Imperator Legionu [An Emperor for the Legion - pl]
- Автор: Тертлдав Гарри Норман
- Год: 1995
- Язык: польский
- Год: Amber
- ISBN: 83-7082-875-2
- Переводчик: Anna Reszka
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Imperator Legionu [An Emperor for the Legion - pl]». Краткое содержание книги:
Gavras uniósł się gniewem, ale nie mógł do niczego zmusić Khatrishów bez wszczynania nowej wojny domowej we własnej armii. Nie chcąc utracić jazdy, posłał ją razem z Khamorthami po zaopatrzenie. Nawet nie próbował zaznajomić nomadów z łopatą i oskardem.
Ku swojemu zdumieniu Marek stwierdził, że on również tęskni za Helvis, mimo częstych kłótni. Pogodził się z myślą, że są one nieuniknione miedzy dwojgiem ludzi, którzy czują do siebie silny pociąg, ale nie potrafią zmienić swoich zwyczajów. Wiele ich jednak łączyło, przede wszystkim Malrik i Dosti. Trybun późno został ojcem i przekonał się, że daje mu to więcej satysfakcji niż jakiekolwiek inne dokonania.
W pierwszych dniach oblężenia miał niewiele czasu, by odczuwać samotność. W przeciwieństwie do ludzi Pakhymera Rzymianie byli obeznani ze sztuką prowadzenia oblężeń. Łopaty i kilofy należały do ich normalnego wyposażenia. Każdej nocy, rozbijając obóz, budowali umocnienia polowe.
Któregoś dnia Thorisin Gavras i Baanes Onomagoulos przyjechali na inspekcję robót. Imperator, który właśnie przed chwilą oglądał amatorską barykadę powoli wznoszoną przez kilku żołnierzy Onomagoulosa, miał niezadowoloną minę. Namdalajczyk był mniej skrzywiony niż zwykle od czasu, kiedy został ranny. Jazda na koniu sprawiała mu mniejszy ból, niż kuśtykanie na chorej nodze.
Kiedy Imperator przyjrzał się szerokiej fosie i wałowi ziemnemu najeżonemu palami, który legioniści już prawie skończyli, wyraz jego twarzy zmienił się wyraźnie. Rzymianie obsadzali najbardziej wysunięty na południe półmilowy odcinek linii.
— Nareszcie porządna robota — powiedział bardziej do Onomaguolosa niż do Marka. — Rzymianie lepiej się spisali niż twoi chłopcy, Baanes.
— Wygląda nieźle — przyznał stary szlachcic, który nie przepadał za krytyką. — I co z tego? Każdy jest w czymś dobry: Khamorthci w strzelaniu z łuku, Namdalajczycy w posługiwaniu się lancą, a ci w kreciej robocie. Akurat teraz to bardzo przydatna umiejętność.
Mówił bezceremonialnie, nie dbając o to, czy trybun słyszy. Nieświadomie przybierał ton wyższości, żeby pokryć zakłopotanie. Dotknięty Marek otworzył usta, żeby mu coś powiedzieć do słuchu, ale przypomniał sobie słowa jednego z posłów Cezara, które słyszał w rzymskim namiocie w Galii: „Panowie, wszyscy wiemy, że Celtowie są zawzięci i nierozważni. Jeśli zajmiemy wyższy teren, sprowokujemy ich do szarży na zbocze…”.
Wykrzywił usta w uśmiechu. Wiec tak to jest, gdy się zostanie uznanym za barbarzyńcę. Wyglądało na to, że Helvis znowu miała rację. A jednak nie, niezupełnie. Dostrzegłszy gorycz na jego twarzy, Thorisin powiedział szybko:
— Pewnego dnia Baanes udławi się własnymi słowami.
Skaurus wzruszył ramionami. Przeprosiny brzmiały szczerze, ale Imperator jednocześnie korzystał z okazji, żeby wyrównać rachunki z potężnym lordem jadącym u jego boku. Nic w tym kraju nie jest jednoznaczne — pomyślał trybun w przypływie rozpaczy, lecz zaraz się opanował i wrócił do bieżących spraw.
— Jesteśmy okopani stąd do morza — wyjaśnił i pokazał na mury Videssos, których cień sięgał prawie do miejsca, gdzie stali. — Natomiast reszta wygląda jak zamki z piasku, które zostały po zabawie pięciolatka.
— To prawda — przyznał Gavras. — Lecz nie ma to dużego znaczenia. Nasi przeciwnicy mają mury i wieże, ale nie mogą ich zjeść, na Phosa.
— Jak długo panują na morzu, nie muszą tego robić — odparł Marek. — Mogą się z nas śmiać, dopóki zwożą zapasy statkami. Statki są kluczem do zdobycia miasta, a my ich nie mamy.
— Kluczem, tak — mruknął Thorisin, błądząc wzrokiem daleko.
Po chwili Skaurus zorientował się, że Imperator wcale nie jest pogrążony w zadumie. Patrzył na południe, w kierunku Morza Żeglarzy i wyspy leżącej na zamglonym horyzoncie. Rzymianin przypomniał sobie nagle videssań-ską nazwę tej wyspy: Klucz. Lecz na jego pytanie Imperator odpowiedział tylko:
— Moje plany są na razie mgliste.
Uśmiechnął się do siebie, jakby przyszło mu do głowy coś zabawnego. Marek zauważył, że Onomagoulos również nie ma pojęcia, o co chodziło Gavrasowi. Dodało mu to otuchy.
Zbiegiem okoliczności ta noc była mglista, co często zdarzało się na wybrzeżu nawet w pełni lata. Księżyc i gwiazdy przesłaniał od zachodu słońca gruby szary koc nasuwający się od morza. Wieże Videssos i mury zakończone blankami zniknęły, jakby nigdy nie istniały. Strażnicy z pochodniami poruszali się otoczeni rozproszoną poświatą. Przy każdym oddechu czuło się w ustach smak oceanu.
Viridoviks chodził wzdłuż wału ziemnego, z pochodnią w lewej ręce i mieczem w prawej.
— To jasne, że nie mogą przepuścić takiej okazji — odezwał się, kiedy wpadł na Skaurusa i Gajusza Filipusa. — Gdybym to ja siedział tam zamknięty w środku, dałbym takiego bobu draniom na zewnątrz, że długo by mnie popamiętali.
— Ja też — powiedział Gajusz Filipus, choć rzadko zgadzał się z Galem.
Centurion uważał mgłę niemal za osobisty afront. Wojna stawała się kwestią przypadku zamiast sztuką. Przy odrobinie szczęścia nawet półgłówek mógł wyjść na geniusza. Nerwowy Rzymianin i agresywny Gal przeoczyli jednak pewną rzecz. W mieście było równie ciemno jak na zewnątrz.
— Założę się, że marszałkowie Ortaiasa sami spacerują po murach — zauważył Marek — nasłuchując skrzypienia drabin.
Viridoviks zamrugał oczami i roześmiał się.
— Pewnie tak. Dwaj chłopi stoją po nocach na warcie przed kurnikami, w obawie przed sąsiadem. Obaj uważają to za niewdzięczną robotę. Ja również.
— Możliwe — zgodził się Gajusz Filipus. — Sphrantzesowie nie mają dość wyobraźni, by zrobić coś ryzykownego. Ale co z Gavrasem? Taka noc powinna mu odpowiadać. Jest urodzonym hazardzistą.
— Właśnie — przyznał Skaurus. — Kiedy nadciągnęła mgła, sądziłem, że coś się wydarzy, ale wygląda na to, że się myliłem.
Opowiedział przyjaciołom popołudniową rozmowę.
— Coś wisi w powietrzu — stwierdził Gajusz Filipus i ziewnął. — Cokolwiek to jest, będzie musiało obejść się beze mnie do rana. Idę spać.
Opuścił pochodnię, żeby oświetlić sobie drogę, i ruszył w stronę namiotu. Rzymski obóz znajdował się blisko morza na płaskim kawałku ziemi, który był terenem ćwiczebnym armii videssańskiej.
Skaurus położył się kilka minut później i ku własnej irytacji miał kłopoty z zaśnięciem. Panował aż za duży spokój bez Dostiego, który budził się kilka razy w nocy, lecz trybunowi brakowało ciepła Helvis. To nie w porządku — pomyślał, przewracając się niespokojnie z boku na bok. Jeszcze niedawno trudno mu było zasnąć z kobietą przy boku, a teraz nie mógł zasnąć bez niej.
Na naradzie oficerów, która odbyła się następnego ranka, Thorisin Gavras wyglądał na zadowolonego, choć Marek nie miał pojęcia dlaczego. O ile się orientował, nic się nie zmieniło od poprzedniego dnia.
— Pewnie znalazł sobie żwawą dziewczynę, która powiedziała „tak” i niewiele ponadto — powiedział Soteryk po spotkaniu. — W porównaniu z Komittą to byłaby miła odmiana.
— Nie pomyślałem o tym — roześmiał się Marek. — Może masz rację.
Oblężenie postępowało metodycznie, ale powoli. Ocalało niewielu wojskowych inżynierów Mavrikiosa Gavrasa, którzy mogli wesprzeć jego brata. Pod ich kierunkiem żołnierze wycięli drzewa i zburzyli parę domów, żeby zdobyć drewno na machiny oblężnicze i drabiny. Legioniści okazali się zręcznymi rzemieślnikami. Często pomagali swoim oddziałom inżynieryjnym.