Desiderium Intimum
- Автор: Gobuss, Lindt Ariel
- Язык: польский
- Жанр: Фанфик
Электронная книга - «Desiderium Intimum». Краткое содержание книги:
Kiedy jedno zdarzenie zmienia całe Twoje życie...
może gdyby zrozumiała, mogłaby mu jakoś pomóc?
- Mam nadzieję, że nic złego - odpowiedziała cicho i westchnęła ciężko. Naprawdę
miała taką nadzieję.
***
Księżyc świecił jeszcze wyjątkowo mocno, pomimo iż na wschodzie niebo zaczynało
już zmieniać barwę, a aksamitna czerń powoli przeistaczała się w atramentowy
granat. Tutaj, daleko na południu, zima była o wiele mniej sroga niż w północnej
Szkocji i pozostawiła po sobie gdzieniegdzie jedynie kilka białych płacht - ostatnie
ślady jej panowania.
Pomiędzy nimi prześlizgiwało się coś niewiarygodnie długiego. Promienie księżyca
odbijały się w tysiącach łusek pokrywających grzbiet sunącej przez wilgotną, martwą
trawę Nagini. Zmierzała w stronę ogromnej posiadłości, rozciągniętej na terenie
zaniedbanego w tej chwili, choć jeszcze do niedawna z pewnością wspaniałego
ogrodu.
Prześliznęła się przez kikuty żywopłotów, ominęła brudny, wypełniony chwastami
staw i skierowała się w stronę niewielkiej szczeliny u podstawy muru. Zanurzyła się w
ciemnym tunelu, kierując się cały czas w dół, i po jakimś czasie wysunęła się z
podobnej szczeliny znajdującej się w obszernej, pogrążonej w ciemności sali.
Zaczęła pełznąć po nierównych, zimnych kamieniach, pozostawiając za sobą
wilgotny ślad i w pewnym momencie w polu jej widzenia pojawiła się czarna,
sięgająca ziemi szata. Zwolniła i otarła się o szatę niczym kot dopominający się o
pieszczoty.
Długa, upiornie blada dłoń dotknęła jej grzbietu, gładząc jej skórę.
- Wróciłaś już z polowania, moja droga? - zapytał wysoki, zimny głos, posługując się
jej własnym językiem.
Wąż zasyczał i owinął się wokół wyciągniętej ręki, wspinając się na ramiona swego
pana.
Voldemort wyprostował się i po raz kolejny pogładził Nagini.
- Niepotrzebnie traciłaś siły. Kiedy z nim skończę, będziesz miała wspaniałą ucztę.
Jego wzrok przeniósł się w kierunku środka sali. Na kamiennej posadzce leżała
odziana w czerń postać. Trudno było rozpoznać jakiś kształt pośród nasączonych
krwią, obszernych szat, pociętych w tak wielu miejscach, że nie nadawałyby się w tej
chwili do niczego. Rozcięcia odsłaniały bladą skórę, na której zaschnięte ślady krwi
mieszały się z nowo otwartymi ranami. W niektórych miejscach skóra była czarna,
jakby coś ją przypaliło. Pomiędzy kamiennymi płytami podłogi, na których leżała
postać, płynęły strugi ciemnej posoki, łącząc się w rozległą kałużę.
Wydawało się, że nie oddycha. Że w tym zmaltretowanym ciele nie pozostało już
niczego, co można by nazwać życiem.
Voldemort uniósł różdżkę, szykując się do rzucenia kolejnej klątwy.
- Musimy go ocucić. Nie możemy pozwolić, aby umierał w nieświadomości, prawda?
W czerwonych oczach Voldemorta zapłonął lód, ale w momencie, kiedy otworzył
usta, aby rzucić zaklęcie, w pomieszczeniu rozległo się głośne pukanie.
Voldemort opuścił różdżkę i z wściekłością spojrzał na drzwi.
- Wyraźnie rozkazałem, aby mi nie przeszkadzano! - wysyczał, kiedy drzwi otworzyły
się ostrożnie i do pomieszczenia wsunął się Lucjusz Malfoy.
- Wybacz mi, mój Panie - wycharczał, zginając się w ukłonie. - Ale to bardzo pilne.
Właśnie przyszła wiadomość. Do ciebie, mój Panie. Nadawca napisał, że ma zostać
dostarczona natychmiast, w przeciwnym razie wpadniesz w nieopisaną furię.
Voldemort opuścił różdżkę i zmrużył oczy.
- Daj mi to. - Wyciągnął rękę.
Lucjusz podszedł szybko i wręczył mu wiadomość, po czym wycofał się tyłem,
zginając się w ukłonach. Przelotnie spojrzał na leżącą na podłodze postać, a w jego
oczach rozbłysnął triumf i satysfakcja.
Kiedy drzwi się zatrzasnęły, Voldemort podniósł kopertę i przyjrzał jej się. Była
zaadresowana na Lucjusza Malfoya, Malfoy's Manor, ale ogromnymi, wyróżniającymi
się literami było napisane: Wyłącznie Do Rąk Czarnego Pana. Pod spodem
mniejszymi literami wypisana była groźba, co może stać się z tym, kto nie dostarczy
tej wiadomości natychmiast. Koperta była zalakowana. Voldemort obrócił ją w dłoni.
- Widzisz to, Nagini? Kto miałby na tyle tupetu, aby wysłać do mnie list?
W oczach Voldemorta połyskiwało autentyczne zaciekawienie. Złamał pieczęć, wyjął
z koperty pergamin i rozwinął go. Przez kilka chwil jego oczy przesuwały się po
tekście, a kiedy skończyły... na jego zimnym obliczu pojawił się triumf. Usta
rozciągnęły się w przerażającym uśmiechu radości, a w oczach rozpalił się płomień
zwycięstwa.
Skierował swój wzrok na leżącą na podłodze postać.
- Nie doceniłem cię, Severusie. - Opuścił dłoń z listem i powoli podszedł do
nieprzytomnego mężczyzny. Popchnął go stopą, odwracając go na plecy. Zlepione
krwią włosy przykleiły się do trupio-bladej, zapadniętej twarzy, zastygłej w wyrazie
bólu. Pochylił się nad nim i przesunął końcem różdżki wzdłuż głębokiego rozcięcia na
policzku. - Spisałeś się dossskonale. Dossskonale. Po raz kolejny udowodniłeś, że
jesteś jednym z moich najlepszych sług.
Zatrzymał różdżkę nad jego sercem, przymknął powieki i zaczął inkantować długie,
niezrozumiałe zaklęcia. Z jego różdżki spłynął żółtawy blask, przenikając
zmaltretowane ciało i powoli zasklepiając otwarte wciąż rany. Płynąca po podłodze
krew zaczęła się cofać i wnikać z powrotem w rozcięcia na skórze.
Trwało to długo. Zakończyło się dopiero wraz z pierwszymi promieniami słońca
pukającymi w okna Malfoy's Manor i oznajmiającymi, że oto nadszedł piątkowy
poranek.
--- rozdział 58 ---
58. What a mess we made
For you I was a flame
Love is a losing game
...know you're a gambling man
Love is a losing hand
More than I could stand
Love is a losing game
Oh what a mess we made
Over futile odds
And laughed at by the gods
And now the final frame
Love is a losing game*
Wszystko było rozmazane. Ciemność nie chciała nadciągnąć, a jasność była zbyt
jaskrawa, więc światło zatrzymało się na samej granicy, przyjmując wszelkie odcienie
szarości. Coś się w nim poruszało... chwiejne sylwetki, czyjeś ręce, podnoszące go,
przytrzymujące. Dźwięki miały kształty. Tubalny, unoszący się nisko nad ziemią głos,
który niejasno rozpoznawał. Inny głos, przypominający chropowatą powierzchnię
ściany, który też bardzo dobrze znał, ale nie miał pojęcia, skąd. Był też trzeci głos...
pęknięte struny skrzypiec. I... poszarpany na końcach odgłos szurania. I układający
się w gładkie fale szelest. Dźwięki otaczały go, przywierały do niego niczym rzepy,
nie dając mu spokoju i szarpiąc jego zmysłami. Chciał wrócić do tej ciszy, w której
jedynym rozpraszającym odgłosem był jego własny oddech. W której zimno nie było
już jedynie zimnem, a stało się czymś, co pozwoliło mu nie czuć niczego, za
wyjątkiem rozrastającego się powoli, przenikającego ciepła. Teraz pozbawiono go
tego i odwrócono przeciwko niemu. Ciepło zniknęło zastąpione coraz bardziej
dokuczliwym mrowieniem.
Ktoś przytrzymał mu głowę i poczuł w ustach coś piekącego. Coś, co przypominało
spływającą wzdłuż przełyku lawę. Zakrztusił się, ale nie był w stanie tego wypluć.
Płyn podążał przez jego ciało, bezlitośnie zmuszając pogrążone w agoni nerwy do
funkcjonowania. Wszystko zaczynało go swędzieć. Szarości nabierały kolorów,