Imperator Legionu [An Emperor for the Legion - pl]
- Автор: Тертлдав Гарри Норман
- Год: 1995
- Язык: польский
- Год: Amber
- ISBN: 83-7082-875-2
- Переводчик: Anna Reszka
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Imperator Legionu [An Emperor for the Legion - pl]». Краткое содержание книги:
Lecz zamiast wyrzucić z siebie uzbrojonych ludzi, bramy miasta zatrzasnęły się przez intruzami. Łoskot był wyraźnie słyszalny w miejscu, gdzie stali ludzie Gavrasa.
— Gryzipiórki! Urzędasy! — rzucił Thorisin z pogardą. — Ortaias i jego podstępny wuj myślą, że wygrają wojnę, chowając się za murami. Mają nadzieję, że znudzę się i odejdę lub powiedzie się następny plan morderstwa. Nie ma wśród nich prawdziwego żołnierza. Nikogo, kto by im powiedział, że same mury nie wystarczą, by wytrzymać oblężenie. To wymaga rozumu i odwagi. Phos wie, że młody Sphrantzes nie ma ani jednego, ani drugiego. Przyznaję, że Vardanes jest przebiegły, ale brakuje mu odwagi.
Skaurus pokiwał głową, zgadzając się z tą oceną, choć podejrzewał, że Vardanes Sphrantzes jest więcej wart, niż przypuszczał Thorisin. Lecz nawet kiedy stało się jasne, że nie będzie wypadu z Videssos, wzrok trybuna uporczywie wracał do podwójnego muru z surowego brązowego kamienia. Ile trzeba sprytu, żeby odeprzeć szturm, kryjąc się za takimi umocnieniami? Musiał wypowiedzieć tę myśl na głos, bo Gajusz Filipus skomentował trzeźwo.
— Prawidłowe pytanie brzmi: ile trzeba sprytu, żeby dostać się do środka?
ROZDZIAŁ VI
Trąby zagrały fanfarę, a zaraz potem marsza. Dwanaście parasoli otworzyło się jednocześnie jak jasne kwiaty z czerwonego, niebieskiego, złotego i zielonego jedwabiu. Armia Thorisina Gavrasa sformowała długą kolumnę, uniosła broń i zasalutowała dowódcy. Herold o baryłkowatej klatce piersiowej ryknął donośnym głosem:
— Naprzód!
Kolumna ruszyła ze zwykłym videssańskim zamiłowaniem do ostentacji i ceremoniału, paradując przed murami stolicy poza zasięgiem strzał. Spektakl miał dać obrońcom miasta materiał do przemyśleń nad wyborem władcy.
— Oto Thorisin Gavras, Jego Wysokość Imperator, prawowity Autokrata Videssańczyków! — zagrzmiał herold idący między Thorisinem a gwardzistami, którzy nieśli parasole.
Gniadosz Imperatora, jego ulubiony wierzchowiec, został po drugiej stronie cieśniny. Thorisin jechał na karym koniu o lśniącej sierści.
Gavras pomachał miastu i zdjął przyłbicę, żeby ukazać twarz stojącym na murach ludziom Sphrantzesa. Na tę okazję założył złoty diadem na zwykły stożkowaty hełm. Jego długie buty wyglądały jak plama krwi na tle czarnej jak smoła sierści konia. Poza tym był ubrany jak zwykły żołnierz. Ostatecznie apelował do żołnierzy, a zresztą nie miał cierpliwości do szat ze złotogłowiu wysadzanych klejnotami, stanowiących właściwy strój Autokratora.
Jego przejazd obserwowało wielu obrońców. Stali jeden przy drugim na niskim zewnętrznym murze. Oczywiście najwięcej ludzi broniło bram. Masywny wewnętrzny mur, wysoki na jakieś piętnaście metrów, nie był tak mocno obsadzony, z wyjątkiem wieży strażniczej.
— Po co służyć gryzipiórkom?! — krzyczał herold do wojsk stacjonujących w Videssos. — Zrobią z was służących zamiast żołnierzy.
Marek wiedział, że to prawda. Przez ostatnie pół wieku władzę sprawowali biurokratyczni Imperatorzy i żeby osłabić władzę rywali, prowincjonalnych szlachciców, systematycznie rozpuszczali narodową armię videssańską i zastępowali ją najemnikami.
Proces ten zaszedł daleko. Wojsko Ortaiasa Sphrantzesa i jego wuja składało się głównie z wynajętych oddziałów. Żołnierze gwizdali i szydzili z Gavrasa, krzycząc:
— Wszyscy twoi ludzie to słudzy! Dlatego potrzebują prawdziwych żołnierzy, żeby za nich walczyli!
Regiment Namdalajczyków wzniósł okrzyki: „Drax! Drax! Wielki książę Drax!”, żeby zagłuszyć herolda. Jeden z najemników, mężczyzna o silnych płucach i zmyśle praktycznym, krzyknął:
— Dlaczego mielibyśmy wybrać ciebie zamiast Sphrantzesów?! Oni nam zapłacą, a ty nas odeślesz do domu z pustymi kieszeniami!
Thorisin obnażył zęby w niewesołym uśmiechu. Jego brak zaufania do najemników był dobrze znany, choć ponad połowę jego armii stanowiły najemne wojska. Zapomniawszy o heroldzie, sam odkrzyknął:
— Po co popierać tchórzliwego łotra? Pod Maraghą Ortaias uciekł jak przerażona mysz. Przez niego ponieśliśmy kieskę. On i te jego gadki o tym, że „musi zaznać walki”. Też coś!
Ostatnie słowa Thorisin wypowiedział piskliwym tenorem, naśladując głos wroga. Złośliwie zacytował przemowę Sphrantzesa do żołnierzy wygłoszoną przed przegraną bitwą. Wśród ocalałych byli głównie żołnierze Gavrasa. Dołączyli się teraz do jego okrzyków: „Tak, wydajcie go nam, tchórza!”, „Poślijcie go do cyrku, niech skacze przez koła!”, „Lepiej bądźcie dzielni, wy na murach, skoro musicie walczyć po jednej z jego mów!”. A Gajusz Filipus ryknął Markowi prosto w ucho: „Dajcie go, a pokażemy mu więcej, niż może wyczytać w swojej książce!”.
Wyglądało na to, że stek drwin robi wrażenie na żołnierzach Ortaiasa, czułych na opinię kolegów po fachu. Kiedy wrzaski ucichły, na murach Videssos zapadła znacząca cisza. W tym momencie jeden z oficerów Sphrantzesa, ogromny wojownik górujący nad oddziałem, wybuchnął ochrypłym pogardliwym śmiechem.
— Ty również uciekłeś, Gavras — ryknął — po tym, jak twój brat stracił głowę! W czym jesteś lepszy od pana, któremu służymy?
Thorisin poczerwieniał, a potem zbladł. Spiął ostrogami wierzchowca tak mocno, że ten zarżał i stanął dęba.
— Atakować! — krzyknął. — Zabić tego sukinsyna o gładkim języku!
Kilku ludzi skoczyło w stronę murów. Większość nawet nie ruszyła się z miejsca w szyku. Obdarzeni zdrowym rozsądkiem najemnicy, którzy ryzykowali życie za pieniądze, wiedzieli, że improwizowany szturm na umocnienia miasta może skończyć się tylko masakrą.
Gavras okiełznał wierzchowca. Marek podjechał do Imperatora, żeby go uspokoić. Stał już przy nim Baanes Onomagoulos, trzymając konia za uzdę i przemawiając do wściekłego Gavrasa cicho, lecz z naciskiem. Trochę udało mu się opanować gniew, który jednak nie wygasł do końca.
— Przysięgam, że drań zapłaci za to-warknął Imperator.
Potrząsnął pięścią do zuchwałego dowódcy, który odwzajemnił się gestem używanym przez hodowców bydła, gdy rozmawiali o rozpłodowym stadzie. To wyzwanie przywróciło ducha jego towarzyszom. Okrzykami skwitowali obsceniczny gest dowódcy i wygwizdali paradującą pod murami armię Gavrasa.
Kiedy Skaurus wrócił na swoje miejsce, zapytał Baanesa Onomagoulosa:
— Znasz tego kapitana Sphrantzesów? Drań jest nie w ciemię bity.
— Tym gorzej dla nas. Już zaczynali się wahać. — Onomagoulos osłonił oczy i spojrzał na mury. — Nie jestem pewien, bo ma zamknięty hełm. Lecz sadząc po posturze i tupecie domyślam się, że to Outis Rhavas. Powiadają, że dowodzi bandą prawdziwych zabijaków. To nowy człowiek. Niewiele o nim wiem.
Marek zdziwił się. Sadząc po nazwisku, Outis Rhavas był Videssańczykiem. Trybun uważał, że Baanes, żołnierz o trzydziestoletnim doświadczeniu, powinien znać najlepszych żołnierzy Imperium. Przypomniał sobie jednak, że ostatnimi czasy w Videssos panuje chaos. Może ten Rhavas jest hersztem bandy, który korzysta z tego zamieszania. Tak samo jak ty — powiedział do siebie i potrząsnął głową, niezadowolony z porównania.
Wyglądało na to, że Ortaias i jego wuj są przygotowani do walki. Po niepowodzeniu apelu przed murami miasta Thorisin nie miał innego wyjścia jak przystąpić do oblężenia. Armia zabrała się do budowania wału ziemnego w najwęższym miejscu videssańskiego półwyspu.
Niektóre oddziały zupełnie nie radziły sobie z tym zadaniem. Khatrishe Laona Pakhymera z zapałem kopali i nosili ziemię przez kilka dni, póki im się to nie znudziło.
— Nie mogę powiedzieć, żebym ich winił — oświadczył Pakhymer, kiedy Imperator nakazał im powrót do pracy. — Przyjechaliśmy, by walczyć z Yezda, a nie brać udział w wojnie domowej. Zawsze możemy wrócić do domu. Po prawdzie, tęsknię do żony.