Pelagia i czerwony kogut
- Автор: Акунин Борис Чхартишвили
- Серия: Prowincjonalny kryminał #3
- Год: 2004
- Язык: польский
- Год: Noir sur Blanc
- ISBN: 83-7392-078-1
- Переводчик: Henryk Chłystowski
- Жанр: Исторические детективы
Электронная книга - «Pelagia i czerwony kogut». Краткое содержание книги:
Tożsamość zamachowcy udało się ustalić znacznie łatwiej, niż spodziewał się prokurator. Odnaleziono najpierw hotel, w którym ów się zatrzymał. Nie było to trudne, ponieważ Zawołżsk nie jest miastem zbyt dużym. W numerze dokonano przeszukania i natrafiono na paszport, wystawiony na nazwisko obywatela Maurycego Irinarchowicza Piersikowa.
Berdyczowski paszportowi nie uwierzył, pamiętając, że na parowcu przestępca występował jako szlachcic Ostrołyżeński, polecił więc sfotografować zwłoki. Rzecz jasna, nie w tak wysoce profesjonalny sposób jak Sergiusz Siergiejewicz Dolinin – nie rozczesywał nieboszczykowi włosów i nie wpuszczał do oczu nitrogliceryny (zresztą zwłoki nie miały oczu – ani jednego).
Fotografie wraz z opisem zostały rozesłane do wszystkich oddziałów Ochrany i policji w imperium. I zaledwie po kilku dniach nadeszła odpowiedź z kijowskiej Ochrany, przy czym wyjątkowo zaskakująca.
– To nie Piersikow ani Ostrołyżeński. – Matwiej Bencjonowicz, z zagadkowym wyrazem twarzy, przeszedł do głównej części swego raportu (zaczął zaś od tego, że podniośle i z zachwytem wychwalał
dzielność siostry Pelagii). – To niejaki Bronisław Racewicz, szlachcic rodowy z guberni kowieńskiej. – Tutaj prokurator wytrzymał efektowną pauzę i ujawnił swoją największą sensację. – Zechciejcie państwo zwrócić uwagę – były sztabsrotmistrz żandarmerii. Służył w wydziale wołyńskim, a dokładniej w Żytomierzu. W otrzymanym z Kijowa piśmie doniesiono, że Racewicz zasłynął jako odważny i śmiały oficer, a w ostatnim okresie służby był członkiem lotnego oddziału do zwalczania szczególnie niebezpiecznych przestępców. Przy zatrzymywaniu bandy dynamitardów stracił w strzelaninie oko. Nagradzany. Jednakże w zeszłym roku został wydalony z korpusu w skandalicznych okolicznościach – za naruszenie kodeksu honorowego. Zapewne nie wiecie, że wedle regulaminu oficerowie żandarmerii mają zakaz pożyczania pieniędzy, sztabsrotmistrz zaś zadłużył się, i to u żydowskich lichwiarzy, co dla jego zwierzchników było najwyraźniej w dwójnasób naganne – pozwolił sobie na zjadliwość Berdyczowski, sam Żyd z urodzenia. – Zamknięto go w więzieniu za długi. To znaczy najpierw usunięto Racewicza ze służby, a dopiero potem wsadzono, bo oficer Korpusu Żandarmerii siedzieć w więzieniu nie może. Wkrótce wykupił się jakimś sposobem i spłacił długi, ale powrót do służby nie był już możliwy. Natychmiast po uwolnieniu Racewicz wyjechał z Żytomierza w nieznanym kierunku. Dalsza jego działalność i miejsce pobytu nie są kijowskiemu oddziałowi Ochrany znane.
Zaskoczenie słuchaczy było dla prokuratora najlepszą nagrodą. On sam, kiedy godzinę wcześniej przeczytał depeszę, zaczął wzburzony biegać po gabinecie, powtarzając: „To niemożliwe, to niemożliwe!"
– Ale... ale jak to wyjaśnić? – Przewielebny rozłożył ręce. – Żeby oficer żandarmerii, choćby nawet były... Jestem absolutnie zaskoczony!
Matwiej Bencjonowicz, który w odróżnieniu od biskupa miał czas, żeby poradzić sobie z tą sensacją i zebrać myśli, przygotował już odpowiedź.
– Sądzę, że sprawy miały się następująco. Racewicza rozjątrzyły wymogi prawa, których przez wiele lat skutecznie bronił, a które bezlitośnie go odrzuciły – nie za jakieś przestępstwo, ale za zwykłe wykroczenie. Wielkie rzeczy! Nie mógł na czas zwrócić długu! Coś takiego zdarza się powszechnie, na każdym kroku. On zaś, człek zasłużony, został usunięty i pozostawiony bez środków do życia. Jak proponujecie zarabiać na chleb? – Berdyczowski uśmiechnął się chytrze i sam sobie odpowiedział. – Co potrafił Racewicz? Śledzić, przewąchiwać i, by tak rzec, używać przemocy, nic więcej. Czy wiecie, co to jest „lotny oddział"? To grupa oficerów i agentów o najwyższych kwalifikacjach, którzy opanowali wszelkie sposoby posługiwania się bronią, walki wręcz i inne umiejętności, niezbędne w zmaganiach z niebezpiecznymi przestępcami. No to pan Racewicz znalazł sobie zajęcie najbliższe jego dawnej profesji. W praktyce kryminalistycznej dosyć częste są przypadki, kiedy z szeregów policji wywodzą się najzacieklejsi wrogowie społeczeństwa. Możliwe, że Racewicz działał w pojedynkę. Ale raczej nie. Pozwolę sobie przypomnieć, że jest Polakiem. Nie wykluczam, że były sztabsrotmistrz związał się z warszawskimi bandytami, elitą świata przestępczego. Ta kategoria niewiele ma wspólnego z naszymi „dołami". Zachowują się i dokonują zbrodni, proszę wybaczyć wulgaryzm, z szykiem. Wielu szlachetnej krwi. Wykształceni, o nienagannych manierach.
– Ale czego chciał od naszej Pelagii? – zapytał Mitrofaniusz, nie do końca przekonany do tej wersji. Berdyczowski najwyraźniej i na to miał gotową odpowiedź.
– Skierowała na Racewicza podejrzenie. Nie wiem, jak zdołał wydostać się z parowca po zabójstwie Szełuchina i przywłaszczeniu sobie szkatułki z „kasą". Najpewniej wpław. Wątpliwe, żeby przymusowa kąpiel w lodowatej wodzie mu odpowiadała. Rozdrażniony typ o psychopatycznej osobowości. Wśród przestępców (także wśród tych, którzy ich ścigają) podobni osobnicy nie są rzadkością. Wszelkie przeszkody uznają za osobistą zniewagę, a za zniewagę odpłacają pełną miarą. Mogę powtórzyć to, co już mówiłem: zabójca postanowił policzyć się z siostrą Pelagią, i to w sposób sadystyczny, z rozmysłem. Z zemstą zwlekał, czekał na stosowną okazję. Taką, jaka nadarzyła się przy Czarcim Kamieniu. A kiedy dowiedział się, że nic z tego, przestał się patyczkować – postanowił roztrzaskać głowę i koniec.
Pelagia zadała pytanie, które nie dawało jej spokoju:
– Skąd jednak wiedział o porażce jego planów? A zwłaszcza o śladzie?
Prokurator zasępił się.
– To, jeśli pani pozwoli, nie jest kwadratura koła. Wiadomo. Rozsyłając zapytania z prośbą o naukową ekspertyzę sądową, żadną miarą nie podejrzewałem, że przestępca jest byłym żandarmem. Znalazł się tam, oprócz kopii śladu, także opis wyglądu „pana Ostrołyżeńskiego" – szklane oko i tak dalej. Zapytanie trafiło do rąk jakiegoś dawnego współpracownika Racewicza. Zapewne stosunki przyjacielskie. A może interesy – nie wiadomo. Zdarzało mi się słyszeć, że niektórzy policjanci z guberni małorosyjskich i polskich utrzymują, by tak rzec, korzystne stosunki z „warszawiakami". To jednak, proszę wybaczyć, nie należy już do moich kompetencji, to sprawa o większej niż zawołżska skali. Cieszmy się, że nasz przeciwnik został unieszkodliwiony – dzięki pani męstwu i Opatrzności Bożej.
– Amen – powiedział z ulgą władyka. – Wszystko dobre, co się dobrze kończy. I to ich uspokoiło.
VI
ROZUM I UCZUCIE
Piękny pomysł
Zebranie niezbędnych informacji zajęło pięć dni. Jakiś niecierpliwiec poradziłby sobie z tym szybciej, bo zwyczaje i sposób poruszania się obiektu były nad wyraz stałe, Jakow Michajłowicz jednak nie cenił pośpiechu, zresztą dosyć już przez to napsuli. Ale, co godne uwagi –jak ktoś coś spartaczy i narozrabia, to zaraz: „No, Jakowie Michajłowiczu, prosimy pomóc. Niech pan posprząta brudy i zrobi tak, żeby było czyściutko". Choć raz daliby świeżą robotę, a nie rozpapraną, żeby nie zbierać na szufelkę cudzego gówna. Czym dla nich jestem, czyścicielem ustępów?
Tak powarkiwał do siebie człowiek w średnim wieku, o niepozornym wyglądzie, siedzący na tarasie „Cafe de Paris" na Małej Borszczowce, naprzeciwko ogrodu archijereja, i sponad „Zawołżskich Wiadomości Diecezjalnych" popatrywał na zalaną słońcem ulicę.
Ubrany był odpowiednio do powierzchowności – porządnie, ale jakoś bezbarwnie, tak że oko nie miało się na czym zatrzymać: szara marynareczka w krateczkę, niewyszmelcowany, ale też i niezbyt biały kołnierzyk; na stoliku leżał nieco podniszczony melonik. Jedyną rzeczą, która jakoś wyróżniała owego nad wyraz skromnego pana, był okropny zwyczaj wyłamywania palców, zwłaszcza w chwilach skupionego namysłu.