Desiderium Intimum
- Автор: Gobuss, Lindt Ariel
- Язык: польский
- Жанр: Фанфик
Электронная книга - «Desiderium Intimum». Краткое содержание книги:
Kiedy jedno zdarzenie zmienia całe Twoje życie...
cienie kształtów, a głosy... cóż, stały się tylko głosami.
- ...rry, słyszysz mnie? Kiwnij głową.
Powoli kształty i kolory nałożyły się na siebie, ukazując pochyloną nad nim profesor
McGonagal . Jej twarz była ściągnięta z niepokoju.
Zamrugał, czując jak jego zmysły odsuwają się od rażącego światła, i pokiwał lekko
głową.
Na twarzy nauczycielki pojawiła się ulga. Spojrzała gdzieś w bok i powiedziała:
- Zaczął kontaktować. - A następnie ponownie odwróciła twarz w stronę Harry'ego.
Dotknęła ręką jego czoła. - Jak się czujesz?
Harry przymknął oczy i westchnął. Przez chwilę, przez jedną króciutką chwilę miał
nadzieję, że to wszystko... że wszystko było snem. Najgorszym sennym koszmarem,
jaki mógł mu się przyśnić, ale jednak tylko snem, a tymczasem...
- Odpowiedz mi. - McGonagall podniosła głos. - Jak się czujesz, Potter? Wiesz, co
się stało? Hagrid znalazł cię na błoniach. Skąd się tam wziąłeś? Co robiłeś? Jak
mogłeś opuścić zamek bez pozwolenia i do tego w środku nocy? Jak mogłeś się tak
narażać? Co tam się stało?
Harry otworzył oczy, ale nie patrzył na nią. Jego wzrok błądził po śnieżnobiałym
suficie, widząc rzeczy, które jedynie on mógł zobaczyć. Nie odpowiedział. Nawet nie
otworzył ust. Po prostu patrzył przed siebie, pragnąc na powrót zaszyć się w tym
cieple i odrętwieniu, z którego wybudzono go wbrew jego woli.
McGonagal ponownie spojrzała w bok.
- Chyba jest w szoku.
- Nie martw się, Minerwo - odpowiedział jej drugi głos. Należał do szkolnej
pielęgniarki. - Wyjdzie z tego, zapewniam cię. Niech tylko Hagrid przyniesie mi ten
eliksir. Doprowadzimy go do porządku.
Opiekunka Gryfonów odsunęła się i westchnęła głęboko.
- Potter, dlaczego to zawsze musisz być ty?
W tym samym momencie drzwi szpitala otworzyły się i do środka wszedł Hagrid.
- Harry! Jak się czujesz, chłopie? - zapytał, uśmiechając się szeroko i podchodząc do
jego łóżka. - Niezłego nam napędziłeś stracha. Co cię podkusiło, żeby szwendać się
po błoniach w środku nocy? Już żem se myślał, że cię tam całkowicie zamroziło.
Szczęście, że Kieł cię wywęszył. Bestia jedna ujadała tak długo, dopóki go nie
wypuściłem i...
- Hagridzie - przerwała mu profesor McGonagall. - Obiecuję, że będziesz mógł
porozmawiać z nim rano, ale teraz byłabym wdzięczna, gdybyś dał Poppy eliksir, po
który cię posłałyśmy, i pozwolił nam zająć się Harrym.
- Przykro mi, pani psor, ale Snape'a nie ma u siebie.
Snape'a...
Coś w Harrym zadrżało. Powoli odwrócił głowę i spojrzał na Hagrida.
Nie ma...
- W ogóle nigdzie go nie ma. Cosik mi się zdaje, że musiał... no wie pani.
- Hagridzie! Dziękuję ci bardzo, ale możesz już odejść.
Nie ma Snape'a...
- Trzym się, Harry. Wpadnę rano, zobaczyć, jak się czujesz.
Wezwanie... Voldemort już pewnie wszystko wie...
- Poppy, zajmij się nim. Pójdę po jego przyjaciół. Może oni będą w stanie do niego
dotrzeć.
Która jest godzina? Ile czasu mogło minąć?
- Nie ruszaj się stąd, Potter. Pójdę przygotować ci lekarstwo.
"Ja nie wybaczam..."
Snape zginie... Voldemort go zabije! Zabije!
Bez namysłu odsunął kołdrę i opuścił stopy na lodowate kamienie. Wstał chwiejnie i
rozejrzał się po pomieszczeniu. Potrzebował czegoś do pisania. I kawałka
pergaminu. Zlokalizował je na biurku znajdującym się obok wejścia do szpitala.
Zgarnął pióro, atrament oraz pergamin, uchylił ciężkie drzwi i ruszył do sowiarni.
Jakikolwiek bieg wydarzeń by nie przyjął, cokolwiek nie próbował wymyślić...
wszystkie prawdopodobne drogi kończyły się w tym samym miejscu. Na śmierci
Snape'a.
Oczywiście mógł się mylić. Ale silne przeczucie mówiło mu, że jednak miał rację.
Próbował ułożyć w głowie jakiś plan działania. A w zasadzie nawet nie musiał go
układać. Wiedział, co miał zrobić. Wiedział, co powinien zrobić. Teraz nie było już
niczego, co mogłoby go powstrzymać. Pozostała mu tylko jedna, jedyna droga. Nie
było żadnych alternatyw. Mógł w końcu pozwolić sobie na to, aby zanurzyć się w
przygotowanym dla niego od dnia narodzin nurcie. Nie miał już niczego, czego
mógłby się złapać, aby próbować się z niego wydostać albo przynajmniej opóźnić
chwilę, w której nurt zabierze go nad samą krawędź wodospadu i pozostanie już tylko
jedna droga. W dół.
Wszedł do sowiarni. Hedwigi nie było. Pewnie wyruszyła na nocne polowanie, ale to
dobrze. I tak nie miał zamiaru jej używać. Była zbyt charakterystyczna, a nikt nie
mógł się dowiedzieć.
Przez pozbawione szyb okna wpadały płatki śniegu i lodowate podmuchy wiatru.
Harry wziął kopertę z maleńkiej, stojącej w kącie pomieszczenia szafki, usiadł pod
ścianą, ustawił obok atrament, rozwinął na kolanach pergamin i zaczął pisać:
Spotkam się z tobą za dwa tygodnie. Przyjdę sam. Będziesz mógł zrobić ze mną, co
zechcesz albo - jak wolisz - to ja zrobię, co zechcesz. Ale mam jeden warunek.
Snape ma wrócić do Hogwartu cały i zdrowy. Nie zabijesz go ani nie zrobisz mu
krzywdy. Jeśli dowiem się, że coś mu się stało i jeżeli nie wróci do Hogwartu o
własnych siłach, to przysięgam, że już nigdy więcej mnie nie zobaczysz. Nigdy.
Ukryję się w takim miejscu, w którym mnie nie znajdziesz.
Nie powiesz nikomu o tym liście. Żadnemu ze swoich Śmierciożerców. Nikt nie może
wiedzieć, że się spotykamy. Czekam na odpowiedź z instrukcjami, o której godzinie i
w którym miejscu mam się zjawić.
Harry Potter
Jeszcze raz przeczytał list i westchnął głęboko.
Nie miał zamiaru być ofiarą. Nie miał zamiaru podłożyć się Voldemortowi. Napisał tak
tylko dlatego, aby Voldemort zgodził się na jego układ. O ile się zgodzi...
Poprosił o czas. Poprosił o te dwa tygodnie, aby chociaż móc spróbować się
przygotować. A potem pójdzie do Voldemorta i będzie z nim walczył. Och, nie
oszukiwał się, że ma jakiekolwiek szanse, ale zrobi wszystko, wszystko, aby
przynajmniej zabrać go ze sobą...
Nie wiedział, gdzie przebywa jego wróg. Mógł się tylko domyślać. Dlatego jako
adresata wybrał Lucjusza Malfoya, który był przecież jednym z jego najwierniejszych
sług. Na pewno miał z nim kontakt. Ale jak sprawić, by wiadomość dotarła
natychmiast? Liczyła się każda sekunda, o ile nie było już za późno...
Groźba. To było to. Wszyscy Śmierciożercy bali się gniewu Voldemorta. Musi
sprawić, aby uwierzyli, że Voldemort pilnie czeka na tę wiadomość i jeżeli nie
otrzyma jej najszybciej, jak to możliwe, to bardzo surowo ich ukarze.
Dopisał na kopercie jeszcze jedno zdanie, zalakował ją za pomocą różdżki, wstał z
lodowatej podłogi i rozejrzał się. Na najwyższej żerdzi siedziała duża, czarna sowa.
Wyglądała na silną i szybką. Powinna sobie poradzić z zadaniem. Przywołał ją.
Podfrunęła do niego z ociąganiem.
- Zaniesiesz tę wiadomość do Lucjusza Malfoya w Malfoy's Manor - powiedział,
przywiązując jej list do nóżki. - Ale spiesz się. To bardzo pilne.
Sowa popatrzyła na niego swoimi wielkimi bursztynowymi oczami i zaskrzeczała
głośno. Podszedł z nią do okna.
- Leć - powiedział, wyciągając rękę. Ptak rozpostarł skrzydła i odfrunął w ciemność,
bardzo szybko zlewając się z mrokiem.
Snape musi żyć. Musi.
Nieważne, co zrobił. Nieważne, jak bardzo go skrzywdził. Był częścią życia, które