Lord z planety Ziemia
- Автор: Лукьяненко Сергей Васильевич
- Язык: польский
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Lord z planety Ziemia». Краткое содержание книги:
– Coś mi się wydaje – powiedziałem złośliwie – że poznałbyś tego człowieka bez względu na to, jak bardzo by się zmienił.
– Ma pan absolutną rację, kapitanie.
Uśmiechnąłem się. Sholtry potrzebował mnie nie mniej niż ja jego.
– Włączenie do załogi byłego buntownika to mało radosna perspektywa.
– Rozumiem pańskie wątpliwości, kapitanie. Ale nie mam najmniejszego zamiaru pana zdradzać. Po prostu obecny zawód z każdym dniem staje się coraz trudniejszy.
Popatrzył na mnie uczciwym spojrzeniem utalentowanego oszusta.
– Jest tylko jedna możliwość włączenia cię do załogi „Terry” – powiedziałem twardo. – Kodowanie psychiczne.
Redrak żachnął się i zerwał z fotela.
– A nie zechciałby pan odprowadzić mnie do karceru, kapitanie? – zapytał z uprzedzającą grzecznością. – Z przyjemnością ponudzę się tam do pierwszej zamieszkanej planety.
– Czy nie lepiej będzie, jak odprowadzę cię do śluzy? – zasugerowałem. – Jeszcze nie wystartowaliśmy i za dwie godzinki będziesz mógł wrócić do poprzednich zajęć.
Redrak skinął głową i z dziwną dumą oznajmił:
– Dobrze, kapitanie. Zgadzam się zginąć jako człowiek wolny. Ale żyć jako niewolnik nie zgodzę się nigdy.
A to ci szuler pijaczyna… Lepiej umrzeć stojąc, niż żyć na kolanach. Zresztą sam nigdy nie miałem nic przeciwko temu hasłu.
– Proponuję ci częściowe kodowanie, a nie całkowite stłumienie woli. Chwytasz różnicę?
– I jakież to reguły chce mi pan narzucić?
Z uśmieszkiem obserwowałem czujną twarz Redraka. Na szczęście nie będę musiał na nowo odkrywać Ameryki. Pewien mądry pisarz, żyjący nieopodal „Niujorka”, wymyślił te teorie dawno temu. Jedyne, co będę musiał zrobić, to zaadaptować trzy prawa robotyki Asimova na potrzeby człowieka.
– Pierwsza: nie możesz swoim działaniem czy brakiem działania wyrządzić szkody członkom załogi mojego statku. Rozsądne?
Redrak skrzywił się jak męczennik.
– Druga: musisz wykonywać wszystkie regulaminowe obowiązki w zakresie, w jakim nie kłócą się one z pierwszym prawem. Zgoda?
– No…
– Trzecia: masz prawo dokonywać dowolnych czynów, niesprzecznych z dwoma pierwszymi prawami. Koniec.
Jasne, porządnie przerobiłem prawa Asimova, zaczynając od tego, że sprowadziłem pojęcie „człowieka” do wąskiego kręgu członków załogi… Ale w końcu Redrak nie jest robotem, a ja nie jestem Stwórcą, który wziął się za jego reedukację.
Nie sposób podróżować po kosmosie w białych rękawiczkach.
– Te prawa bardzo przypominają przysięgę wierności na statkach pirackich – skomentował ponuro Redrak.
– Skoro tak mówisz…
– Jaką karę pociągnie za sobą złamanie tych praw?
– Standardową. Zatrzymanie pracy serca.
Redrak milczał.
– Decyduj – powiedziałem. – Decyduj, Sholtry. Potrzebuję tylko gwarancji dla twoich obietnic. Zgódź się albo ruszaj do karceru. Dostarczę cię do najbliższej planety, na której jest życie.
2. Nocny gość
W luk ktoś zastukał. Cicho, ale wyraźnie. Z trudem rozkleiłem powieki. Nie ma co, wybrałem sobie idealne miejsce do wypoczynku – w przedziale śluzowym, na zimnej, pokrytej ceramicznym, chropowatym pancerzem podłodze kutra. Jeśli nie nabawię się zapalenia płuc, to tylko dzięki termoizolacji kombinezonu pilota. Pod głową miałem torbę z narzędziami, dziesięć centymetrów od wyciągniętej ręki leżała niewyłączona lutownica, niczym rozpalone żądło.
Usiadłem i potarłem twarz zimnymi dłońmi. Po jaką cholerę automatyka utrzymuje w śluzie temperaturę otoczenia? Czy w ramach przygotowania do warunków panujących na zewnątrz, czy to po prostu oszczędność energii?
Czego jak czego, ale energii nie musieliśmy oszczędzać. Spadając w lesie, statek nie uszkodził reaktora, tylko dysze i połowę automatyki.
Sporo zresztą zepsuło się wcześniej, podczas krótkiego, najwyżej trzysekundowego pojedynku z pirackim statkiem. Jego destruktory, nastrojone na materiał logicznych kryształów komputerów, załatwiły nam znaczną część elektroniki, zanim salwa naszych laserów przebiła osłonę korsarza. Wrogi statek przemienił się w obłok rozpalonego gazu, a nas czekało przymusowe lądowanie.
Znowu zastukano. Zerknąłem na zegarek i westchnąłem. Pięć godzin snu po dwóch dobach nieprzerwanej pracy to jednak zbyt mało. A w ogóle to po co się dobijać do luku? Nie prościej nacisnąć guzik?
Odwróciłem głowę w kierunku, z którego dobiegał dźwięk, i dopiero teraz zrozumiałem, co się dzieje.
Nie chodziło o drzwi prowadzące do wewnętrznych pomieszczeń statku. Ktoś stukał do zewnętrznego włazu.
Senność się ulotniła. Dotknąłem płaszczyznowego miecza wiszącego na magnetycznej pochwie przy pasie, przesunąłem zabezpieczenie. Na zewnątrz nie mogło być nic, co stawiłoby opór jednoatomowej klindze. Zaraz po lądowaniu statek uruchomił generator pola neutralizującego. Ani laserowe działa, ani destruktory, ani bomby termojądrowe nie zadziałają.
Zresztą czy mogły być jakieś lasery na planecie o ustroju feudalnym?
Pewnie to mój słaby punkt: nie potrafię nie otworzyć drzwi, do których ktoś stuka, nawet jeśli za nimi stoi niewiadoma. Od dziecka nie znosiłem wyłączonych telefonów i zamkniętych na klucz drzwi.
Pancerz „Terry” pokrywały co prawda setki detektorów, zdolnych przekazać dokładny trójwymiarowy obraz przestrzeni przed statkiem. Ale właśnie te czujniki miałem naprawić, gdy zmorzył mnie sen.
Dotknąłem sensorów i wybrałem kombinację cyfr odblokowującą właz. Elektroniczny zamek był zbyt prosty, by mógł mu zaszkodzić cios destruktora.
Po monitorze detektorów klimatycznych – które oszczędził przypadek – przemknęła linijka symboli. Podświadomość przetłumaczyła je odruchowo: „Atmosfera odpowiednia do oddychania, brak toksyn. Temperatura plus siedem stopni, wilgotność czterdzieści sześć procent, prędkość wiatru półtora metra na sekundę”.
Niezbyt przytulny zakątek…
Powtórnym dotknięciem potwierdziłem polecenie otwarcia włazu. Cielsko płyty powoli uniosło się w górę.
Białe światło zapalonych lamp rozproszyło ciemność przed lukiem. Mżawka osiadająca na błotnistej ziemi, wąski metalowy trap biegnący w dół, zwalone podczas lądowania drzewa wyglądające jak saksauł owinięty drutem kolczastym.
Pusto.
Wpatrywałem się w ciemność, mrużąc oczy pod mokrym dotykiem wiatru. Nikogo nie ma. I nikogo nie mogło być – wylądowaliśmy w środku lasu. Gdyby nawet któryś z tubylców zapędził się w okolice statku, i tak nie podszedłby do niego z własnej woli. Ogromna metalowa kula spadająca na las w kłębach płomieni, wysuwająca grube podpory, łamiąca stuletnie drzewa jak zapałki… To nie jest widok dla ludzi średniowiecza. A wspinanie się po pięciometrowych schodkach, wyglądających tak, jakby miały się zaraz złamać, łomotanie w owalny luk, w niczym nieprzypominający normalnych drzwi, byłoby sprzeczne z ich logiką…
Może jednak stukano od wewnątrz? Albo może mam halucynacje?
– Zabłądziłem…
Jednak halucynacje. Znowu wyjrzałem na zewnątrz. Omamy słuchowe przeszły w zwidy, przyjmując postać małej ciemnej figurki stojącej na schodkach w połowie drogi do luku.
– Zabłądziłem – powtórzyła figurka cienkim dziecięcym głosem.
– Właź – powiedziałem, wyciągając rękę. Sytuacja powoli stawała się normalna. Może miejscowi rycerze nie zaryzykowaliby stukania do kuli, która spadła z nieba. Ale zagubione, zmarznięte dziecko bardziej przestraszy się ciemnego lasu niż tajemniczego „zamku”.
Ująłem chłopca – a może dziewczynkę? – za rękę i wciągnąłem do środka.