Pętla wstecznego czasu [Петля обратного времени - pl]
- Автор: Снегов Сергей Александрович
- Год: 1988
- Язык: польский
- Год: Wsp
- ISBN: 83-7018-083-3
- Переводчик: Tadeusz Gosk
- Жанр: Космическая фантастика
Электронная книга - «Pętla wstecznego czasu [Петля обратного времени - pl]». Краткое содержание книги:
— Zaczynam podejrzewać — wyznała Olga — że postąpiliśmy nieroztropnie, pchając się do tego wrzącego kotła. W każdym razie szybkości nadświetlne są tu niebezpieczne.
Obawy Olgi, jak się wkrótce okazało, były uzasadnione. Siedzieliśmy znów we czwórkę na stanowisku dowodzenia, Osima prowadził statek, Olga coś liczyła, a ja rozmawiałem półgłosem z Olegiem.
— Z obliczeń wynika — powiedziała nagle Olga że pędzimy ku zgubie. Pewnie musiałam się gdzieś pomylić!
W tym momencie rozległy się sygnały alarmowe, na tablicy świetlnej zapłonął złowieszczy napis: „Generatory przestrzeni — gotowość bojowa!” Sięgnąłem po słuchawkę, ale Oleg mnie wyprzedził:
— Głosie, co się stało? — krzyknął. Dowiedzieliśmy się, że grupka miotających się bezładnie gwiazd, wśród których przeciskał się nasz statek, jednocześnie, jakby na dany sygnał zmieniła kierunek ruchu i popędziła w kierunku geometrycznego środka, w którym akurat się znaleźliśmy. Jedyna droga ucieczki wiedzie przez nowo utworzony kanał świeżej przestrzeni…
— Właśnie przystąpiliśmy do obliczeń — poinformował Głos.
— Wątpię, aby obliczenia przyniosły pozytywny wynik — powiedziała spokojnie Olga. — Sytuacja jest niedobra. Zapasów całej eskadry nie wystarczy na przebicie tunelu przestrzennego na zewnątrz.
Wywołałem laboratorium.
— Ellonie — powiedziałem, gdy Demiurg ukazał się na ekranie. — Znaleźliśmy się w niebezpieczeństwie i chyba tylko ślimak grawitacyjny może nas uratować. Porozum się z Głosem.
Ellon uśmiechnął się szatańsko.
— Potrafiłem wysłać do piekła całą planetę, więc z dwoma statkami też sobie poradzę. Niech tylko twój ulubieniec przyzna się do tego, że nie potrafi nawigować wśród gwiazd, a natychmiast naprawię jego błąd, admirale!
W minutę później Głos zawiadomił nas, że anihilacja substancji aktywnej nie uchroni nas przed skutkami eksplozji gwiezdnej i że jedyną nadzieją jest ucieczka przez ślimak grawitacyjny.
— Na co więc czekasz? — zapytałem niecierpliwie. — Jest jeszcze za wcześnie — uspokoił mnie Głos. — Jesteśmy z Ellonem zgodni co do tego, że stosowny moment jeszcze nie nadszedł.
Wszystkie pokładowe źródła energii zostały przełączone na zasilanie generatorów metryki. „Wąż” szedł w szyku torowym za „Koziorożcem”. Czekaliśmy.
Potem zobaczyliśmy, jak dwa słońca wyrwały się z gąszczu pozostałych gwiazd i pomknęły naprzeciw sobie, przecinając tor naszego lotu. Nie mieliśmy nawet tej pociechy, że przed śmiercią ujrzymy koniec świata. Obie gwiazdy eksplodują wcześniej niż pozostałe zdążą dotrzeć na miejsce katastrofy, my zaś wyparujemy jeszcze wcześniej, jeśli tylko nie zdołamy się wyśliznąć po spirali ślimaka grawitacyjnego.
— Start! — usłyszałem potrójną komendę, w której zmieszały się melodyjny nawet w takiej chwili Głos, skrzekliwy wrzask Ellona i beznamiętny rozkaz Olega.
Straszliwy ból skręcił moje ciało. Na pół oślepły kątem oka zdążyłem jednak zarejestrować jak w swoich fotelach wiją się Osima i Olga, jak Oleg chwycił ręką za gardło. Widok na ekranie był tak niezwykły, że na moment oprzytomniałem i zapomniałem o bólu.
Pędzące ku sobie słońca zderzyły się, ale nie wybuchły! Po prostu przeszły nawzajem przez siebie. Pomyślałem, że tracę zmysły, że ból rozdzierający moje ciało przyprawił mnie o szaleństwo. Nawet nie ucieszyłem się, że jeszcze żyjemy. Nie widziałem dróg ratunku, bo ratunek był zwyczajnie niemożliwy, chociaż gwiazdy wciąż jeszcze nie eksplodowały, lecz zachodziły na siebie jak dwa pokrywające się na chwilę cienie.
— Gwiezdne fantomy! — wykrzyknąłem ze zgrozą. Słońca przeniknęły przez siebie i teraz się rozbiegały. Doszło do zderzenia, którego nie było. Nieunikniona eksplozja nie nastąpiła. Byliśmy w królestwie fantomów, gdzie jedyną realnością był ból rozrywający na strzępy każdą tkankę, każdą komórkę naszego ciała!
Wygramoliłem się z fotela i zatoczyłem ku Olegowi, który wychrypiał z trudem:
— Do Ellona! Ja spróbuję pomóc Oldze i Osimie. Wyskoczyłem na korytarz i upadłem. Nogi miałem jak z waty, a w dodatku nie mogłem ich przestawiać normalnie, po kolei, tylko obie naraz. Zacząłem więc posuwać się skokami, jak Demiurgowie, ale zanim dotarłem do laboratorium odzyskałem władzę w nogach.
Laboratorium wyglądało jak po trzęsieniu Ziemi. Wszystkie ruchome urządzenia wyrwały się ze swoich gniazd i tylko stanowiska badawcze pozostały na swoich miejscach. Ellon leżał przy generatorze metryki i spazmatycznie poruszał kończynami. Klęczała przy nim Irena, wykrzykując coś bez związku, płacząc i całując nieprzytomnego Demiurga. Zwróciła do mnie zalaną łzami twarz i zawołała błagalnie:
— Niech mu pan pomoże! On umiera! Ja tego nie przeżyję!
Udało nam się wspólnie podnieść Ellona z podłogi i posadzić go na fotelu. Irena znów uklękła przed Demiurgiem.
— Żyjesz, żyjesz! — wykrzykiwała. — Żyjesz najdroższy! Kocham cię!
Spróbowałem ją od niego odciągnąć, ale nic z tego nie wyszło. Ellon otworzył z trudem oczy. Spojrzenie miał półprzytomne.
— Ireno — jęknął. — Ireno, nie umarłem? Dziewczyna zaczęła go całować z jeszcze większym zapamiętaniem.
— Tak, tak, tak! Żyjesz, a ja cię kocham! Obejmij mnie, Ellonie, mój najdroższy!
Demiurg chwiejnie uniósł się na nogi.
— Obejmij! — domagała się Irena. — Obejmij mnie, Ellonie!
Tym razem popatrzył na nią przytomnym wzrokiem.
— Objąć? — zapytał ze zdumieniem. — Po co mam cię obejmować?
Irena zakryła twarz rękami i wybuchnęła łkaniem. Dotknąłem jej ramienia.
— Ireno, opanuj się! — powiedziałem. — Ellon cię nie rozumie.
Odskoczyła ode mnie jak oparzona:
— Czego pan chce? Jest pan złym człowiekiem i nikogo nie chce zrozumieć!
— Natychmiast przestań histeryzować! Nie czas teraz na babskie humory!… Ellonie, co się stało? Zdążyłeś włączyć generator metryki?
— Nie, admirale, nie zdążyłem niczego zrobić odparł Demiurg. Mówił jeszcze z wielkim trudem. — Nagle skręciło mnie i rzuciło na podłogę, ale widzę, że jesteśmy uratowani… — Poczuł się widać lepiej, bo z nowym zdziwieniem popatrzył na Irenę. — Co ci jest? Coś sobie uszkodziłaś? Zaprowadzić cię do maszyny medycznej?
Irena zdołała wziąć się w garść. Potrafiła nawet blado się uśmiechnąć, tylko głos miała jeszcze trochę niepewny.
— Już wszystko w porządku — odparła. — Posprzątam laboratorium.
Odeszła, a Ellon powtórzył, że upadł w momencie, kiedy zamierzał wpuścić oba gwiazdoloty do ślimaka grawitacyjnego. Przypomniałem sobie, że nie znam losów Mary i wywołałem ją. Mary czuła się nie najlepiej, ale z wolna wracała do siebie. Paroksyzm bólu dopadł ją w kabinie, więc zdołała dotrzeć do łóżka.
— Nie martw się o mnie, Eli. Zajmij się ważniejszymi sprawami.
Teraz trzeba było pójść do kabiny Głosu, gdzie na szczęście nic się nie zmieniło. Oparłem się bez tchu o ścianę. Podtrzymał mnie Gracjusz. Galakt był blady, ale twardo trzymał się na nogach. Wymamrotałem:
— Głosie, Gracjuszu, cóż to były za straszliwe fantomy!
Jakby z daleka dobiegła mnie odpowiedź Głosu:
— To nie były fantomy, Eli. To realne słońca pędziły ku sobie nawzajem!
— I nie zderzyły się? Nie ekplodowały? Przeszły przez siebie bez szwanku? Gracjuszu, rozumiesz coś z tego? Albo wszyscy zwariowaliśmy, albo znaleźliśmy się w świecie, w którym nie działają żadne prawa fizyki, nawet prawo powszechnego ciążenia!