Pętla wstecznego czasu [Петля обратного времени - pl]
- Автор: Снегов Сергей Александрович
- Год: 1988
- Язык: польский
- Год: Wsp
- ISBN: 83-7018-083-3
- Переводчик: Tadeusz Gosk
- Жанр: Космическая фантастика
Электронная книга - «Pętla wstecznego czasu [Петля обратного времени - pl]». Краткое содержание книги:
Wokół kabiny Głosu majestatycznie przechadzał się Gracjusz, pełniąc w ten sposób swoje nowe obowiązki, które jak na razie sprowadzały się do rozmów z Głosem na wszelkie możliwe i niemożliwe tematy.
— Głosie — powiedziałem. — Jak układa ci się współpraca z maszynami myślącymi?
— Oba mózgi pokładowe są zbyt powolne — poskarżył się.
— Chcesz przez to powiedzieć, że szybciej od nich przeliczać warianty?
— Nic podobnego! Nikt nie może liczyć szybciej niż MUK, ale kiedyś ci już wspominałem, że nie analizuję kolejnych wariantów rozwiązania, tylko od razu znajduję właściwą odpowiedź.
— Tak, mówiłeś mi o tym, ale jakoś nie potrafię zrozumieć jak to w ogóle jest możliwe.
— Wszystkie rozwiązania wariantowe pojawiają się we mnie jednocześnie. Moim zadaniem jest wybór najodpowiedniejszego, więc robię to w sposób intuicyjny. Oceniam cały zbiór wariantów całościowo, nie tracąc czasu na ich kolejne analizowanie. MUK jeszcze nie zdąży przeliczyć poszczególnych możliwości, kiedy już podpowiadam jedynie właściwą odpowiedź. Trochę to utrudnia pracę mózgów, ale nigdy jeszcze nie spowodowało błędu.
— A czy ty, Gracjuszu — zwróciłem się do Galakta — też myślisz gotowymi ocenami?
— Staram się, Eli — odparł z majestatyczną skromnością.
Sytuacja zatem wyglądała zupełnie inaczej niż sądzili Ellon i Irena. Poszedłem na stanowisko dowodzenia i żeby nie przeszkadzać Osimie wywołałem Olega na korytarz. Zaprosił mnie do siebie. Zajmował malutkie mieszkanko składające się z dwóch pokoików urządzonych na wzór starożytnych kajut okrętowych.
Opowiedziałem dowódcy eskadry o żądaniach Ellona popartych natarczywymi prośbami Ireny. Oleg słuchał z obojętnym wyrazem twarzy, i uśmiechnął się tylko raz, kiedy referowałem mu zarzuty, jakie postawiła mi dziewczyna.
— Zdaje się, że bardzo cię to ubodło, Eli? — zauważył.
— Człowiekowi nie może być przyjemnie, kiedy rzuca mu się w twarz takie oskarżenia.
— Nie przejmuj się. Ja nie jestem z tych, których można zmusić do postępowania wbrew własnej woli. Jeśli zgadzam się z tobą to tylko dlatego, że masz rację. Właśnie dlatego nalegałem na twój udział w wyprawie, żeby wysłuchiwać twoich rad. To współpraca, a nie utrata samodzielności i wielka szkoda, że Irena tego nie rozumie.
— Ona nie rozumie również wielu innych rzeczy dodałem.
Oleg powściągliwie skinął głową. Powiedziałem, że skoro Głos stworzył nowy system kierowania statkiem, system skuteczniejszy od realizowanego dotychczas przez MUK, to rezygnowanie z niego byłoby nierozsądne.
— Rzecz polega na tym — ciągnąłem — że ich konstruktorzy wykorzystali jedną tylko cechę ludzkiego myślenia: zdolność analizowania i wyciągania logicznych wniosków. MUK mnoży i porównuje warianty i na tym jego rola się kończy. Jednak myślenie człowieka nie ogranicza się do zimnej analizy, jest zatem bogatsze od maszynowego. A w trudnych sytuacjach ta nietożsamość dwóch sposobów myślenia może doprowadzić do ciężkich kłopotów, może nawet do katastrofy…
— Nie potrafię ocenić, jak dalece słuszne są twoje zastrzeżenia co do sprawności mechanicznego intelektu, ale wspomniałeś o możliwych kłopotach… Co miałeś na myśli, Eli?
— Tylko to, że w każdej chwili może pęknąć każde z ogniw niezliczonych łańcuchów logicznych i wtedy skomplikowane obliczenia mózgów pokładowych doprowadzą do absurdu. Przypomnij sobie awarię na „Taranie”. Jego MUK pomylił skutki z przyczynami i całe rozumowanie diabli wzięli. Dobrze jeszcze, że zdezorientowany mózg sam siebie wyłączył, bo przecież wśród absurdalnych komend mógł się znaleźć rozkaz samozagłady lub skierowania anihilatorów na inne gwiazdoloty.
— Nasze MUK są wyposażone w wielostopniowy układ samokontroli — przypomniał Oleg.
— Mówię o sytuacjach, w których i samokontrola może zawieść.
— A czy jesteś pewien, Eli, że Głosowi nic podobnego nie może się przytrafić?
— Tak, o ile tylko nagle nie zwariuje. Głos myśli panoramicznymi obrazami. Liczy też i analizuje, ale to dla niego jedynie chwyt pomocniczy. Jest zatem rzeczą oczywistą, że ma przewagę nad maszynami.
— Zgadzam się z tobą — powiedział Oleg głosem pozbawionym wyrazu. — Możesz uznać, że jeszcze raz brutalnie narzuciłeś mi swoją wolę. Na pewno zetkniemy się jeszcze z niejedną trudną sytuacją.
— Który z nas powie Irenie i Ellonowi, że ich prośba została ponownie odrzucona?
— Powiedz lepiej ty — odparł Oleg po chwili wahania. — Mnie trudno jest rozmawiać z Ireną, która straciła głowę dla swego mentora.
— Ale przecież to jest śmieszne! Nasi gwiezdni przyjaciele są jedynie przyjaciółmi i nic więcej… Istnieją w końcu przeszkody natury cielesnej uniemożliwiające miłość. Irena myli ze sobą dwa zupełnie różne uczucia.
— Słyszałem — zauważył jakby mimochodem Oleg — że kochałeś się kiedyś w niejakiej Fioli, wężycy z Wegi. Cielesne różnice ci nie przeszkadzały?
— To było głupie młodzieńcze zadurzenie, o którym już dawno zapomniałem. Bardzo szybko zrozumiałem, że zbyt wiele nas dzieli.
— Irena też to zrozumie, ale chyba nieprędko…
7
Przekroczyliśmy granicę jądra Galaktyki.
Jak to banalnie brzmi! Jakby istniała miedza oddzielająca jądro od przestrzeni wokół jądrowej, a myśmy przez tę miedzę przeszli. Jednak nie było żadnej miedzy, nie było nawet większego zagęszczenia gwiazd, ale weszliśmy do jądra i natychmiast zorientowaliśmy się, że tam jesteśmy, bo gwiazdy nagle oszalały. Astrofizycy skrzywią się zapewne na to określenie, zarzucą mi, że przypisuję ludzkie cechy martwym ciałom niebieskim, ale nie potrafię znaleźć trafniejszego określenia niż to, które mi się od razu narzuciło. A zatem gwiazdy oszalały! Świecenie przestało być ich główną cechą, bo najważniejsza stała się pasja, z jaką to czyniły.
Nie sposób tego przekazać słowami, nie sposób wytłumaczyć komuś, kto sam nie zanurzył się w chaos wściekle rozpędzonych, miotających się, wpadających na siebie i odskakujących na powrót rozpłomienionych mas materii, nie stał się nikczemnym pyłkiem pośród sabatu gigantów!
Znaliśmy już różne gromady gwiezdne zarówno rozproszone, jak i kuliste, ale wszędzie gwiazdy zawieszone były w przestrzeni względnie nieruchomo, wszędzie ich wzajemne odległości niemal się nie zmieniały, wszędzie panował porządek narzucony przez prawa grawitacji.
Tu zaś panował chaos, bo czy może być harmonia w eksplozji?
— Eli, nie mogę obliczyć trajektorii żadnej z gwiazd! — niemal z przestrachem wykrzyknęła Olga, kiedy we czwórkę siedzieliśmy na stanowisku dowodzenia. Prawa Newtona są tu nie do poznania zdeformowane przez jakieś nadrzędne siły. Jądro kipi, a ja nie potrafię zrozumieć, co powoduje kipienie gwiazd. Nie potrafię wyobrazić sobie potęgi zdolnej do zakłócenia ich równowagi! Oleg z zadumą wpatrywał się w ekrany.
— Czy nie wydaje się wam — powiedział — że wszystkie te gwiazdy spadają nawzajem na siebie, aby potem przekształcić się w eksplodującą mgławicę?
— To doprowadzi do zagłady całej naszej Galaktyki — odpowiedziała Olga. — Ze składających się na nią około dwustu miliardów gwiazd około połowy skupia się w jądrze. Jeśli te sto miliardów eksploduje, to z pozostałych stu miliardów, w tym z naszego Słońca i Perseusza Demiurgów i Galaktów nie zostanie nawet garstka popiołu.
— Za to rozumni obserwatorzy z innych galaktyk odnotują pojawienie się kolejnego kwazara — pocieszyłem ich.