Tajemna historia Moskwy
- Автор: Sedia Ekaterina
- Язык: польский
- Жанр: Современная русская и зарубежная проза
Электронная книга - «Tajemna historia Moskwy». Краткое содержание книги:
Wioślarz zdumiewał się przez chwilę zdolnością Jakowa do oszukiwania samego siebie – wspomnienie było pogrzebane tak głęboko pod stertami nieistotnych odpadków, że niemal je przeoczył. Nigdy nie nudziły go nowości, te dziwne samorodki radości i bólu, które ostrożnie, skrupulatnie wyłuskiwał z dusz ludzi przychodzących na brzeg jego rzeki; nie mógł zrozumieć, dlaczego z taką desperacją próbują je skrywać.
Jak dziecko, które obraca na języku twardy cukierek, rozkoszując się wyjątkowym smakiem i konsystencją, obracał w głowie obraz niemowlęcia, jego szczelnie zamkniętych oczu i zaciśniętych piąstek. A potem niemowlę zniknęło, tak po prostu, zostawiając po sobie zwinięty kocyk w czerwono-zielone melony i żółte kaczuszki, i wioślarz nie mógł zrozumieć, gdzie się podziało. Przetrząsał wspomnienie, przekładając fragmenty i obrazy jak więdnące płatki, patrząc, szukając odpowiedzi, ale znajdował tylko kolejne woale, jedno wyrzucone opakowanie po drugim, a pomiędzy nimi tylko popiół.
Wreszcie spojrzał na zewnątrz, na ludzi kucających w łodzi. Jakow, jasnowłosy mężczyzna, który parę minut temu zapłacił rachunek, trzymał się za głowę, a siedząca obok niego kobieta poklepywała go po ramieniu w słabym geście pocieszenia.
– Daj spokój – powtarzała. – Nie może być tak źle. Mężczyzna tylko kręcił głową i patrzył z udręką w oczach.
– Przepraszam – powiedziała kobieta. – Czy mogę coś zrobić?
– Nie.
Wioślarz wziął zapłatę i wiedział, że nie ma prawa prosić o więcej. Ale ciekawość wzięła górę. Przestał popychać łódź i zostawił tyczkę wlokącą się w czarnej wodzie za rufą.
– Co się stało z dzieckiem? – Zapytał Jakowa.
– Jakim dzieckiem? – Szepnął.
– Nie baw się ze mną w kotka i myszkę. Wiesz, co zabrałem. – Wspomnienia, które wyłuskiwał, nie znikały, tylko traciły znaczenie emocjonalne; zostawały puste skorupy faktów.
– Nie muszę ci nic mówić – mruknął rozdrażniony Jakow. – Daj mi spokój.
Wioślarz wrócił do kontemplowania nowego wspomnienia. Było niepodobne do innych, małe, a zarazem zniekształcone i pełne zawiłości. Przebiegał ten labirynt, pokonując każdą przeszkodę, badając każdą ślepą uliczkę, każdy zakręt i ukryty zakamarek. Był w tym dobry – karmił się ich wspomnieniami, odkąd zaczęli tu przychodzić, i nie pamiętał co porabiał wcześniej; wspomnienia zabrane innym zastąpiły jego własne.
Pomyślał o amerykańskiej tancerce, o jej wspomnieniach otulonych warstwą obcego języka; rozpoznawał tylko jej wizerunki, gdy stała otoczona przez kilkoro dzieci (Jej? Cudzych?), drżących w śnieżną noc, przy czarnym molo w jakimś nieznanym porcie, gdzie lód obrzeżał ciemną wodę morską i kry tarły o siebie z powolnym zgrzytliwym dźwiękiem. Pamiętał scenę i pełne napięcia twarze widowni, i czerwone draperie wirujące w jej polu widzenia, gdy z rozrzuconymi rękami kręciła pirueta przez wieczność. Pamiętał twarz jasnowłosego mężczyzny, niegdyś przystojną, ale teraz zniszczoną przez alkohol i zarywane noce, i tę samą twarz później, tlącą się ruinę, zgruchotaną strzałem z pistoletu. Te obrazy były symbolami tajemnicy, pozostały niewyjaśnione, lecz przez to nie mniej cenne.
Wioślarz zastanawiał się, czy ten wewnętrzny przymus smakowania wspomnień innych ludzi jest chorobą. Zastanawiał się, czy mógłby brać coś innego jako zapłatę, może jedzenie lub pieniądze, albo czy w ogóle nie powinien przewozić ich za darmo. Nie cieszyło go zadawanie bólu; dawniej wierzył, że im pomaga, uwalniając od tortur emocjonalnych i udręki niespełnionych pragnień. Dawniej myślał, że czyni dobro.
Obojętne jak bardzo dręczyły ich wspomnienia, cierpienie stawało się dotkliwsze, gdy zostały im odebrane – rana ropieje i zaognia się po wyjęciu drzazgi, aż człowiek zaczyna rozważać, czy nie byłoby lepiej, gdyby zostawił przyczyny jątrzenia. Wspomnienia stawały się ich częścią, przemienione z ciał obcych w integralne elementy duszy. Wioślarz nie umiał tego zrozumieć, ale nie mógł też przestać, przymuszony do wyłuskiwania i wchłaniania każdego bolesnego samorodka, dzięki czemu mógł się czuć prawdziwy jeszcze chwilę dłużej.
Łódź dotknęła przeciwnego brzegu, pustego, kamienistego i czarnego jak ten, który niedawno opuścili. Jakow miał wrażenie, że minęły wieki, choć wiedział, że upłynęły minuty. Wyszedł na brzeg na niezgrabnych zdrewniałych nogach i się przeciągnął. Galina stanęła przy nim, milcząca, ale pełna współczucia i wyrzutów sumienia.
– Wszystko w porządku – powiedział do niej. – To nie twoja wina.
Zemuna wygramoliła się z łodzi, jej kopyta ślizgały się po mokrych skałach brzegu. Kościej i Timur-bej wysiedli za nią, uważając, żeby nie wejść w czarną wodę.
Przed nimi rozciągał się las – las Berendeja – i Jakow od razu się domyślił, że Ojczulek Mróz często tu zagląda. Drzewa i gałęzie były pokryte śniegiem, przybrane soplami, skrzące się szronem. W lesie Berendeja rosły prawdziwe drzewa – Jakow rozpoznał białe nakrapiane pnie brzóz, smukłe witki wierzb, kępy wysokich, wyprężonych jak struny drżących osik. Były tam krzepkie dęby i jesiony o popielatej korze, czerwone klony, które sięgały w górę z gracją tańczących dziewcząt, gęste zielone świerki, wyniosłe majestatyczne sosny… Nie zdawał sobie sprawy, jak bardzo mu ich brakowało.
– Tu jest zima – szepnęła Galina. – Myślisz, że na powierzchni też panuje zima?
– Nie bądź niemądra, jesteśmy tu tylko trzy dni – odparł Jakow.
– A jeśli tutaj czas płynie inaczej?
– W takim razie niewiele możemy zrobić, prawda? – Burknął z irytacją.
– Chyba nie – przyznała i została w tyle, przy Zemunie.
Weszli do lasu i Jakow, choć zdenerwowany, poczuł się jak dziecko, które wkroczyło do prawdziwej bajki. Pomimo zamarzniętych drzew, powietrze było tylko trochę chłodniejsze niż w innych częściach podziemia, a w górze wisiał duch słońca, rozpalający w szronie na każdej powierzchni pryzmatyczne błękity, czerwienie i żółcienie. Delikatne maswerki szadzi tworzyły kwiaty i fantastyczne zwierzęta, które niczym magiczne obrazy wiły się wokół każdego pnia.
Pomiędzy drzewami wiły się zadbane ścieżki i Jakow zdał sobie z zażenowaniem sprawę, że wypatruje na nich stworzeń leśnych, które zwykle mieszkały w lesie Berendeja, przynajmniej w bajkach. Zauważył białego królika śmigającego wśród drzew i rogatą głowę łosia, łypiącego w gałęziach świerka.
– Mogę na chwilę pożyczyć twojego gawrona? – Zapytał Kościeja.
– Proszę bardzo – odparł Kościej i wyciągnął Siergieja z kieszeni. – Tylko nie pozwól mu uciec.
– Jak myślisz, dokąd miałbym pójść? – Burknął Siergiej i nastroszył pióra. – Boże, ale tu zimno.
– Nie jest źle – powiedział Jakow i ostrożnie posadził go na ramieniu. – Czy las wygląda tak, jak się spodziewałeś?
Gawron zamrugał w jasnym świetle i powiódł dokoła spojrzeniem czerwonych oczu.
– Wygląda jak plan filmowy.
– Tylko że jest prawdziwy.
– Albo tak myślisz.
Jakow zastanowił się, czy nie wepchnąć gawrona do kieszeni, ale postanowił dać mu jeszcze jedną szansę.
– Pamiętasz, jak znaleźć Berendeja?
– Jak go znaleźć? Widziałem go tylko w filmach. Jest zmiana sceny, cięcie, a potem się pojawia. Chyba czekamy na cięcie.
Jakow tylko pokręcił głową.
– W zasadzie on ma rację – zamruczała Zemuna za jego plecami. – Berendej wie, co się dzieje w jego lesie. Przybywa bezzwłocznie, gdy zjawiają się intruzi.