Lustrzany taniec [Mirror Dance - pl]
- Автор: Буджолд Лоис Макмастер
- Год: 2002
- Язык: польский
- Год: Pr
- ISBN: 3-7337-142-7
- Переводчик: Lukasz Praski
- Жанр: Космическая фантастика
Электронная книга - «Lustrzany taniec [Mirror Dance - pl]». Краткое содержание книги:
Quinn ze swoim oddziałem odważyła się wybiec na otwartą przestrzeń w momencie, gdy wahadłowiec, rozstawiwszy nogi jak monstrualny owad, ostrożnie sadowił się w kraterze. Kilku ostatnich Bharaputran zajmowało jeszcze pozycje na dachu przeciwległego budynku i nękało ich ogniem. Mieli jednak tylko łuki plazmowe i nadal uważali, żeby nie trafić klonów — choć jedna z różowo ubranych dziewczynek krzyknęła, bo zahaczyła o wiązkę odbitą od dendariańskiej tarczy lustrzanej. Na szczęście doznała jedynie lekkich oparzeń, bolesnych, ale niegroźnych dla życia. Płakała roztrzęsiona, lecz dendariański komandos, nie zważając na to, złapał ją i poprowadził w stronę włazu desantowca, z którego zaczął się wysuwać trap.
Kilku Bharaputran, straciwszy nadzieję na pokonanie wahadłowca zwykłą bronią snajperską, zmieniło taktykę. Zaczęli skupiać ogień na Quinn, posyłając strzał za strzałem prosto w jej przeciążoną tarczę. Pod zmasowanym ogniem komandor chwiała się na nogach, rozbłyskując co chwilę błękitnym blaskiem. Klony i Dendarianie prędko wbiegali po trapie na pokład.
Hełmy dowódców ściągają ogień. Nie miał innego wyjścia, tylko przebiec przed Quinn. Powietrze wokół niego zajaśniało od energii jego tarczy lustrzanej, ale ten moment wystarczył, żeby Quinn odzyskała równowagę. Chwyciła go za rękę i razem pokonali sprintem trap, wchodząc na pokład ostatni. Wahadłowiec szarpnął i wzniósł się w powietrze, chowając trap w chwili, gdy oboje wpadli do środka przez właz, który natychmiast się zamknął. Cisza zadźwięczała im przeraźliwie w uszach.
Mark przewrócił się na plecy i leżał, chwytając łapczywie powietrze. Płuca paliły go żywym ogniem. Quinn siedziała, a jej zaczerwieniona twarz wyraźnie odcinała się od szarego kaptura. Niewielkie oparzenie, jak od nadmiaru słońca. Po trzech głębokich oddechach zamknęła usta i z lękiem dotknęła policzków. Mark przypomniał sobie, że tej kobiecie plazma wypaliła kiedyś całą twarz. Ale to zdarzyło się dawno temu. Tym razem twarz ocalała. Tym razem.
Quinn uklękła i znów zaczęła przerzucać kanały w swoim hełmie, który o mały włos, a ściągnąłby na nią zgubę. Po chwili zerwała się z podłogi i pobiegła naprzód, obijając się po drodze, ponieważ podczas nabierania prędkości wahadłowcem mocno szarpało. Mark usiadł, rozglądając się wokół siebie zdezorientowany. Rozpoznał sierżant Taurę, Thorne’a i klony. Resztę stanowili nieznani mu Dendarianie, prawdopodobnie z Oddziału Żółtych pod dowództwem porucznika Kimury, niektórzy mieli na sobie szare mundury polowe, inni pełny rynsztunek kosmiczny. Ich stroje wydawały się raczej podniszczone. Wszystkie cztery koje dla rannych umieszczone z tyłu desantowca zostały zajęte, a piątego komandosa trzeba było położyć na podłodze. Jednak opiekująca się nimi lekarka nie wykazywała żadnej nerwowości. Spokojnie krzątała się przy pacjentach, których stan był widocznie na tyle stabilny, że mogli czekać na dalsze leczenie w bardziej sprzyjających warunkach. Kriokomora Żółtych została jednak zajęta. Rokowania zawiniętej w folię Phillipi były tak złe, że Mark zastanawiał się, czy będą próbowali dalej ją zamrażać, kiedy znajdą się na pokładzie „Peregrine’a”. Poza Dendarianką i kriokomorą nie dostrzegł więcej przykrytych ciał, żadnych worków na zwłoki — oddziałowi Kimury widocznie udało się szczęśliwie wypełnić misję.
Wahadłowiec przechylił się; krążyli, nie wchodząc jeszcze na orbitę. Mark cicho jęknął i wstał, żeby sprawdzić, dokąd poszła Quinn.
Gdy zobaczył jeńca, stanął jak wryty. Mężczyzna siedział ze związanymi z tyłu rękami i przypięty do fotela, a pilnowało go dwoje Dendarian z Oddziału Żółtych, wysoki mężczyzna i muskularna kobieta, która giętkością ruchów i nieruchomymi oczyma przypominała Markowi węża. Jeniec wyglądał na czterdzieści kilka lat i miał na sobie brązową tunikę oraz spodnie. Spod złotego kółka, którym spiął z tyłu włosy, wymykały się niesforne kosmyki, opadając mu na twarz. Nie szamotał się, lecz siedział spokojnie, czekając na rozwój wypadków z chłodną cierpliwością, która doskonale pasowała do bezruchu kobiety-węża.
Bharaputra. Ten Bharaputra, baron Bharaputra, Vasa Luigi we własnej osobie. W ciągu ośmiu lat, jakie upłynęły od chwili, gdy Mark widział go ostatni raz, nie zmienił się ani trochę.
Vasa Luigi uniósł wzrok, a gdy ujrzał Marka, w jego oczach błysnęło zdumienie.
— To pan, admirale — mruknął.
— Owszem — odparł odruchowo Mark głosem Naismitha. Zachwiał się, ponieważ wahadłowiec mocniej się przechylił. Starał się ukryć drżenie kolan będące skutkiem przerażenia i wyczerpania. W nocy poprzedzającej akcję też nie spał. Bharaputra tutaj?
Baron uniósł brew.
— Czyje to na pańskiej koszuli?
Mark spuścił wzrok na własną pierś. Długa plama krwi jeszcze nie zbrązowiała, wciąż była wilgotna, lepka i zimna. Przez chwilę miał ochotę odpowiedzieć: „Mojego brata”, aby zaszokować barona. Nie był jednak pewien, czy baronem cokolwiek potrafi wstrząsnąć. Chcąc uniknąć bardziej poufałej rozmowy, uciekł do przedniej części wahadłowca. Baron Bharaputra. Quinn i jej towarzysze postanowili igrać z ogniem, ale jak to sobie wyobrażają? Przynajmniej zrozumiał, dlaczego wahadłowiec może bezpiecznie krążyć w zasięgu ognia Bharaputran.
Zastał Quinn i Thorne’a w kabinie pilota razem z Kimurą, dowódcą Oddziału Żółtych. Quinn przejęła stanowisko łączności. Zsunęła szary kaptur, a jej wzburzone ciemne włosy zlepiał pot.
— Framingham! Melduj się! — krzyczała. — Musisz startować. Masz nad sobą bharaputrańskie posiłki.
Po drugiej strome pokładu załogowego siedział Thorne i wpatrywał się w holowidowy monitor operacyjny. Dwie kolorowe kropki oznaczające dendariańskie myśliwce zanurkowały, lecz nie udało się im rozerwać szyku wahadłowców wroga, które przesuwały się nad widmowym gwiezdnym modelem miasta wyobrażającym prawdziwe miasto znajdujące się pod nimi. Mark zerknął przez okno za ramieniem pilota, ale w jasnym smogu poranka nie mógł zobaczyć oryginału.
— Właśnie usiłujemy odzyskać rannego, pani komandor — powiedział głos Framinghama. — Za chwilę oddział powinien wrócić.
— Poza tym macie wszystkich? Macie Norwooda? Nie potrafię namierzyć jego hełmu!
Na chwilę zapadła cisza. Quinn zaciskała i otwierała dłonie. Paznokcie miała obgryzione do krwi.
Wreszcie Framingham odezwał się ponownie:
— Już go mamy. Mamy wszystkich, żywych i martwych, z wyjątkiem Phillipi. Nie chcę zostawiać nikogo w rękach tych łajdaków i jeżeli mogę coś zrobić…
— My mamy Phillipi.
— Dzięki Bogu! Wobec tego nikogo nie brakuje. Komandor Quinn, startujemy.
— Masz cenny ładunek, Framingham — powiedziała Quinn. — Spotykamy się pod osłoną ognia „Peregrine’a”. Twoich skrzydeł będą pilnować myśliwce. — Kropki na holomonitorze oderwały się od pełznącego wolno nieprzyjaciela, zostawiając go w tyle.
— A wasze skrzydła?
— Będziemy ci siedzieć na ogonie. Oddział Żółtych kupił nam bilet pierwszej klasy do bezpiecznego portu. Tym portem jest Stacja Fella.
— A potem odlatujemy?
— Nie. „Ariel” uległ wcześniej uszkodzeniom. Zostajemy w doku, wszystko zostało ustalone.
— Zrozumiałem. Do zobaczenia na miejscu.