Imperator Legionu [An Emperor for the Legion - pl]
- Автор: Тертлдав Гарри Норман
- Год: 1995
- Язык: польский
- Год: Amber
- ISBN: 83-7082-875-2
- Переводчик: Anna Reszka
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Imperator Legionu [An Emperor for the Legion - pl]». Краткое содержание книги:
W swojej pysze zapomniał jednak, że w grę wchodzi nie tylko szybka galera przeciwko nieruchawej barce rzecznej. Nie wziął pod uwagę ludzi. W powietrzu śmignęły liny, oplatając się jak węże wokół kołków cumowniczych i wioseł sterowych, łącząc oba statki ciasno jak w uścisku kochanków. Za linami skoczyli przez niskie burty galery Rzymianie, wydając wilcze okrzyki radości. Wrzucili garstkę marynarzy do wody. Pluski oznaczały ich śmierć, ponieważ nie będąc prawdziwymi żeglarzami, nosili pancerze, tym razem nie dla ochrony, tylko na własną zgubę.
Widząc to, kapitan uciekł na wysoką rufę. On również miał na sobie zbroję, pozłacaną na znak rangi. Zaświeciła na moment, kiedy skoczył do morza, zbyt dumny, by przeżyć własny głupi błąd.
Nie miało to dużego znaczenia, jeśli chodzi o wynik walki. Rzymianie złapali pilota biremy i przyłożyli mu miecz do gardła. Zachęcony w ten sposób, wykrzyknął załodze rozkazy. Wiosła ożyły. Żagiel rozwinął się i wydął. Galera ruszyła w stronę plaży, jak koń wyścigowy pośród szkap pociągowych.
Gdzie indziej rzeczy nie układały się tak pomyślnie. Ostrzeżeni pomyłką kolegi, kapitanowie statków wojennych Ortaiasa nie robili następnych niemądrych posunięć. Po bliskim spotkaniu z ostrym dziobem, kutry rybackie po prostu przestawały istnieć, z wyjątkiem mokrego płótna, roztrzaskanych desek i ludzi miotających się w ciepłych błękitnych wodach cieśniny. Co gorsza, w mieście rozdzwoniły się dzwony alarmowe. Przez huk fal rozbijających się o falochrony Marek usłyszał rozkazy oficerów skrzykujących żołnierzy na pokłady nowych galer.
Wszystko to jednak wymagało czasu, a Sphrantzesowie nie mieli go wiele. Łodzie Gavrasa już dobijały do plaży, żołnierze wyskakiwali na brzeg. Każdy atak oznaczał dla statków wojennych stratę cennych minut, gdyż ich ofiary manewrowały i kluczyły z całą desperacką zręcznością, na jaką potrafiły się zdobyć załogi. Nawet jeśli taran trafiał w cel, następowała zwłoka, kiedy triumfująca birema wciągała wiosła, żeby uwolnić się od zdobyczy. Wyplątanie się było delikatnym zadaniem, jeśli galera wojenna nie chciała zostawić żądła w ranie jak pszczoła, z równie smutnym dla siebie rezultatem. Marek krzyknął z całej siły, kiedy zobaczył, że taran mija o włos jedną z barek. Był tak pochłonięty morską bitwą, że ledwo usłyszał przerażony okrzyk sternika.
— Phos niech ma nad nami litość! Jeden z drani siedzi nam na ogonie!
— Kurs na północ — rozkazał natychmiast kapitan, jednym wprawnym spojrzeniem oceniając wiatr, brzeg i przeciwnika.
— Stracimy wiatr — zaprotestował sternik.
— Tak, ale będzie bliżej do brzegu. Steruj jak mówię, do diabła!
Pobladły sternik wykonał rozkaz.
Skaurus przygryzł wargi, nie tyle ze strachu, co z frustracji. Decydował się tu jego los, a on mógł tylko bezradnie czekać. Jeśli wygarbowany morskim wiatrem kapitan znał swój fach, łódź mogła wyjść z tego cało, jeśli nie, nie miała szans. Tak czy inaczej, trybun nie mógł nic tutaj pomóc ani zaszkodzić. Jego umiejętności były bezużyteczne, opinia bez wartości.
Brzeg wydawał się wcale nie zbliżać, gdy tymczasem z tyłu nadpływała galera, zwinna i groźna jak rekin. Za szybko — pomyślał Marek. Achilles z pewnością złapie żółwia.
Gajusz Filipus dokonał takich samych niewesołych obliczeń.
— Da nam kopa w tyłek, zanim wylądujemy — stwierdził. — Jeśli zrzucimy teraz kolczugi, będziemy mieli szansę dopłynąć do brzegu.
Porzucenie zbroi oznaczało przyznanie się do klęski, ale nie z tego powodu Marek odniósł się niechętnie do pomysłu centuriona. Na przeklętej biremie znajdowali się łucznicy. Już zaświstało kilka strzał, szybszych i smuklejszych niż łatające ryby. Nie miał ochoty skończyć w morzu, postrzelony z łuku.
Gdyby znaleźli się w zasięgu strzał, pościg wkrótce by się skończył. Z niezdrową fascynacją trybun obserwował imperialny proporzec na dziobie statku wojennego. Pod nim znajdował się drugi, karmazynowy z pięcioma brązowymi pasami, emblemat drungariosa. A więc zatopi ich sam Leimmokheir — pomyślał Marek. Chętnie zrezygnowałby z tego zaszczytu.
Lecz przy burcie imperialnego okrętu pojawił się inny statek, nie tak duży, ale załadowany aż po górne brzegi burt uzbrojonymi ludźmi. Na dziobie powiewała imperialna flaga.
— Dalej, Leimmokheir, dalej, ty podstępny łotrze! — wrzasnął Thorisin Gavras. Jego wściekły ryk brzmiał jak pieśń w uszach Skaurusa. — Taranuj, a potem staw mi czoło! Nie masz jaj!
Żadna obelga, żadne wyzwanie nie mogło sprowadzić videssańskiego admirała z obranego kursu, lecz uczyniła to twarda rzeczywistość. Gdyby zatopił rybacki kuter, Gavras z pewnością dokonałby abordażu, a ponieważ miał na statku tylu żołnierzy, wynik walki mógł być tylko jeden.
— Do portu! — krzyknął Leimmokheir i jego okręt wykonał zwrot przez burtę, uciekając przed niebezpieczeństwem.
— Tchórz! Zdrajca! — wrzasnęli za nim Thorisin i jego żołnierze.
— Nie jestem zdrajcą! — Dobiegł chropowaty bas Leimmokheira. — Zapowiedziałem, że będę z tobą walczył, jeśli się spotkamy.
— Myślałeś, że to nigdy nie nastąpi. Ty i twoi wynajęci mordercy!
Odpowiedź admirała porwał wiatr. Thorisin potrząsnął pięścią w stronę oddalającej się galery i posłał za nią stek przekleństw, których Leimmokheir już nie usłyszał.
Marek pomachał do Imperatora, dziękując mu.
— To ciebie uratowałem? — krzyknął Gavras. — Chyba jednak ci ufam, a może nie wiedziałem, kto jest na łodzi!
Trybun wolałby, żeby Thorisin nie dorzucał tej drwiącej uwagi. Było w niej za dużo prawdy.
— Płycizna — ostrzegł jeden z żeglarzy i chwycił się relingu.
Gorgidas i Nepos zrobili to samo. Chwilę później deski zajęczały, a łódź zaszorowała o dno. Marek i Gajusz Filipus runęli na pokład. Viridoviks, nadal wiszący na poręczy, omal nie wypadł za burtę.
— Słona woda rozprawi się z moją zbroją — powiedział Gajusz Filipus żałobnym tonem, brnąc z pluskiem na brzeg.
Marek szedł za nim, trzymając miecz nad głową. W pewnym momencie fala zwaliła Viridoviksa z nóg. Gdy się wynurzył, wyglądał jak zmoknięty kot. Wąsy i długie czerwone loki przykleiły mu się do twarzy. Mimo to błysnął zębami w uśmiechu.
— Nareszcie wysiadłem z łodzi! — zakrzyknął. Kiedy tylko znalazł się poza linią przyboju, starannie osuszył klingę w białym piasku. W wielu sprawach był niedbały, ale nigdy jeśli chodzi o broń.
Na całej plaży małe oddzialiki armii Gavrasa łączyły się w większe. Ze schwytanej videssańskiej biremy, która wylądowała ćwierć mili dalej, przymaszerował do trybuna jeden z manipułów. Na czele szedł Kwintus Glabrio.
— Myślałem, że już po was, kiedy ten sukinsyn zaatakował! — zawołał Marek, oddając salut młodszemu centurionowi. — „Dobra robota” to za mało powiedziane.
Jak zwykle Glabrio skwitował pochwałę wzruszeniem ramion.
— Gdyby nie popełnił błędu, nie skończyłoby się tak dobrze.
Obok łodzi, którą przypłynęli Skaurus i jego towarzysze, dobił do brzegu statek Gavrasa.
— Pośpieszcie się tam! — pogonił Imperator żołnierzy, który schodzili na ląd. — Sformujcie czworobok! Jeśli Sphrantzesowie mają dość rozumu i zrobią wypad, wolałbym znowu być na tamtym brzegu. Szybciej!
Thorisin wziął manipuł Glabrio jako część swojej straży przybocznej. Skaurus oddał mu go bez sprzeciwu. Co chwilę rzucał nerwowe spojrzenia na groźne mury Videssos i wielkie bramy, zastanawiając się, czy uzurpator przeszkodzi rywalowi w lądowaniu.