Demony Leningradu [calibre 3.42.0]
- Автор: Przechrzta Adam
- Год: 2011
- Язык: польский
- Год: Fabryka Słów
- ISBN: 978-83-7574-617-4
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Demony Leningradu [calibre 3.42.0]». Краткое содержание книги:
Rozległo się pojedyncze stuknięcie: pięć minut. Tuż przy ciężarówce trzasnęła gałązka. Panna Turkuł nerwowo przeładowała broń.
– Spokojnie! – zawołał ktoś z ciemności. – Słychać już samolot.
– Róbcie swoje! – odkrzyknąłem, nie ruszając się z miejsca.
Nieznajomy oddalił się, ostentacyjnie hałasując. Po chwili zapłonęły ogniska.
– Wychodzimy?
W głosie Wiery wyraźnie usłyszałem ulgę. Tyle że ja jej nie podzielałem. Ni cholery...
– Jeszcze nie!
Stopniowo szemrzącą osnowę deszczu przenikał jakiś inny dźwięk, przez jakiś czas obecny na granicy słyszalności, wreszcie możliwy do zidentyfikowania. Samolot. Rzeczywiście przylecieli po nas. Nareszcie... Czekałem w napięciu, póki nie ucichł szum silnika – do ostatniej chwili nic nie było pewne. Kto wie czy maszyna nie rozwali się na prymitywnym lądowisku, a nocy nie potną na strzępy wrogie reflektory? Byliśmy na obcym terytorium, zdani tylko na siebie.
Zeskoczyłem z ciężarówki, kiedy silnik samolotu kaszlnął po raz ostatni. Błysnąłem kilka razy latarką, dając załodze znać, że wszystko w porządku.
– Jedziemy, Tima! – zawołałem.
Chłopak zatrzymał wóz, niemal zahaczając o skrzydło. Z ciemności doleciała wiązanka podająca w wątpliwość cnotę rodzicielki Kotuszewa.
– Załadować wszystko! – poleciłem. – Migiem!
Sam stanąłem plecami do samolotu, omiatając czujnie lufą otoczenie. Jeden z pilotów ruszył pomagać chłopakom, drugi zatrzymał się przy mnie. Poczułem zapach dobrego tytoniu, takiego u nas nie sprzedają.
– Matwiej? – spytałem niepewnie.
Wokół panował niemal absolutny mrok – księżyc zakryły chmury, a okolice oświetlało jedynie kilka latarek. Z drugiej strony ilu pilotów wojennoj razwiedki lubi zachodnie papierosy? Większość naszych paliła to, do czego przyzwyczaiła się przed wojną: biełomorkanały, kazbeki, safo. Zachodnie marki uchodziły za... niemęskie.
– Matwiej – potwierdził znajomy głos. – Kłopoty z miejscowymi? – westchnął, wyjmując broń.
– Staram się unikać kłopotów – odburknąłem.
– Rozumiem.
W ciemności błysnęły białe zęby i lufy rewolwerów. Odetchnąłem z ulgą. Nie dość, że Matwiej pomoże mi przemycić złoto, rzecz jasna, nie za darmo, to jeszcze będę miał do dyspozycji kolejnego dobrego strzelca. W razie problemów z naszymi dzielnymi partyzantami. Mój znajomy jako jeden z nielicznych potrafił strzelać „po macedońsku”. Z obu rąk. Jednocześnie.
– Mam trochę towaru do przewiezienia – mruknąłem, niemal nie otwierając ust.
– Nie ma sprawy. Za tę samą cenę co ostatnio.
Westchnąłem boleśnie, żeby zaznaczyć, jak bardzo czuję się pokrzywdzony, zgodziłem się po krótkotrwałych targach. Co prawda Matwiej jeszcze nigdy mnie nie zawiódł, ale uznałem, że lepiej nie wodzić go na pokuszenie. Po co mu wiedzieć, a nawet podejrzewać, co zawierają kasetki? Niech myśli, że to jakiś chłam. Ostatnio pomógł mi przemycić partię niemieckich kordzików. Jakieś pięćdziesiąt sztuk, prosto z magazynu. Na tyłach zawsze istniało spore zapotrzebowanie na pamiątki „prosto z pola walki”. Sztabowe szczury płaciły nieźle za wszystko, co mogło sugerować, że któryś z nich brał udział w boju. Zwykli żołnierze nie mieli specjalnych możliwości, aby kolekcjonować pamiątki. Co innego oficerowie – ci często wysyłali do domu całe ciężarówki wyładowane wszelkiego typu trofeami. A i nam się zdarzało, więc szkoda przepuścić okazję. Dowództwo przeważnie patrzyło na to przez palce. W razie wpadki wystarczyło dać w łapę milicjantowi czy czekiście, który wykrył kontrabandę. Gorzej, gdy ktoś przesadził i zabrał łup tak cenny, że rabować go wypadało generałom i marszałkom, a nie jakiemuś tam oficerkowi. Worowat’ nie po czinu opasno. Wtedy nie było litości, traktowano wykroczenie jak przestępstwo przeciwko interesom państwa. A mało kto życzyłby sobie, aby ogłoszono go wrogiem rodiny. Taaak... Nie pogłaskaliby was w razie czego, gospodin Razumowski, nie pogłaskali...
– Wszystko gotowe! – zameldował Pietka Drozd.
– Schowajcie kasetki tam, gdzie każe wam Matwiej – wyszeptałem. – Postarajcie się nie dawać mu ich do ręki.
Chłopak skinął głową, choć minę miał ponurą. Wyglądało, że po przylocie do Moskwy będę musiał wytłumaczyć się i przed porucznikiem Drozdem, i przed resztą ekipy. Co innego opchnąć parę drobiazgów i kupić skrzynkę wódki, co innego pozbawić państwo iluś tam kilogramów złota. Mogłem się założyć, że chłopcy zorientowali się już w kwestii kontrabandy. Cóż, nie wybierałem do swojej ekipy idiotów.
W parę minut później startowaliśmy. Panna Turkuł wyglądała na całkowicie rozluźnioną, Drozd i Kotuszew nie pokazywali po sobie niepokoju, wiedziałem jednak, że czekają w napięciu, aż oderwiemy się od ziemi. Podobnie jak ja... Najszybciej można się rozwalić w trakcie startu i lądowania, szczególnie gdy ma się do dyspozycji pas przypominający bardziej wygon dla krów. Jeśli uda nam się wznieść w powietrze, pozostanie tylko przelecieć nad linią frontu. Artyleria przeciwlotnicza nie stanowiła specjalnego zagrożenia, nie mieliśmy zamiaru atakować niemieckich pozycji: o ile ktoś w ogóle otworzy do nas ogień, uczyni to bardziej pro forma niż z przekonania. Gorzej, jeśli napatoczy się jakiś nocny myśliwiec...
Zacisnąłem zęby, kiedy samolot podrzuciło na wybojach, mknęliśmy naprzód, narastał ryk silnika. Wreszcie, po trwającej, zdawałoby się, wieczność chwili, znaleźliśmy się w powietrzu, mignęła ciemna ściana lasu. Odetchnąłem głęboko, rozluźniłem napięte mięśnie. Wreszcie byliśmy bezpieczni. Na tyle, ile było to możliwe w naszej sytuacji...
– Komandir? – Siedzący naprzeciwko Drozd pochylił się w moją stronę. – Po co to wszystko?
Nawet nie udawałem, że nie wiem, co chłopak ma na myśli, lecz nie miałem zamiaru niczego wyjaśniać. Nie teraz.
– Pogadamy w Moskwie – odparłem, przekrzykując hałas silnika. – Tutaj nie ma...
Nagle poczułem bolesny ucisk w płucach, odkaszlnąłem. Z ust i nosa buchnęła mi fala krwi. Zacząłem się dusić. Z oddali dochodziły jakieś krzyki, ktoś złapał mnie pod ramiona, domagał się odpowiedzi. Natarczywy głos stawał się coraz bardziej odległy, zapadłem w miękką, przytulną ciemność.
Sypie śnieg. Niesiony wiatrem chłodny biały puch wiruje w powietrzu, opada mokrą zasłoną na twarz, mami wzrok. Gdzieś z wysoka dochodzi blade światło księżyca, ale nie widać gwiazd: przesłania je biały tuman. Biegnę przed siebie. Słyszę chrzęst pod nogami, wdycham mroźne powietrze, lecz nie czuję chłodu. Spieszę się. Na prawo widzę ciemniejszą smugę: mrok w mroku. To las. Groźny, niepokojący, wrogi. Mimo zadymki wydaje mi się, że pomiędzy drzewami przemykają cienie. Nisko nad ziemią, ukradkiem.
Znienacka wybiegam na twardy grunt: wąska dróżka wiedzie przez las. Drzewa zbliżają się z obu stron, tworzą ciasny korytarz. Biegnę. Robi się jaśniej, może księżyc wyszedł zza chmur? Dostrzegam plamy na śniegu – krew. Krwawię. Na tupot moich kroków nakłada się cichy, niemal niesłyszalny szmer. Ktoś mnie ściga. I nie jest sam. Odwracam się za siebie, ale widzę tylko biel przemieszaną z mrokiem. Potykam się i padam. Wstaję i znowu podrywam się do ucieczki. Skądś wiem, że prześladowcy są coraz bliżej. Wyczuwam ich. Przede mną na ścieżce majaczą jakieś kształty, blokują drogę. Odwracam się, sięgając po broń, dłoń trafia na rękojeść noża. Wtedy rozlega się wycie. Dochodzi ze wszystkich stron – jestem otoczony. Nadchodzą wilki.