wyjaśnieniu szlachetnemu doktorowi Arretapecowi, czym jest żart słowny.

* * *

Arretapec i dinozaur wyjechali następnego dnia, oficer Korpusu Kontroli odpowiedzialny za zaopatrzenie Szpitala wydał olbrzymie westchnienie ulgi, a Conway ponownie znalazł się na oddziale. Tym razem był jednak kimś więcej niż zwykłym wyrobnikiem medycznym. Postawiono go na czele sekcji oddziału pediatrycznego i chociaż musiał posługiwać się danymi, lekami i historiami chorób dostarczonymi przez Diagnostyka Thornnastora, ordynatora oddziału patologii, nikt nie patrzył mu teraz na ręce. Miał prawo chodzić po całej sekcji i mówić sobie, że to jego oddział. A O’Mara przyrzekł mu nawet asystenta!

— Stało się oczywiste, odkąd pan tu przybył — powiedział major — że lepiej się pan czuje w towarzystwie nieziemców niż przedstawicieli własnego gatunku. Obarczenie pana doktorem Arretapekiem było próbą, z której wyszedł pan z honorem, a asystent, którego otrzyma pan za kilka dni, może się stać kolejnym testem. — Zamilkł na chwilę, potem kontynuował, potrząsnąwszy głową w zadziwieniu: — Nie tylko doskonale układa się panu w stosunkach z nieziemcami, ale nikt nawet nie plotkuje o tym, że ugania się pan za spódniczkami…

— Nie mam czasu — odparł poważnie Conway. — I wątpię, żebym kiedykolwiek miał.

— Nie szkodzi, mizoginia jest dopuszczalną neurozą — rzekł O’Mara, przechodząc do rozmowy o nowym asystencie.

Potem Conway wrócił na swój oddział i pracował dużo pilniej, niż gdyby jakiś zwierzchnik patrzył mu na ręce. Był tak zajęty, że uszły jego uwagi pogłoski na temat dziwacznego pacjenta, którego przyjęto na trzeci oddział obserwacyjny…

4. KŁOPOTLIWY GOŚĆ

I

Pomimo ogromnych zasobów wiedzy medycznej dostępnych w Szpitalu, nie mających sobie równych w cywilizowanej galaktyce, zdarzały się w Szpitalu Kosmicznym przypadki, z którymi nic już nie można było zrobić. Takim właśnie przypadkiem był pacjent należący do klasy SRTT, czyli typu fizjologicznego, jakiego jeszcze nigdy w Szpitalu nie widziano. Było to stworzenie amebowate, posiadające zdolność wysuwania dowolnych kończyn, narządów zmysłów czy też powłoki ochronnej właściwej dla środowiska, w którym się znajdowało; jego fantastyczna zdolność adaptacyjna rodziła pytanie, jak w ogóle coś takiego mogło zapaść na jakąkolwiek chorobę.

Najbardziej zagadkowym aspektem tej sprawy był zupełny brak objawów chorobowych. Nie występowały żadne zakłócenia w pracy organizmu, częste w wypadku istot pozaziemskich, nie było też groźnych infekcji bakteryjnych. Pacjent po prostu się roztapiał — cicho, spokojnie, bez szmeru i sprawiania komukolwiek kłopotu, niczym kawałek lodu pozostawiony w ciepłym pomieszczeniu. Jego ciało dosłownie przemieniało się w wodę. Zastosowane środki nie zdołały zahamować tego procesu, wszyscy zaś Diagnostycy i lekarze pomniejszej rangi, choć nadal — i to coraz intensywniej — poszukiwali właściwego leku, z pewną goryczą zaczynali sobie zdawać sprawę, że pasmo cudów medycznych, które Szpital Główny Sektora Dwunastego dokonywał z monotonną już regularnością, wkrótce zostanie przerwane.

I z tego właśnie powodu jeden z najsurowszych przepisów Szpitala miał zostać na jakiś czas uchylony.

* * *

— Sądzę, że najlepiej będzie zacząć od początku — powiedział doktor Conway, usiłując nie gapić się na mieniące się wszystkimi kolorami, nie całkiem jeszcze zanikłe skrzydła swego nowego asystenta. — Od izby przyjęć, gdzie załatwia się sprawy związane z przybyciem pacjentów.

Conway chwilę czekał na ewentualne uwagi tamtego, żwawo jednak maszerując w wymienionym kierunku. Starał się wyprzedzać swego towarzysza. Nie chciał go w ten sposób urazić, ale po prostu bał się zrobić mu krzywdę, co mogłoby się stać, gdyby przysunął się bliżej.

Nowy asystent był przedstawicielem klasy GLNO — sześcionożnym, zewnątrzszkieletowym, przypominającym owada przybyszem z planety Cinruss. Grawitacja na tej planecie wynosiła niespełna jedną dwunastą ciążenia ziemskiego, co spowodowało, że owady urosły do takich rozmiarów i stały się grupą dominującą. Z tego powodu jednak przybysz musiał się zaopatrzyć aż w dwa degrawitatory, by zneutralizować ciążenie w szpitalu, które inaczej rozgniotłoby go o podłogę. Jeden aparat zupełnie by do tego wystarczył, ale Conway nie obwiniał swego asystenta o to, że chciał się czuć bezpiecznie. Był to osobnik niewiarygodnie kruchy, wrzecionowatego kształtu i niezgrabny, a nazywał się doktor Prilicla.

Prilicla odbył już staż w szpitalach planetarnych i mniejszych zakładach wielośrodowiskowych, nie był więc zupełnie zielony, co zakomunikowano Conwayowi. Ale wobec rozmiarów i skomplikowanej struktury Szpitala musiał się czuć zagubiony. Conway miał być przez jakiś czas jego przewodnikiem i nauczycielem, po czym, kiedy skończy mu się aktualny przydział do pediatrii, przekazać obowiązki Prilicli. Najwyraźniej dyrektor Szpitala uważał, że przedstawiciele ras żyjących w niskim ciążeniu, ogromnie wrażliwi i o subtelnym dotyku, wyjątkowo nadają się do opieki i właściwego traktowania co bardziej delikatnych embrionów istot pozaziemskich.

To byłby dobry pomysł, pomyślał Conway, szybko ustawiając się pomiędzy Priliclą a stażystą z Tralthanu prącym przed siebie na sześciu słoniowatych nogach, gdyby osobniki przystosowane do niskiego ciążenia mogły przeżyć kontakt z masywniejszymi i bardziej niezgrabnymi współpracownikami.

— Rozumie pan — powiedział Conway, pokazując asystentowi drogę do izby przyjęć — że już zapisanie niektórych pacjentów samo w sobie jest problemem. Z mniejszymi osobnikami nie jest tak źle, ale jeśli jest to Tralthańczyk lub dwunastometrowy AUGL z Chalderescola… — Urwał nagle. — Oto jesteśmy — dodał.

Przez szeroki, przezroczysty fragment ściany widać było pomieszczenie, w którym znajdowały się trzy potężne biurka, choć obecnie zajęte było tylko jedno. Siedzący za nim osobnik był Nidiańczykiem, błyskające zaś światełka wskaźników dowodziły, że dopiero co połączył się ze statkiem zbliżającym się do Szpitala.

— Proszę posłuchać… — rzekł Conway.

— Pańskie dane — zażądał czerwony niedźwiadek typowym dla tej rasy warkliwym staccato, które autotranslator Conwaya przekazał w postaci beznamiętnych słów w jego ojczystym języku, aparat Prilicli zaś — w cinrusskim.

1 ... 30 31 32 33 34 35 36 37 38 ... 58
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)