Oko czasu [Time's Eye - pl]
- Автор: Бакстер Стивен М., Кларк Артур Чарльз
- Серия: Odyseja czasu #1
- Год: 2008
- Язык: польский
- Год: Vis-
- ISBN: 978-83-61516-00-2
- Переводчик: Stefan Baranowski
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Oko czasu [Time's Eye - pl]». Краткое содержание книги:
Hefajstion spoczywał na łóżku, przykryty luźnym prześcieradłem; wciąż miał na sobie koszulę nocną. Był ośrodkiem zainteresowania: szambelani przygotowywali stroje i wnosili jedzenie, a rząd służących dźwigał dzbany z wodą. Sam Hefajstion, opierając się na łokciu, leniwie dłubał w tacy pełnej mięsiwa.
Pod prześcieradłem coś się poruszyło. Chłopiec z oczyma ciężkimi od snu wynurzył się spod prześcieradła i usiadł, wyglądając na oszołomionego. Hefajstion uśmiechnął się do niego. Dotknął palcami własnych warg, a potem warg chłopca i poklepał go po ramieniu.
— Teraz już idź. — Chłopiec zszedł z łóżka, był zupełnie nagi. Szambelan owinął go peleryną i wyprowadził z komnaty.
Eumenes, czekając przy wejściu, starał się nie okazywać pogardy na widok tego, co zobaczył. Żył i pracował z tym Macedończykiem na tyle długo, żeby nauczyć się go rozumieć. Pod rządami swych królów zostali zjednoczeni i stanowili teraz siłę, która mogła podbić świat, ale wywodzili się z górskich plemion i od tradycji przodków dzieliło ich zaledwie kilka pokoleń. Eumenes chciałby nawet przyłączyć się do ich hulanek, gdyby to nie było nierozsądne. Ale mimo to niektórzy spośród tych sług byli synami macedońskiej arystokracji, których wysłano, by służyli wyższym urzędnikom Króla, aż do ukończenia edukacji. Eumenes mógł tylko wyobrażać sobie, co muszą przeżywać tacy młodzi ludzie, spędzając ranki na usuwaniu cuchnących pozostałości po jakimś pijanym barbarzyńskim wojowniku albo spędzając noce, dogadzając jego potrzebom w jakiś inny sposób.
Wreszcie Hefajstion zauważył Eumenesa.
— Wcześnie dzisiaj przybywasz, Sekretarzu.
— Nie sądzę, chyba że słońce znowu zaczęło skakać po niebie.
— Więc to ja jestem spóźniony. Ha! — Machnął rożnem z kawałkiem mięsa w stronę Eumenesa. — Spróbuj tego. Nigdy by ci nie przyszło do głowy, że martwy wielbłąd może tak smakować.
— Powodem, dla którego Hindusi tak mocno przyprawiają swoje potrawy — powiedział Eumenes — jest to, że jedzą zgniłe mięso. Ja będę się trzymał owoców i baraniny.
— Straszny z ciebie nudziarz, Eumenesie — powiedział Hefajstion nerwowo.
Eumenes ukrył irytację. Pomimo nieustannej rywalizacji z Hefajstionem myślał, że rozumie nastrój Macedończyka.
— A ty tęsknisz za Królem. Rozumiem, że dotąd nie było żadnych wiadomości.
— Połowa naszych zwiadowców w ogóle nie powróciła.
— Czy poprawia ci się nastrój, kiedy się zagubisz między udami sługi?
— Znasz mnie aż za dobrze, Sekretarzu. — Hefajstion odłożył rożen na talerz. — Może masz rację co do tych przypraw. Mimo to wyrąbują przejście przez bebechy, jak kompania konnicy przez linie Persów… — Zwlókł się z łóżka, ściągnął koszulę nocną i założył czystą tunikę.
Eumenes zawsze był zdania, że Macedończyk jest pełen sprzeczności. Był wyższy niż większość ludzi, miał regularne rysy, choć nos miał dosyć długi, zdumiewająco niebieskie oczy i krótko przycięte czarne włosy. Trzymał się dobrze. Bez wątpienia był wojownikiem, o czym świadczyły liczne blizny pokrywające jego ciało.
Wszyscy wiedzieli, że Hefajstion był najbliższym towarzyszem Króla od czasu, gdy byli chłopcami, a potem został jego kochankiem. Chociaż od tego czasu Król miał wiele żon, kochanek i kochanków, z których ostatnim był przypominający robaka perski eunuch imieniem Bagoas, pewnego razu, kiedy był pijany, zwierzył się Eumenesowi, że zawsze uważał Hefajstiona za jedynego prawdziwego towarzysza, jedyną prawdziwą miłość swego życia. Król, który nie był głupcem, nawet gdy chodziło o przyjaciół, powierzył Hefajstionowi dowództwo nad tą grupą armii, a przedtem uczynił go swym wezyrem, na wzór perskiej tradycji. A jeśli chodzi o Hefajstiona, nikt inny się nie liczył, był tylko Król; jego sługi i konkubiny nie były niczym więcej niż istotami, które go ogrzewały pod nieobecność Króla.
Ubrawszy się, Hefajstion powiedział:
— Czy odczuwasz satysfakcję, widząc, jak cierpię z powodu Króla?
— Nie — odparł Eumenes. — Ja także się o niego boję, Hefajstionie. I to nie dlatego, że jest moim Królem — nie z powodu wstrząsu, jaki wywołałaby u nas wszystkich jego strata — lecz ze względu na niego samego. Możesz w to wierzyć lub nie, niemniej jednak to prawda.
Hefajstion przyjrzał mu się uważnie. Podszedł do wanny, wziął myjkę i przetarł twarz.
— Nie wątpię w ciebie, Eumenesie. W końcu razem przeszliśmy wiele, towarzysząc Królowi w jego wielkich wyprawach.
— Aż na kraniec Ziemi — cicho powiedział Eumenes.
— Tak, aż na kraniec Ziemi. A teraz, kto wie, może nawet jeszcze dalej… Daj mi jeszcze chwilę. Usiądź, proszę, napij się wody, wina, poczęstuj się owocami…
Eumenes usiadł i wziął parę suszonych fig. Pomyślał, że to była naprawdę długa podróż. I jakie to byłoby dziwne — jakie przykre — gdyby wszystko miało się skończyć tutaj, w tym wymarłym miejscu, tak daleko od domu.
Mając za plecami uzbrojonych we włócznie żołnierzy z epoki żelaza, Bisesa, Cecil de Morgan, kapral Batson oraz towarzyszący im trzej sipajowie pokonali ostatni grzbiet. Przed ich oczyma roztaczała się delta Indusu, równina, którą przecinała migocąca, szeroka, leniwie płynąca rzeka. Na zachodnim horyzoncie Bisesa dostrzegła sylwetki statków na morzu, niewyraźne wskutek gęstego, przesyconego mgłą powietrza.
Pomyślała zdumiona, że statki wyglądają jak tryremy.
Przed sobą ujrzała obóz wojskowy. Wzdłuż brzegów rzeki rozbito namioty i dym niezliczonych ognisk mieszał się z porannym powietrzem. Niektóre namioty były ogromne i otwarte od frontu, jak sklepy. Wszędzie panował ruch, roiło się od ludzi. Nie byli to wyłącznie żołnierze: kobiety poruszały się wolno, ciężko obładowane, dzieci biegały po błotnistej ziemi, a psy, kurczaki i nawet świnie truchtały zatłoczonymi uliczkami. Jeszcze dalej, w wielkich zagrodach widać było konie, wielbłądy i muły, a stada owiec i kóz wałęsały się po bagnistej ziemi. Wszyscy i wszystko było pokryte błotem, od najwyższego wielbłąda do najmniejszego dziecka.
Pomimo błota i znużenia de Morgan robił wrażenie ogarniętego euforią. Dzięki swojemu „niepotrzebnemu wykształceniu” wiedział znacznie więcej niż ona na temat tego, co się tu dzieje. Wskazał otwarte namioty.
— Widzicie? Żołnierze mieli robić zakupy, więc są tam handlarze — wielu z nich to Fenicjanie, jeśli dobrze pamiętam — którzy podążają za maszerującymi wojskami. Są tam wszystkie rodzaje sklepów, teatrzyki wędrowne, a nawet sądy, które wymierzają sprawiedliwość… I pamiętajcie, że ta armia jest w terenie od wielu lat. Wielu z tych mężczyzn po drodze znalazło sobie kochanki, żony; niektórzy mają nawet dzieci. To prawdziwe wędrujące miasto…
Bisesę szturchnięto w plecy długą macedońską włócznią z żelaznym grotem, sarisą, jak nazywał ją de Morgan. Czas ruszać. Zaczęli posuwać się z trudem w dół zbocza, w stronę obozu.
Próbowała ukryć zmęczenie. Na prośbę kapitana Grove’a wyruszyła z grupą zwiadowczą, aby spróbować nawiązać kontakt z ową macedońską armią. Po kilku dniach wędrówki doliną Indusu o świcie poddali się macedońskiemu patrolowi, w nadziei, że zabiorą ich do dowódców. Od tej chwili pokonali już około dziesięciu kilometrów.
Wkrótce znaleźli się wśród namiotów i Bisesa szła ostrożnie, wybierając drogę przez rzadkie błoto i leżące tu i ówdzie łajno; zapach zwierząt był wszechobecny. Przypominało to bardziej wiejskie podwórze niż obóz wojskowy.
Niebawem otoczyli ich ludzie, którzy wpatrywali się w jej kombinezon, garnitur de Morgana i oślepiająco czerwone kurtki brytyjskich żołnierzy. Większość tych ludzi była niskiego wzrostu, byli nawet niżsi od dziewiętnastowiecznych sipąjów, ale mężczyźni byli barczyści, krępi i najwyraźniej bardzo silni. Tuniki żołnierzy były połatane i nawet skórzane namioty nosiły ślady zniszczenia i licznych napraw, ale żołnierskie pozłacane tarcze lśniły, a konie miały w pyskach srebrne wędzidła. Była to osobliwa mieszanina zaniedbania i bogactwa. Bisesa widziała, że armia ta znajdowała się przez długi czas z dala od domu, ale była armią zwycięską i zdobyła łupy przekraczające żołnierskie marzenia.