Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Legion Videssos [The Legion of Videssos - pl]
Legion Videssos [The Legion of Videssos - pl] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Legion Videssos [The Legion of Videssos - pl]

Электронная книга - «Legion Videssos [The Legion of Videssos - pl]». Краткое содержание книги:

Imperium szykuje się do wojny z Yezd, ale pojawia się nowe zagrożenie — bunt księcia Draxa i jego wojsk. Zdrada najemników doprowadza Videssos na skraj katastrofy i tylko talent dowódczy Marcusa Scaurusa i zręczna dyplomacja jego sprzymierzeńca zamieniają klęskę w zwycięstwo. Jednak Imperium Videssos w dalszym ciągu czeka walka z Yezd, Do odległej krainy potężnych koczowników wyrusza poselstwo, które ma pozyskać ich pomoc. Jego droga najeżona jest niebezpieczeństwami, o sojusz z koczownikami stara się również Yezd…
1 ... 29 30 31 32 33 34 35 36 37 ... 130
Перейти на страницу:

— Coście zrobili z moimi przyjaciółmi, wy krościaste wypierdki?!

Przywódca nomadów zmarszczył na moment brwi — jak to już nieraz Viridoviksowi się zdarzało, w chwili stresu jego galijski akcent stawał się jeszcze silniejszy. Ale kiedy w końcu go zrozumiał, Khamorth roześmiał się i rozłożył szeroko ręce:

— Nic, absolutnie nic.

Sam nie wiedząc czemu, Viridoviks od razu mu uwierzył. Był pewien, że każdy z pozostałych pięciu mężczyzn znajdował prawdziwą przyjemność w zabijaniu, ale nie ten.

— W takim razie, czego chcesz ode mnie! — niepewnie spytał Celt. Odpowiedź jednak była zaskakująco łagodna:

— Na razie pozwól, że przemyję ci głowę; rany mogłyby zacząć ropieć. — Varatesh wylał nieco kavassu na kawałek wełnianej szmatki i uklęknął przy Viridoviksie. Celt skrzywił się, gdy cuchnący materiał dotknął rany i otaczającej ją opuchlizny, ale nomada obmywał ją tak delikatnie, jak robiłby to Gorgidas.

— A przy okazji, nazywam się Varatesh — zauważył.

— Skłamałbym, gdybym powiedział, że miło mi cię poznać — odparł Gal. Varatesh uśmiechnął się i skinął głową, całkiem uprzejmie, a przynajmniej tak by to wyglądało, gdyby Viridoviks nie był jego więźniem.

Ciało nomady zasłaniało go przed łucznikami. Jakby nie mógł udźwignąć własnego ciężaru, Viridoviks opadł gwałtownie na ramię Varatesha i próbował pochwycić długi miecz przypasany do j ego boku. Dopiero wtedy zdał sobie sprawę j ak mocno był potłuczony i j ak niezdarny — Varatesh odskoczył i stanął na równe nogi, jeszcze zanim Celt dobrze się ruszył.

Młody wojownik krzyknął do łuczników, by nie strzelali. Popatrzył z góry na Viridoviksa, ale teraz na jego przystojnej twarzy nie było już uprzejmości. Z zimnym wyrachowaniem kopnął Gala w brzuch.

— Nie próbuj ze mną żadnych sztuczek — powiedział, wciąż spokojnym głosem. Viridoviks ledwo go słyszał — czarne i czerwone płaty latały mu przed oczami. Dojmujący ból w głowie przez moment zdawał się męczarnią nie do zniesienia, by po chwili znowu stać się tępym, niemal znajomym cierpieniem. Varatesh może nie zabijał dla przyjemności, ale to w niczym nie pomniejszało udręki Celta.

— Wątpię, czy to w ogóle obchodzi Avshara, w jakim stanic cię do niego dowiozę — oświadczył Khamorth. Zamilkł, czekąjąc na to, jak Viridoviks zareaguje na imię czarownika.

— A niech was obu piekło pochłonie — odparł Gal starając się nie okazać zimnego strachu, który go przeniknął. Po chwili dodał zuchwale: — Moi towarzysze dopadną was o wiele wcześniej, niż mnie do niego dowieziecie. — Nie miał pojęcia, do jakiego stopnia realna była ta pogróżka, ale jeśli Varatesh pozwolił im przeżyć, mógł się o to pomartwić.

Jeden z nomadów roześmiał się głośno.

— Cicho, Kubad — powiedział Varatesh, po czym odwrócił się do Viridoviksa, kontynuując spokojnie: — Proszę bardzo, niech próbują. Właściwie, życzę im nawet powodzenia.

Gdy Celt mógł już stać o własnych siłach, posadzono go na jednym z wolnych koni. Porywacze nie dawali mu najmniejszej szansy na ucieczkę, wiążąc stopy pod brzuchem konia i ręce za plecami. Nomada nazywany Kubadem prowadził jego wierzchowca za uzdę. Próbując zyskać jak najwięcej wolności, Viridoviks zaprotestował:

— Pozwólcie mi przynajmniej trzymać się cugli. Co będzie jak spadnę? — Naprawdę się tego obawiał; ostatnią rzeczą, jaką mógł teraz o sobie powiedzieć, to że czuł się dobrze.

Kubad na tyle znal videssanski, by mu odpowiedzieć:

— Wtedy ty się wlec. — Viridoviks się poddał.

W miarę jak posuwali się na północ Gal, który miał teraz jakieś porównanie, zaczynał sobie zdawać sprawę z tego, jak bardzo ślimaczyła się jego własna grupa. Stepowe koniki kłusowały nieprzerwanie, wcale się nie męcząc — jakby napędzane przez jakiś mechanizm. Pomimo szerokiego koła, jakie zatoczyli nomadzi chcąc ominąć stada jakiegoś klanu, przejeżdżali w ciągu dnia dystans równy niemal temu, jaki Viridoviks zwykł pokonywać w ciągu dwóch dni.

Jedyne przestoje, na jakie sobie pozwalali, wymuszone były przez naturalne potrzeby — Virido-viks odkrył, że trudno mu im ulec, gdy ktoś celował mu strzałą w brzuch. Khamorthci jedli w siodle, wgryzając się niczym psy w paski suszonej wołowiny i baraniny. Nie przystawali, by nakarmić swojego więźnia, ale około południa Varatesh, uprzejmy jakby nigdy nie zabił człowieka, przystawiał do ust Viridoviksa butlę z kavassem. Gal pił, zarówno dlatego, że był spragniony, jak i próbując w ten sposób uśmierzyć ból rozsadzający mu głowę. Sfermentowane mleko niezbyt mu jednak pomagało.

Ciemnoszare chmury, jak brzuchy wielkiego stada owiec, nadciągnęły z południa przykrywając pod wieczór całe niebo. Kubad powiedział coś w swoim języku do Varatesha, który pochylił głowę, jakby uznając jakiś komplement. Wiatr stawał się coraz silniejszy i czuć było w nim wilgoć.

Dowódca Khamorth wybrał na obóz miejsce przy małej rzeczce, gdzie wysoki, nawisły brzeg dawał im schronienie przed wiatrem i deszczem.

— Będzie padać dziś wieczór… — rzekł do Viridoviksa — … tutaj będziemy mieli sucho; chyba że strumień wyleje. Ale nie sądzę…

— A jeśli jednak wyleje, to co? — tak naprawdę, Gal, obolały i wyczerpany siedzeniem w siodle bez możliwości poruszania rękami, zupełnie o to nie dbał, na wszelkie możliwe sposoby starał się jednak utrudniać życie Varateshowi.

Tym razem przegrał:

— Wtedy się przeniesiemy — spokojnie odparł nomada, zajęty rozpalaniem ogniska. Niewielki ogień, który rozniecił, w ogóle nie dymił; Viridoviks nie mógł liczyć na to, że zdradzi ich obecność. Tym razem nomadzi podzielili się z nim swym prowiantem, rozwiązując mu ręce, żeby mógł sam jeść, ale cały czas obserwowali go uważnie tak, że nie mógł nic więcej zrobić. Kiedy skończył, Va-ratesh związał go z powrotem, sprawdzając każdy węzeł tak dokładnie, że Gal nienawidził go za tę skrupulatność.

Koczownicy pociągnęli źdźbła słomy, losując kolejność wart — Viridoviks postanowił coś zrobić — na razie nie wiedział co dokładnie — gdy tylko nadarzy się okazja. Ale ciało odmówiło mu posłuszeństwa. Pomimo dojmującego bólu głowy, pomimo niewygody, jaką były związane z tyłu ręce, niemal natychmiast zapadł w głęboki sen.

Łagodny szum deszczu i pluskanie płynącego obok strumyka zbudziły go kilka godzin później.

Denizli, który wylosował trzecią wachtę, robił właśnie krótki obchód. Wybór miejsca na obóz okazał się doskonały. Dzięki wysuniętemu brzegowi pozostało zaciszne i suche, dokładnie jak powiedział Varatesh. W gruncie rzeczy, Celt ani przez chwilę nie wątpił w niego nawet w swym okrucieństwie, wódz banitów był kompetentny Viridoviks przetoczył się w stronę deszczu. Denizli warknął coś groźnego w swoim języku i podniósł wyżej łuk.

— Spokojnie, chciałem tylko opłukać mój biedny łeb powiedział Celt, ale Denizli tylko coś wycharczał i podniósł łuk dwa cale wyżej.

Przeklinając swojego pecha, Viridoviks zmuszony był się wycofać.

— Pierdolony eunuch — powiedział. Zdawał sobie sprawę, że sporo ryzykuje, ale poza jakimś pomrukiem Denizli nic zareagował. Tu wreszcie był przynajmniej jeden nomada, który nie znał vi-dessańskiego. Gal poprzeklinał go więc jeszcze przez kilka minut, używając do tego niezwykłej mieszaniny najgorszych przekleństw łacińskich, videssańskich i galijskich. Czując lekką ulgę, próbował ułożyć się w jakiejś znośnej pozycji, która pozwoliłaby mu ponownie zasnąć. Wyglądało na to — pomyślał — że będzie padać jeszcze dłuższą chwilę.

1 ... 29 30 31 32 33 34 35 36 37 ... 130
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)