Imperator Legionu [An Emperor for the Legion - pl]
- Автор: Тертлдав Гарри Норман
- Год: 1995
- Язык: польский
- Год: Amber
- ISBN: 83-7082-875-2
- Переводчик: Anna Reszka
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Imperator Legionu [An Emperor for the Legion - pl]». Краткое содержание книги:
— Dlaczego zawsze tak nie jest? — powiedział, bardziej do nieobecnego obserwatora niż do Helvis czy do siebie.
Nie sądził, by go usłyszała. Dotknął palcami jej twarzy, próbując zbudować most między nimi. Oczywiście na nic się to nie zdało. Hel vis pozostała tajemnicą, którą zawsze jest drugi człowiek, nawet bliski. Spojrzał na nią w ciemności namiotu i nie mógł odczytać wyrazu jej oczu.
Drgnął, kiedy poruszyła się pod nim. Jej wilgotna skóra otarła się o jego ciało.
— Myślę, że wiele dobrego może wyniknąć z miłości — stwierdziła poważnym tonem — ale również wiele złego. Za każdym razem robimy Zakład Phosa i stawiamy na dobro. Tym razem wygraliśmy.
Zamrugał oczami. Poważna odpowiedź była ostatnią rzeczą, której oczekiwał. Namdalajćzycy robili zakład, żeby właściwe postępować w świecie, gdzie według nich było tyle samo dobra i zła. Choć nie wiedzieli, czy Phos na koniec zatriumfuje, stawiali swoje dusze, zachowując się tak, jakby jego zwycięstwo było pewne. Marek musiał przyznać, że porównanie jest trafne.
Te słowa jeszcze bardziej podkreśliły różnicę między nimi, zamiast zbliżyć do siebie. Helvis odwołała się do boga tak odruchowo, jakby sięgnęła po ręcznik, żeby się wytrzeć.
Dokuczliwe myśli w końcu uleciały, gdy zaczęli się poruszać. Hel vis mocniej otoczyła go ramionami.
— Wielu ludzi nigdy nie pozna dobra, kochany — szepnęła, ogrzewając mu ucho oddechem. — Bądźmy wdzięczni, że my to mamy.
Tym razem nie mógł się nie zgodzić. Odszukał ustami jej usta.
Skorzystawszy z mgły, żeby sprowadzić rodziny wojowników, Thorisin Gavras wypuścił pozyskaną flotę przeciwko statkom Videssos. Miał nadzieję, że żeglarze ze stolicy przyłączą się do rebelii przeciwko Sphrantzesom. Kilku kapitanów opuściło ich dla Gavrasa, przyprowadzając statki i załogi.
Lecz Taron Leimmokheir, bardziej własnym przykładem i znaną wszystkim uczciwością niż perswazją, trzymał główną część floty przy Ortaiasie i jego wuju. Walki morskie wkrótce stały się bardziej zaciekłe niż niemrawe oblężenie Videssos. Odbywały się wypady i kontrataki, tonęły i płonęły galery. Kilka dni później morze wyrzucało na brzeg blade, napeczniałe trupy. Stanowiły świadectwo, że wojna morska dorównuje okropieństwami lądowej.
Dowódca floty Klucza był zaskakująco młodym i przy — stojnym mężczyzną. Dobrze o tym wiedział. Jak większość videssańskich szlachciców, których poznał Skaurus, Elis-saios Bouraphos łatwo wpadał w rozdrażnienie.
— Myślałem, że mamy wam pomóc — burknął do Thorisina Gavrasa na porannej naradzie oficerów — a nie wyręczyć w krwawej robocie.
Odruchowym gestem przeczesał dłońmi włosy, które już zaczynały rzednąć na skroniach. Markowi przyszło do głowy, że w ten sposób sprawdza dzienne straty.
— A co mam zrobić? — odwarknął Thorisin. — Przypuścić generalny szturm na mury? Straciłbym mnóstwo ludzi. Dobrze o tym wiesz. Lecz póki twoje statki grasują po morzu, gryzipiórki nie mogą sprowadzić funta oliwek ani dzbana wina do Videssos. Wkrótce zgłodnieją.
— Owszem — zgodził się Elissaios sardonicznie. — Lecz za to Yezda staną się tłuści, grabiąc ziemie zachodnie, podczas gdy wy tutaj siedzicie na tyłkach.
Przy stole zapadła cisza. Bouraphos wypowiedział na głos to, co wszyscy myśleli w chwilach zwątpienia. Na wojnę domową Sphrantzesowie i Gavras zgromadzili wszystkich żołnierzy, których mieli, zostawiając prowincje, żeby same się broniły. Sądzili, że po zwycięstwie przyjdzie czas, by odzyskać wszystko… jeśli cokolwiek zostanie.
— Na Phosa, on ma rację — powiedział Baanes Onomagoulos do Thorisina. Podobnie jak wielu oficerów Gavrasa, miał na zachodzie rozległe posiadłości. — Jeśli usłyszę, że wilki osaczyły Garsavrę, niech mnie Skotos porazi, jeśli nie zabiorę chłopaków do domu, żeby jej bronić.
Imperator wstał powoli. Jego oczy płonęły, ale trzymał nerwy na wodzy. Każde słowo, które wypowiedział, mogłoby być wykute ze stali.
— Baanes, zabierz choć jednego człowieka z linii bez mojego pozwolenia, a padniesz martwy, lecz nie z ręki Skotosa. Zrobię to osobiście, przysięgam. Złożyłeś mi przysięgę. Nie możesz ich zabrać tylko dlatego, że masz taki kaprys. Słyszysz mnie, Baanes?
Onomagoulos zmierzył się z nim wzrokiem. Thorisin odpowiedział mu nieruchomym spojrzeniem. Pierwszy odwrócił oczy marszałek i przesunął nimi po obecnych, żeby sprawdzić, czy ma poparcie.
— Słyszę, Thorisinie. Co tylko rozkażesz.
— Dobrze. Nie będziemy więcej o tym mówili — oświadczył Gavras spokojnie i przystąpił do omawiania innych spraw.
— Ma zamiar tak to zostawić? — szepnął z niedowierzaniem Gajusz Filipus do Marka.
— Onomagoulos ma taki sposób mówienia — odszepnął trybun, ale on również był zaniepokojony.
Baanes nadal miał zwyczaj traktowania Thorisina Gavrasa jak chłopca. Skaurus zastanawiał się, co mogłoby zmienić jego wyobrażenie o Imperatorze.
Te drobne troski pierzchły bez śladu, gdy Rzymianie wrócili do obozu. Za palisadą czekał na nich Kwintus Glabrio.
— Co się stało? — spytał od razu Marek, widząc stężałą twarz centuriona.
— Ja… ty… — zaczynał Glabrio dwa razy, nie mogąc wydusić nowiny.
Nie panował na głosem, podobnie jak nad twarzą. Wykonał gwałtowny gest rezygnacji, okręcił się na pięcie i odmaszerował, zostawiając dowódców.
Skaurus i Gajusz Filipus wymienili zdziwione spojrzenia. Glabrio zawsze był opanowany. Żaden z nich nigdy nie widział go w takim stanie… aż do teraz.
Ruszyli za nim wzdłuż wału ziemnego. Przy jednym z posterunków zebrała się grupka legionistów. Kiedy dwaj dowódcy podeszli bliżej, Skaurus zobaczył, że na wszystkich twarzach maluje się taki sam wyraz przerażenia i wściekłości, który przebijał się przez maskę opanowania Kwintusa Glabrio.
Grupka rozstąpiła się na widok trybuna. Legioniści wyglądali na zadowolonych, że mają pretekst, by się wymknąć. Zostało tylko dwóch ludzi zasłaniających coś, co leżało na ziemi: Gorgidas i Phostis Apokavkos.
— Jesteś pewny, że chcesz to zobaczyć, Skaurusie? — zapytał Gorgidas, odwracając się do trybuna.
Jego twarz była blada, choć jako lekarz legionów widział więcej bólu i śmierci niż kilkunastu żołnierzy razem wziętych.
— Odsuńcie się — powiedział Marek ochryple.
Grek i Apokavkos odsłonili ciało Doukitzesa. Marek nie mógł powstrzymać jęku. To po to uratowałem małego złodziejaszka przed gniewem Mavrikiosa? Dla takiego losu? Ciało leżące przed nim niemo odpowiedziało „tak”.
Po śmierci Doukitzes był jeszcze mniejszy, niż zapamiętał go Skaurus. Wyglądał raczej jak lalka wyrzucona przez złośliwe dziecko niż jak człowiek. Lecz gdzie dziecko, choćby najzłośliwsze, mogło zdobyć taką wprawę w rozmyślnym okaleczaniu, które odarło trupa z wszelkiej godności i podobieństwa do istoty ludzkiej?
Marek usłyszał, że Gajusz Filipus, stojący krok za nim, z sykiem wciąga powietrze. Nie zauważył, że jego własne ręce zacisnęły się w pięści. Poczuł to dopiero, kiedy paznokcie wbiły się w ciało.
— Musiał umrzeć szybko — stwierdził Gorgidas, pokazując trybunowi czyste cięcie, które biegło od ucha do ucha mężczyzny. Parę much z fioletowymi odwłokami uciekło z oburzonym bzyczeniem. — Nie żył, kiedy robili resztę. Cały obóz, na Asklepiosa, całe miasto by go słyszało. Znaleźli go wartownicy z następnej zmiany.
— To szczęście dla niego — mruknął Gajusz Filipus. — Zdaje się, że jedyne, jakie miał.
— Dla Sphrantzesów walczą Yezda — odezwał się Marek, który szukał jakiegoś wyjaśnienia. — To może być ich robota. Okaleczają zabitych, żeby przerazić wrogów.