Desiderium Intimum
- Автор: Gobuss, Lindt Ariel
- Язык: польский
- Жанр: Фанфик
Электронная книга - «Desiderium Intimum». Краткое содержание книги:
Kiedy jedno zdarzenie zmienia całe Twoje życie...
nie zrobił, nie uda mu się to.
***
Przez całą noc nie mogła zasnąć. Jej umysł zasnuwały ciężkie, czarne chmury myśli.
Chyba jeszcze nigdy w życiu nie martwiła się o Harry'ego tak bardzo, jak teraz.
Zawsze potrafiła zrozumieć jego zachowanie, ale tym razem było zupełnie inaczej.
Zamienił się w kogoś obcego. Kogoś, kogo kompletnie nie znała.
Udało jej się zdrzemnąć dopiero nad ranem. Z tego powodu wstała później niż
zazwyczaj i kiedy zeszła do Pokoju Wspólnego, większość uczniów była już na
nogach. Dlatego też siedzącego na kanapie przed kominkiem Harry'ego zauważyła
dopiero wtedy, kiedy przeczesywała wzrokiem pokój w poszukiwaniu Rona.
Jej serce momentalnie opadło do żołądka. Ostrożnie podeszła do kanapy i okrążyła
ją. Harry siedział bez ruchu, z łokciami opartymi na kolanach, splecionymi dłońmi i
wzrokiem utkwionym w płomieniach. Światło ognia odbijające mu się w okularach
było jedyną oznaką życia na jego twarzy, która teraz, w świetle dnia, wydawała się
być jeszcze bardziej nieruchoma i pozbawiona wyrazu niż wcześniej.
Niepewnie usiadła obok niego, kompletnie nie wiedząc, co powiedzieć i zrobić.
- Nie powinieneś być jeszcze w szpitalu, Harry? - zapytała delikatnie.
- Nie - było jedyną odpowiedzią, jaką uzyskała.
- Pani Pomfrey pozwoliła ci wyjść?
- Nie.
- To jak...?
- Po prostu wstałem i wyszedłem. Nikt mi nie będzie mówił, co mam robić -
powiedział Harry, nie odrywając wzroku od płomieni i nie spoglądając na Hermionę
ani razu. Dopiero teraz zauważyła, jak bardzo podkrążone miał oczy. Wyglądało na
to, że on również nie spał przez całą noc.
- Jak się czujesz? - Wiedziała, że to było karkołomne pytanie, ale musiała je zadać.
- Jak nigdy dotąd.
Co to miała być za odpowiedź?
- Cześć wam!
Hermiona niemal podskoczyła, kiedy tuż obok niej pojawiła się uśmiechnięta twarz
Ginny. Dziewczyna przeskoczyła przez oparcie i usiadła obok niej na kanapie.
- Dlaczego macie takie smętne miny? Dzisiaj piątek, jeszcze tylko kilka godzin tortur i
od jutra weekend, a to oznacza pierwszy trening Quidditcha! Nie mogę już się
doczekać. A ty, Harry?
- Nie będę już grał w drużynie - odparł spokojnie chłopak. Ginny spojrzała na niego z
osłupieniem, ale po chwili roześmiała się.
- To nie był dobry żart.
- To wcale nie jest żart. - Harry odwrócił głowę i wbił w nią chłodne spojrzenie. -
Mamy wojnę, a ja mam zadanie do wykonania. Wszyscy oczekują ode mnie tego, że
pokonam Voldemorta, a nie tego, że wygram Puchar Quidditcha. Fruwanie na
miotłach i gonienie za latającymi piłkami jest teraz najmniej ważne. Raczej nie
pokonam Voldemorta, trafiając go Złotym Zniczem między oczy.
Oczy Ginny rozszerzyły się, a usta otworzyły, jakby usłyszała właśnie najgorsze
bluźnierstwo w swoim życiu.
- Harry źle się dzisiaj czuje - wtrąciła szybko Hermiona, widząc minę Ginny.
Odwróciła do niej głowę i mimiką twarzy zasugerowała, że powinna odejść.
Naprawdę nie chciała, aby wszyscy pomyśleli, że Harry oszalał, a dokładnie tak się
zachowywał.
- Część - burknął Ron, zatrzymując się za nimi.
- Och, Ron. - Hermiona odwróciła się do niego z pełnym rozpaczy uśmiechem. -
Nareszcie jesteś. Chodźmy na śniadanie. - Zerwała się z kanapy, ciągnąc za sobą
wciąż zaszokowaną Ginny, ale Harry nie poruszył się. Po paru krokach Hermiona
odwróciła się do niego. - Chodź, Harry.
Chłopak wstał powoli i zarzucił na ramię torbę.
- Nie idę na śniadanie. Idę na lekcję.
- Ale przecież lekcje zaczynają się dopiero za pół godziny.
Harry spojrzał na nią obojętnym wzrokiem i oświadczył:
- W takim razie będę pierwszy. - Po czym wyminął całą trójkę i spokojnym krokiem
ruszył ku portretowi Grubej Damy.
Hermiona i Ron spojrzeli na siebie ponad głową Ginny, zawierając w tym spojrzeniu
wszystko, co chcieli sobie przekazać. Całkowitą bezradność.
***
Harry zachowywał się tak samo przez cały dzień. Milczał albo odpowiadał
półsłówkami. Albo po prostu wpatrywał się w przestrzeń, tak jak teraz.
Pomimo że w Wielkiej Sali panował gwar, Harry zdawał się być z niego całkowicie
wyłączony. Siedział bez ruchu nad pustym talerzem, wodząc wzrokiem po
roześmianych, pogrążonych w rozmowie albo pałaszujących obiad uczniach.
Wyglądał i zachowywał się jak robot. Jakby jego jedyną funkcją życiową było
oddychanie. Jakby nie istniał.
Hermiona przyglądała mu się, czując coraz większy ciężar przygniatający jej serce.
To i tak cud, że w ogóle przyszedł na obiad, chociaż nie tknął absolutnie niczego i w
ogóle nie reagował na jej namowy. Ron siedział obok, jedząc w milczeniu obiad i
przeglądając porannego Proroka, do którego ona nawet nie zajrzała, zbyt
pochłonięta zamartwianiem się o Harry'ego.
- Och, kolejny atak - powiedział pomiędzy jednym a drugim kęsem. - Na Merlina... -
Przerwał jedzenie, wpatrując się szeroko otwartymi oczami w tekst. - Zabili
dwadzieścia dwie osoby, w tym siedmioro dzieci...
Hermiona przerwała obserwowanie Harry'ego i przysunęła się do Rona, zszokowana
tymi rewelacjami. Ale bardzo szybko pożałowała, że to zrobiła, ponieważ opisy
sposobów, w jakie ci ludzie zostali zamordowani, odebrały jej cały apetyt i ścisnęły
żołądek z obrzydzenia i przerażenia.
- O boże... to okropne... odrażające...
- Nie bądźcie śmieszni - odezwał się Harry. Oboje przerwali czytanie i spojrzeli na
niego z zaskoczeniem. - Mamy wojnę. To normalne, że są ofiary. I będzie ich jeszcze
więcej. - Powiedział to tak obojętnym tonem, jakby mówił o pogodzie i przekonywał
ich do tego, iż nic nie poradzą na to, że pada. A tu przecież chodziło o ludzkie życie!
- Uważasz, że to jest normalne? - W głosie Rona słychać było autentyczne
niedowierzanie. - W takim razie może ci przeczytam, w jaki sposób ci parszywi
Śmierciożercy zabili dwuletnią mugolkę?
- Śmierciożercy to mordercy doskonali - odpowiedział spokojnie Harry. - Tak zostali
wyszkoleni. Aby torturować, zadawać ból, ranić i zabijać bez mrugnięcia okiem. Nie
mają uczuć. Nie wiedzą, co to litość. Voldemort nie zasila swoich szeregów głupcami.
Są piekielnie inteligentni i będą dążyć do celu po trupach. Nie powstrzymasz ich. I
nigdy nie uda ci się ich zmienić. Nigdy nie wzbudzisz w nich nawet iskierki litości.
Ron wydawał się być na granicy wybuchu.
- Kompletnie ci odbiło? Mówisz, jakbyś ich podziwiał! Wcale nie zamierzam
wzbudzać w nich litości! Gdybym mógł, to wszystkich bym pozabijał!
- Zanim w ogóle zdążyłbyś podnieść różdżkę, to oni mieliby już zaplanowanych pięć
ruchów naprzód. To mistrzowie zwodzenia i planowania. Zawsze będą kilka kroków
przed tobą. - W głosie Harry'ego nie było nawet cienia emocji.
- Mam to gdzieś! - Ron już niemal krzyczał. - Przecież nie możemy siedzieć z
założonymi rękami i czekać, aż wymordują wszystkich mugolaków. Musimy znaleźć
jakiś sposób, żeby zrobić im to samo, co robią tym niewinnym ludziom!
- I staniesz się taki sam jak oni. Każde morderstwo niszczy duszę. Pozbawia uczuć.
Wysysa emocje. Oni zabijają bez przerwy, dlatego po pewnym czasie nie pozostaje
w nich już nic. Przestają zauważać różnicę pomiędzy dobrem a złem i dlatego nie
masz z nimi szans. Oni wykorzystają każdą twoją słabość. Ty masz uczucia, masz