Imperator Legionu [An Emperor for the Legion - pl]
- Автор: Тертлдав Гарри Норман
- Год: 1995
- Язык: польский
- Год: Amber
- ISBN: 83-7082-875-2
- Переводчик: Anna Reszka
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Imperator Legionu [An Emperor for the Legion - pl]». Краткое содержание книги:
— Kobieta Thorisina? O słodki Jupiterze! Zaczekaj… przecież ona jest po drugiej stronie Końskiego Brodu z innymi babami i bachorami… wybacz mi — dodał pośpiesznie.
Marek zbył przeprosiny machnięciem ręki. Skonfundowany, ledwo je usłyszał. Statki nie mogły należeć do Sphrantzesa. Komitta była megierą, ale nie zdrajczynią. Z kolei łodzie skleconej naprędce floty Thorisina już dawno wróciły do zwykłych zadań. Nie było innego wytłumaczenia jak…
Do Rzymian zaczęły się zbliżać dwa kołyszące się światła. Marek wystąpił przed swoich ludzi i wyszedł im na spotkanie. Jedną z pochodni niósł videssański kapitan, niski, krępy mężczyzna o czerwonej twarzy, ze szpakowatą brodą i nastroszonymi brwiami. Drugą trzymała Komitta Rhangawe. Jej blada, wąska twarz była piękna i dzika. Upodabniała ją do drapieżnego ptaka.
Trybun złożył im dworny ukłon.
— Możecie mi, na Skotosa, powiedzieć, co się tutaj dzieje? — wyrwało mu się.
Z przerażeniem stwierdził, że się zdradził.
Kapitan zmarszczył brwi. Splunął na piasek i spojrzał w niebo, unosząc ręce. Zraniłem jego uczucia religijne — pomyślał Skaurus. Cóż, tym gorzej dla niego.
Komitta spojrzała bacznie na Rzymiana.
— Imperator zadecydował, że nadeszła pora, by rodziny dołączyły do żołnierzy — powiedziała rzeczowo. — Nie poinformowano was o tym? Szkoda.
Była arystokratką w każdym calu. Przepraszała sługę za drobne przeoczenie.
Trybun zwalczył pokusę, żeby wziąć ją za toczone ramiona i wytrząsnąć z niej informacje. Uratował go pobożny kapitan.
— Statki z Klucza opowiedziały się za Gavrasem, kiedy przystąpił do oblężenia miasta. Przypłynęły podczas ostatniej mgły. Jego Wysokość rozkazał, żeby pozostawały w ukryciu, czekając na następną okazję, żeby bezpiecznie przewieźć rodziny. Udało się.
— Klucz — szepnął Skaurus.
Gdy usłyszał to proste słowo, kopnął się w myślach za głupotę. Flota Klucza była drugą pod względem wielkości w Videssos, o czym wiedział od roku. Lecz jako szczur lądowy i cudzoziemiec nie przykładał dużego znaczenia do tego faktu, mimo wyraźnych aluzji Thorisina Gavrasa.
Viridoviks, który nie poddawał się żadnej dyscyplinie i stał kilka kroków za Rzymianami, teraz podszedł i oburzony położył dłoń na ramieniu Marka.
— Więc nie będzie walki?
— Na to wygląda — odparł trybun, w dalszym ciągu oszołomiony.
— Mogłem się tego spodziewać — powiedział Gal głośno. — Po raz pierwszy dowódca daje mi szansę i okazuje się, że nie ma nic do dania.
Videssański kapitan, zawodowiec podobnie jak Rzymianin, spojrzał na Celta jak na niebezpiecznego szaleńca. W oczach Komitty Rhangawe błysnęło zainteresowanie. Wbrew sobie Marek miał nadzieję, że Viridoviks tego nie zauważył.
Tym razem Skaurusowi dopisało szczęście. Hałaśliwa skarga Gala dotarła do innych uszu. Kierując się jego głosem, nadbiegły plażą dwie kochanki i zasypały go pocałunkami, piszcząc: „Viridoviks! Kochany! Tak za tobą tęskniłyśmy!”. Wojownik uściskał je, choć w jednej ręce trzymał pochodnię, a w drugiej tarczę. Marek z ulgą zauważył, że Komitta zmarszczyła nos, jakby poczuła brzydki zapach.
Trybun wrócił do legionistów i pokrótce wyjaśnił im sytuacje. Rzymianie wznieśli okrzyki, podnieceni wieścią o zjawieniu się floty Klucza, która dawała im przewagę, a jeszcze bardziej perspektywą zobaczenia ukochanych. Skaurus przyznał niechętnie, że coś jest w videssańskim zwyczaju trzymania rodzin przy sobie. Żołnierze byli w lepszym nastroju i walczyli dzielniej wiedząc, że los bliskich zależy od ich męstwa.
— To był fałszywy alarm, ale skoro już tu jesteśmy, możemy się na coś przydać — powiedział do legionistów. — Weźcie pochodnie i pomóżcie kierować łodziami.
Rzymianie chętnie wykonali rozkaz. Niektórzy nawet wchodzili do morza, żeby światło sięgnęło dalej. Kiedy małe łodzie przybiły do brzegu, zaczęli nawoływać imiona ukochanych. Co kilka minut rozlegały się okrzyki radości. Skaurus zauważył, że niektóre pary wymykają się w noc, szukając odosobnienia, lecz udawał, że tego nie widzi. Było to dobre odprężenie po napięciu sprzed kilku minut.
Nagle usłyszał znajomy kontralt: „Marek!” i zapomniał o dyscyplinie. Objął Helvis tak mocno, że aż pisnęła.
— Uważaj na dziecko i na mnie z tym swoim żelastwem. Dosti spał słodko w zagłębieniu jej ramienia.
— Przepraszam — skłamał.
Mimo zbroi jej dotyk obudził w nim żądzę. Helvis roześmiała się, rozumiejąc go doskonale. Oparła się o jego ramię i odchyliła głowę do pocałunku.
Malrik przesunął dłońmi po kolczudze trybuna. Podniecenie podróżą rozbudziło go całkowicie.
— Tatp, płynąłem statkiem z żeglarzami — pochwalił się — a potem z mamą w małej łódce i były fale…
— To dobrze — odparł Marek, z roztargnieniem mierzwiąc włosy pasierba.
Przygody Malrika mogły poczekać. Skaurus przesunął dłoń niżej, dotykając piersi Helvis. Kobieta uśmiechnęła się zmysłowo spod przymkniętych powiek.
We mgle rozległy się dźwięki trąb, szczęk zbroi i głośne okrzyki:
— Gavras! Thorisin! Imperator!
— Cholera — mruknął trybun.
Nastrój prysł. Wyzwał się w duchu od głupców. Całkiem zapomniał, że wysłał Czerwonego Zeprina do Gavrasa. Halogajczyk aż za dobrze wykonał zadanie. Sądząc po odgłosach, plażą nadbiegały setki mężczyzn na spotkanie z nie istniejącymi napastnikami.
— Gavras! — wrzasnął z całych sił, a legioniści podjęli okrzyk.
Znaleźli się w takim samym kłopotliwym położeniu jak przed godziną videssańska jazda. Groziło im, że zostaną zaatakowani przez własną armię. Gwardziści stojący na plaży krzyknęli równie głośno jak Rzymianie.
— Rozprawiasz się ze zdrajcami, Skaurusie? Thorisin był niewidoczny, ale trybun oprócz niepokoju wyraźnie słyszał w jego głosie rozbawienie.
— Wszystko w porządku. Postaralibyśmy się lepiej, gdybyśmy wiedzieli, że przyjeżdżają. „Moje plany są mgliste” — przypomniał Marek jego słowa.
Mgliste, doprawdy! Nie uznał jednak za stosowne wyjawić ich swoim dowódcom. Skaurus poczuł satysfakcję na myśl o tym, co musiał poczuć Imperator, kiedy Czerwony Zeprin wpadł do jego namiotu, wrzeszcząc o zdradzie. Na pewno się zastanawiał, czy własne plany nie obróciły się przeciwko niemu.
Trybun musiał jednak przyznać, że Thorisin nie przesądził niczego z góry, lecz zjawił się gotowy do walki. I to szybko. Kiedy jego żołnierze zobaczyli, że nie ma niebezpieczeństwa, pobiegli na brzeg, żeby pomóc łodziom. Na plaży zrobiło się tłoczno. Panował radosny nastrój.
Thorisin, siedzący na pożyczonym karym koniu, dźwignął Komittę i posadził ją przed sobą w siodle jak zdobycz wojenną. Gajusz Filipus cmoknął z dezaprobatą.
— Czasami zastanawiam się, czy on traktuje tę wojnę wystarczająco poważnie, żeby wygrać — skomentował.
— Przypomnij sobie Cezara — odparł Marek.
Oczy starszego centuriona posmutniały jak na wspomnienie dawnej kochanki.
— Tego psa na dziewki? Te jego galijskie kokoty — powiedział z uczuciem w głosie. — Tak, masz rację, był lwem na tym polu. Cezar — powtórzył w zadumie. — Jeśli Gavras choć w połowie się tak spisze, nasze nazwiska znajdą się nie tylko w historii Gorgidasa. Będzie można za to można kupić sobie wina.
— Kpiarz — prychnął trybun, ale wiedział, że centurion ma rację.
Ogarnięty błogością Skaurus oparł się na łokciach. Helvis westchnęła z zadowoleniem. Marek słuchał rytmu swojego pulsu, głośniejszego niż fale mruczące do siebie w oddali.