Legion Videssos [The Legion of Videssos - pl]
- Автор: Тертлдав Гарри Норман
- Серия: Videssos (pl) #3
- Год: 1995
- Язык: польский
- Год: Amber
- ISBN: 83-7082-893-0
- Переводчик: Janusz Ochab
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Legion Videssos [The Legion of Videssos - pl]». Краткое содержание книги:
— Coście zrobili z moimi przyjaciółmi, wy krościaste wypierdki?!
Przywódca nomadów zmarszczył na moment brwi — jak to już nieraz Viridoviksowi się zdarzało, w chwili stresu jego galijski akcent stawał się jeszcze silniejszy. Ale kiedy w końcu go zrozumiał, Khamorth roześmiał się i rozłożył szeroko ręce:
— Nic, absolutnie nic.
Sam nie wiedząc czemu, Viridoviks od razu mu uwierzył. Był pewien, że każdy z pozostałych pięciu mężczyzn znajdował prawdziwą przyjemność w zabijaniu, ale nie ten.
— W takim razie, czego chcesz ode mnie! — niepewnie spytał Celt. Odpowiedź jednak była zaskakująco łagodna:
— Na razie pozwól, że przemyję ci głowę; rany mogłyby zacząć ropieć. — Varatesh wylał nieco kavassu na kawałek wełnianej szmatki i uklęknął przy Viridoviksie. Celt skrzywił się, gdy cuchnący materiał dotknął rany i otaczającej ją opuchlizny, ale nomada obmywał ją tak delikatnie, jak robiłby to Gorgidas.
— A przy okazji, nazywam się Varatesh — zauważył.
— Skłamałbym, gdybym powiedział, że miło mi cię poznać — odparł Gal. Varatesh uśmiechnął się i skinął głową, całkiem uprzejmie, a przynajmniej tak by to wyglądało, gdyby Viridoviks nie był jego więźniem.
Ciało nomady zasłaniało go przed łucznikami. Jakby nie mógł udźwignąć własnego ciężaru, Viridoviks opadł gwałtownie na ramię Varatesha i próbował pochwycić długi miecz przypasany do j ego boku. Dopiero wtedy zdał sobie sprawę j ak mocno był potłuczony i j ak niezdarny — Varatesh odskoczył i stanął na równe nogi, jeszcze zanim Celt dobrze się ruszył.
Młody wojownik krzyknął do łuczników, by nie strzelali. Popatrzył z góry na Viridoviksa, ale teraz na jego przystojnej twarzy nie było już uprzejmości. Z zimnym wyrachowaniem kopnął Gala w brzuch.
— Nie próbuj ze mną żadnych sztuczek — powiedział, wciąż spokojnym głosem. Viridoviks ledwo go słyszał — czarne i czerwone płaty latały mu przed oczami. Dojmujący ból w głowie przez moment zdawał się męczarnią nie do zniesienia, by po chwili znowu stać się tępym, niemal znajomym cierpieniem. Varatesh może nie zabijał dla przyjemności, ale to w niczym nie pomniejszało udręki Celta.
— Wątpię, czy to w ogóle obchodzi Avshara, w jakim stanic cię do niego dowiozę — oświadczył Khamorth. Zamilkł, czekąjąc na to, jak Viridoviks zareaguje na imię czarownika.
— A niech was obu piekło pochłonie — odparł Gal starając się nie okazać zimnego strachu, który go przeniknął. Po chwili dodał zuchwale: — Moi towarzysze dopadną was o wiele wcześniej, niż mnie do niego dowieziecie. — Nie miał pojęcia, do jakiego stopnia realna była ta pogróżka, ale jeśli Varatesh pozwolił im przeżyć, mógł się o to pomartwić.
Jeden z nomadów roześmiał się głośno.
— Cicho, Kubad — powiedział Varatesh, po czym odwrócił się do Viridoviksa, kontynuując spokojnie: — Proszę bardzo, niech próbują. Właściwie, życzę im nawet powodzenia.
Gdy Celt mógł już stać o własnych siłach, posadzono go na jednym z wolnych koni. Porywacze nie dawali mu najmniejszej szansy na ucieczkę, wiążąc stopy pod brzuchem konia i ręce za plecami. Nomada nazywany Kubadem prowadził jego wierzchowca za uzdę. Próbując zyskać jak najwięcej wolności, Viridoviks zaprotestował:
— Pozwólcie mi przynajmniej trzymać się cugli. Co będzie jak spadnę? — Naprawdę się tego obawiał; ostatnią rzeczą, jaką mógł teraz o sobie powiedzieć, to że czuł się dobrze.
Kubad na tyle znal videssanski, by mu odpowiedzieć:
— Wtedy ty się wlec. — Viridoviks się poddał.
W miarę jak posuwali się na północ Gal, który miał teraz jakieś porównanie, zaczynał sobie zdawać sprawę z tego, jak bardzo ślimaczyła się jego własna grupa. Stepowe koniki kłusowały nieprzerwanie, wcale się nie męcząc — jakby napędzane przez jakiś mechanizm. Pomimo szerokiego koła, jakie zatoczyli nomadzi chcąc ominąć stada jakiegoś klanu, przejeżdżali w ciągu dnia dystans równy niemal temu, jaki Viridoviks zwykł pokonywać w ciągu dwóch dni.
Jedyne przestoje, na jakie sobie pozwalali, wymuszone były przez naturalne potrzeby — Virido-viks odkrył, że trudno mu im ulec, gdy ktoś celował mu strzałą w brzuch. Khamorthci jedli w siodle, wgryzając się niczym psy w paski suszonej wołowiny i baraniny. Nie przystawali, by nakarmić swojego więźnia, ale około południa Varatesh, uprzejmy jakby nigdy nie zabił człowieka, przystawiał do ust Viridoviksa butlę z kavassem. Gal pił, zarówno dlatego, że był spragniony, jak i próbując w ten sposób uśmierzyć ból rozsadzający mu głowę. Sfermentowane mleko niezbyt mu jednak pomagało.
Ciemnoszare chmury, jak brzuchy wielkiego stada owiec, nadciągnęły z południa przykrywając pod wieczór całe niebo. Kubad powiedział coś w swoim języku do Varatesha, który pochylił głowę, jakby uznając jakiś komplement. Wiatr stawał się coraz silniejszy i czuć było w nim wilgoć.
Dowódca Khamorth wybrał na obóz miejsce przy małej rzeczce, gdzie wysoki, nawisły brzeg dawał im schronienie przed wiatrem i deszczem.
— Będzie padać dziś wieczór… — rzekł do Viridoviksa — … tutaj będziemy mieli sucho; chyba że strumień wyleje. Ale nie sądzę…
— A jeśli jednak wyleje, to co? — tak naprawdę, Gal, obolały i wyczerpany siedzeniem w siodle bez możliwości poruszania rękami, zupełnie o to nie dbał, na wszelkie możliwe sposoby starał się jednak utrudniać życie Varateshowi.
Tym razem przegrał:
— Wtedy się przeniesiemy — spokojnie odparł nomada, zajęty rozpalaniem ogniska. Niewielki ogień, który rozniecił, w ogóle nie dymił; Viridoviks nie mógł liczyć na to, że zdradzi ich obecność. Tym razem nomadzi podzielili się z nim swym prowiantem, rozwiązując mu ręce, żeby mógł sam jeść, ale cały czas obserwowali go uważnie tak, że nie mógł nic więcej zrobić. Kiedy skończył, Va-ratesh związał go z powrotem, sprawdzając każdy węzeł tak dokładnie, że Gal nienawidził go za tę skrupulatność.
Koczownicy pociągnęli źdźbła słomy, losując kolejność wart — Viridoviks postanowił coś zrobić — na razie nie wiedział co dokładnie — gdy tylko nadarzy się okazja. Ale ciało odmówiło mu posłuszeństwa. Pomimo dojmującego bólu głowy, pomimo niewygody, jaką były związane z tyłu ręce, niemal natychmiast zapadł w głęboki sen.
Łagodny szum deszczu i pluskanie płynącego obok strumyka zbudziły go kilka godzin później.
Denizli, który wylosował trzecią wachtę, robił właśnie krótki obchód. Wybór miejsca na obóz okazał się doskonały. Dzięki wysuniętemu brzegowi pozostało zaciszne i suche, dokładnie jak powiedział Varatesh. W gruncie rzeczy, Celt ani przez chwilę nie wątpił w niego nawet w swym okrucieństwie, wódz banitów był kompetentny Viridoviks przetoczył się w stronę deszczu. Denizli warknął coś groźnego w swoim języku i podniósł wyżej łuk.
— Spokojnie, chciałem tylko opłukać mój biedny łeb powiedział Celt, ale Denizli tylko coś wycharczał i podniósł łuk dwa cale wyżej.
Przeklinając swojego pecha, Viridoviks zmuszony był się wycofać.
— Pierdolony eunuch — powiedział. Zdawał sobie sprawę, że sporo ryzykuje, ale poza jakimś pomrukiem Denizli nic zareagował. Tu wreszcie był przynajmniej jeden nomada, który nie znał vi-dessańskiego. Gal poprzeklinał go więc jeszcze przez kilka minut, używając do tego niezwykłej mieszaniny najgorszych przekleństw łacińskich, videssańskich i galijskich. Czując lekką ulgę, próbował ułożyć się w jakiejś znośnej pozycji, która pozwoliłaby mu ponownie zasnąć. Wyglądało na to — pomyślał — że będzie padać jeszcze dłuższą chwilę.