Pan Lodowego Ogrodu. Tom II
- Автор: Гжендович Ярослав
- Серия: Pan Lodowego Ogrodu #2
- Язык: польский
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Pan Lodowego Ogrodu. Tom II». Краткое содержание книги:
Oprócz tego pracuje jako dziennikarz „wolny strzelec”, prowadzi stałą rubrykę naukowo-cywilizacyjną w Gazecie Polskiej i tłumaczy komiksy, głównie z serii Usagi Yojimbo i Batman.
W Fabryce Słów ukazała się Księga jesiennych demonów, jego pierwszy autorski zbiór opowiadań grozy.
Pan Lodowego Ogrodu to pierwsza powieść Jarosława Grzędowicza, w mistrzowski sposób łącząca elementy science fiction i fantasy.
Ilustracje Jan J. Marek
Na razie jednak nic się nie działo. W labiryncie trwała cisza, przerywana czasem piskami nocnego ptaka. Dotarliśmy na miejsce, adeptka pochyliła się, wchodząc do celi, po czym usłyszałem, że krzesze w środku ogień. Zamigotał płomyk, pokoik zalało ciepłe, żółte światło.
Ukląkłem przed posążkiem Pani Żniw i dotknąłem czołem podłogi. Adeptka odpaliła jeszcze knot drugiej lampy, tej oświetlającej niszę z figurką, potem pochyliła się nad koszem.
— Umiesz mówić? — zapytała. — Odpowiadaj! Możesz sobie nosić kurtę adepta, ale to ja jestem córą ziemi i musisz mnie słuchać!
Marzyłem, żeby wreszcie sobie poszła. Spojrzałem na nią możliwie wystraszonym wzrokiem, otwierając głupkowato usta w nadziei, że się zniechęci. Wyglądało jednak, że nie da za wygraną.
— Odpowiadaj, mówię ci! Umiesz mówić?
— No — powiedziałem.
— Ile masz lat?
— Będzie ze dwadzieścia — skłamałem. Biedak z Kysaldym nie wyglądałby w wieku siedemnastu lat tak jak ja.
Otworzyła koszyk i wyjmowała z niego zamknięte pokrywkami miski. Szczerze mówiąc, miałem wrażenie, że mój żołądek umarł, i wątpiłem, żebym był w stanie coś zjeść. W koszyku znajdowało się jeszcze coś — opakowane w płótno spore zawiniątko, którego nawet nie dotknęła i zdało mi się, że stara się też go nie musnąć.
— A kto ci tak głowę ogolił? Rydwan bojowy? Jak ci na imię?
— Ja Agyren. Na świątyni ogolili. A w drodze to sam żem golił, bo odrastało.
— Wcale nie jesteś taki pryszczaty, Agyren. I nie mów „ja", bo cię uderzę.
— Od małego tak wołają.
— Zostawili ci imię? To może dalej jesteś psem, co? Czy cię wytrzebili?
— Ja księżycowy pies — przytaknąłem.
— Pokaż no! — Znienacka sięgnęła między moje nogi i obmacała spodnie. Poczułem jakby oblał mnie wrzątek. Odskoczyłem i zasłoniłem się.
— Nie wolno! — krzyknąłem skrzekliwie, przewracając oczami. Już mnie to wszystko znużyło. Najchętniej bym ją ogłuszył.
— Aleś ty głupi! To tobie nie wolno. Ja jestem córą ziemi, mi wszystko wolno. I masz mnie słuchać! Pokaż no... No proszę. Wszystko ci zostawili... Coś takiego. Nieładnie, Agyren. Nie wiesz, że w tym siedzi zło?
— Nie dotykaj... — powiedziałem. — Nie wolno. Mistrz będzie bił.
— Jeszcze gorzej cię zbije, jeśli się dowie, że mnie nie słuchałeś.
Nie rozumiałem, o co jej chodzi, ale miałem jak najgorsze podejrzenia. Odsunąłem się od niej pod ścianę, lecz natychmiast podpełzła na czworakach i znowu sięgnęła między moje nogi. Zasłoniłem się, wtedy uderzyła mnie w twarz i odsunęła moją dłoń.
Spojrzałem na jej koszyk, który udało mi się kopnąć w czasie szamotaniny. Chusta owijająca pakunek rozchyliła się lekko i przez szczelinę spojrzało na mnie poczerniałe żelazo przecięte czerwonym sznurkiem z czerwoną, woskową pieczęcią.
Wszystko stało się jasne. Miała tam identyczną szkatułę jak ta, którą wieźliśmy.
Przyszło mi do głowy, że może najlepiej pozwolić dziewczynie dalej robić to, co robiła, i dać jej okazję do zamienienia przesyłek. Wtedy skwapliwie wypuszczą nas w dalszą drogę. Tyle tylko, że na moście nadal będzie tkwiła oszalała Wiedząca ze swoim „okiem na dłoni". Potem nagle przyszło mi do głowy, że gdybym był na ich miejscu, musiałbym zabić posłańców. To było niczym gra w targiss. Zobaczyłem w głowie układ pionów, wyobraziłem sobie wszystkie ruchy po kolei. Ona da mi teraz rozkosz i, korzystając z nieuwagi, niepostrzeżenie zamieni szkatuły. A potem mnie zastraszy. Biedny kretyn przecież wie, co grozi mu za obcowanie z kobietą bez zgody bogini. Wie też, że nikt nie uwierzy synowi księżyca, adeptowi niskiej rangi i do tego jeszcze idiocie. Więc będzie siedział cicho. Ale wędrowcy udadzą się dalej i na miejscu okaże się, że w szkatule nie ma Imienia albo listów, albo czegokolwiek, co miało tam być. Natychmiast będzie wiadomo, czyja to sprawka. Ci, którzy mieli otrzymać przesyłkę, nie puszczą płazem czegoś takiego. Wątpiłem, by uznali to po prostu za wyborny dowcip i pogrozili palcem sprytnej archimatronie, która zadbała o swoją świątynię. To było bezlitosne, lecz widziałem wynik, jakbym obliczał jakiś rachunek. Miał tylko jedno rozwiązanie. Śmierć dla posłańców. Przesyłka nie dotrze na miejsce, ale będzie można powiedzieć, że tu też nie dotarła. Co gorsza, prędzej czy później ktoś znajdzie dwa trupy leżące w jarze pod miastem. My zaś nakarmimy boginię i nasze kości posłużą do ozdobienia kolejnej komnaty. Ta intryga mogła dać tylko taki wynik.
Stawiałem nadal opór, lecz dziewczyna też nie próżnowała, a ja nie widziałem kobiety od tak dawna, iż wydawało mi się, że było to przed wiekami. Zacisnęła dłoń i uniosła głowę, patrząc na mnie przymrużonymi oczami, z lekkim, szelmowskim uśmiechem rozchylonych ust i znowu poczułem, że mimo wygolonej czaszki, mimo spirali zdobiących jej czoło i policzki, wydaje się niebezpiecznie, wyraźnie znajoma. Przeraziło mnie to jeszcze bardziej.
Wiedziałem już, co muszę zrobić, lecz przyłapałem się na tym, że zwlekam z tym najzupełniej celowo. Jeszcze chwilę, jeszcze jeden ruch jej dłoni...
Wyrwałem się i odepchnąłem adeptkę.
— Jesteś zła! Nie wolno! Bogini patrzy! Nie wolno tego robić! Mówili mi o pokusach! O złych myślach! Ty jesteś pokusa! Złamyśla!
— Cicho, głupcze! — warknęła. Celowo wrzeszczałem na całe gardło. — Hara! Zamilcz, psie!
Uderzyła mnie na odlew w skroń. Nie osłoniłem się, ale przyszło mi do głowy, żeby ją zabić. Mogłem to zrobić i bez hałasu, i bez śladów krwi. Zanim zorientują się, że znikła, zanim ją znajdą, będziemy już na szlaku. Jednak to nie było rozsądne. Gdzie na przykład miałbym ukryć ciało w tej pustej, kamiennej plątaninie murów i korytarzy?
— Bo powiem, że chciałeś mnie dotykać — zagroziła. — Powiem, że próbowałeś mnie obnażyć. Że dotknąłeś mojego świętego łona. Myślisz, że mi nie uwierzą? Wiesz, co ci wtedy zrobią?
— Idź sobie! Odejdź! Mistrz dotknie mnie do głowy i wszystko będzie wiedział! Sam zobaczy!
Zawahała się. Kto wie, co w dzisiejszych czasach było możliwe. A może mój kapłan faktycznie był Wiedzącym?
— Cśś... — powiedziała ciepło i dotknęła palcem moich warg. — Cicho już... Będę dla ciebie dobra... Nic nie rozumiesz... Kiedy ja pozwalam, to wolno dotykać. Bogini się cieszy, rozumiesz?
Znowu wyciągnęła dłoń i znalazła rozsznurowaną szczelinę w moich spodniach. Pchnęła mnie w pierś, każąc położyć się na wznak. Jej palce były dziwnie wprawne jak na brzydzącą się rodzajem męskim adeptkę. Doskonale wiedziała, co robi, i znowu poczułem, że wydaje mi się znajoma.
— To tylko, żeby nam się lepiej spało... — wyszeptała. — Twój mistrz szybko nie wróci, on ogląda teraz harmonię jedności... No już, uspokój się... Już... Och tak...
Spojrzała na mnie, znowu mrużąc powieki.
Wyrwałem się, wytrzeszczyłem oczy i wygiąłem całe ciało w dziwacznych konwulsjach. Odskoczyła, patrząc ze zdumieniem i przerażeniem, jak miotam się po kobiercu niczym przerażona ryba. Uderzyłem twarzą we własne kolano, potem wrzeszcząc, zacząłem tłuc głową w ścianę, jakbym chciał się za coś ukarać. Nie za mocno, żeby nie zemdleć, ale wystarczająco, żeby rozbić nos i rozmazać krew po twarzy. Wywróciłem stolik, miski potoczyły się po podłodze, lampa wpadła w kałużę sosu i na szczęście zgasła. Wydawałem z siebie jakiś chrapliwy ryk, niepodobny do ludzkiego głosu, charczałem, trzymając się za gardło i tłukąc głową o poduszki, udało mi się nawet spienić ślinę w ustach, po czym wypuściłem ją na wargi. Dziewczyna patrzyła przez chwilę, na jej pobladłej twarzy wstręt mieszał się z przerażeniem, zobaczyłem, że zaczyna cofać się na czworakach do wyjścia, w końcu chwyciła swój koszyk i uciekła. Zostałem nareszcie sam.