Imperator Legionu [An Emperor for the Legion - pl]
- Автор: Тертлдав Гарри Норман
- Год: 1995
- Язык: польский
- Год: Amber
- ISBN: 83-7082-875-2
- Переводчик: Anna Reszka
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Imperator Legionu [An Emperor for the Legion - pl]». Краткое содержание книги:
— Tak, pójdę z tobą — zdecydował się. — Czy to daleko?
— Nie. Pokaż mi pieniądze — poleciła rzeczowo. Zaskoczyła go. Nie miał na sobie nic oprócz płaszcza.
Nawet sandałów. Kiedy jednak zaczął z żalem rozkładać ręce, zobaczył błysk srebra na palcu prawej ręki. Zdjął pierścień i podał go dziewczynie.
— Czy to wystarczy?
Wzięła pierścień, przysunęła do oczu, uśmiechnęła się i wzięła Marka za rękę.
Rzeczywiście jej mały namiot znajdował się blisko. Zrzucając płaszcz, Skaurus zastanawiał się, czy ona jest tym, czego szukał. Wątpił w to, ale położył się obok kobiety.
ROZDZIAŁ VII
— Co? Resaina poddała się Yezda? — mówił Gajusz Filipus do Viridoviksa. — Gdzie to słyszałeś?
— Powiedział mi jeden z żeglarzy, wczoraj w nocy przy kościach. Twierdził, że to pewne. Żeglarze cały czas się kręcą tu i tam, i znoszą wieści.
— Tak, i to zawsze złe — odezwał się Marek, wkładając do ust łyżkę porannej owsianki. — Kybistra padła kilka tygodni temu, a teraz to.
Utrata Resainy była ciężkim ciosem. Miasto leżało dwa dni marszu na południe do Zatoki Rhyax, na wschód od Amorion. Jeśli naprawdę padło, oznaczało to, że Yezda pokonali przeszkodę stojącą im na drodze, choć to drugie miasto znajdowało się w rękach fanatyków Zemarkhosa.
Podczas gdy miasta na ziemiach zachodnich jedno po drugim stawały się łupem najeźdźców, oblężenie Videssos przeciągało się. Nocami ludzie zaczynali wykradać się za mury, inni uciekali w małych łodziach. Przynosili wieści o kapryśnych i coraz brutalniejszych rządach, o zaciskaniu pasa.
Mimo reżimu Sphrantzesów, podwójne mury stolicy i wysokie wieże były zawsze obsadzone przez gotowych do walki obrońców.
— Thorisin jest miedzy młotem a kowadłem — zadumał się trybun. — Nie może wrócić na drugą stronę Końskiego Brodu, żeby walczyć z Yezda, bo Ortaias i Yardanes ruszą za nim. Lecz jeśli tego nie zrobi, nie zostanie mu wiele z Imperium, nawet gdyby zdobył stolicę.
— Musimy ją zdobyć — oświadczył Gajusz Filipus — i to szybko. To oznacza jednak szturmowanie murów, a trzęsę się za każdym razem, kiedy o tym pomyślę.
— O rany, nie widziałem drugiej takiej pary ponuraków — stwierdził Viridoviks. — Możemy iść, możemy zostać, możemy walczyć gdziekolwiek. Możemy się też upić, skoro nie mamy nic lepszego do roboty.
— Słyszałem pomysły, które mi się mniej podobały — zaśmiał się Gajusz Filipus.
Niefrasobliwa postawa Celta zirytowała Marka. Ukłonił mu się ironicznie i zapytał:
— Co więc nam zostało, skoro rozprawiłeś się ze wszystkimi możliwościami?
— Wcale nie ze wszystkimi, Rzymianinie — odpalił Gal z błyskiem w zielonych oczach. — Pominąłeś zdradę. Nie przyszło ci to do głowy, bo jesteś zbyt uczciwy.
— Hmm — chrząknął Skaurus, nie przecząc, że Viridoviks trafił w sedno.
Nie dbał jednak o opinię Celta, który miał zapewne na myśli „zbyt łatwowierny”. Co więcej, nie uważał, by na nią zasłużył. Nie powtórzył nocy z dziwką ani tego nie pragnął. Nawet kiedy wpiła mu się paznokciami w plecy, wiedział, że nie jest lekarstwem na jego kłopoty z Helvis. Prawdę mówiąc, sytuacja jeszcze się pogorszyła. Bywało, że jego milczenie wisiało między nimi jak kotara.
Był zadowolony, kiedy z niewesołych rozmyślań wyrwał go wysoki Videssańczyk, który przybył od Gavrasa. Marek pociągnął ostatni łyk cienkiego, kwaśnego piwa; videssańskie wino było o tak wczesnej porze zbyt ciężkie dla jego żołądka.
— Co mogę dla was zrobić? — zapytał.
Żołnierz ukłonił się jak przed zwierzchnikiem, ale Skaurus dostrzegł jego lekko uniesione brwi i skrzywienie warg. Videssańscy arystokraci uważali piwo za napój wieśniaków.
— W kwaterze Jego Wysokości odbędzie się wpół do drugiej zebranie oficerów.
Videssańczycy dzielili dzień i noc na dwanaście godzin, liczonych od wschodu i zachodu słońca. Trybun spojrzał na niebo. Słońce dopiero co wzeszło.
— Jest jeszcze dużo czasu na przygotowanie się — stwierdził. — Przyjdę.
— Raczycie spróbować kropelkę, panie? — zapytał Viridoviks oficera, podając mu małą beczułkę.
Marek dostrzegł, że pod rudymi wąsami czai się uśmiech.
— Dziękuję, nie — odparł posłaniec. Jego twarz i głos były zupełnie bez wyrazu. — Muszę poinformować innych dowódców.
Ukłonił się ponownie i odszedł z niestosownym pośpiechem.
Gdy tylko zniknął z widoku, Gajusz Filipus klepnął Viridoviksa po plecach.
— Dziękuję, nie — powiedział, naśladując Videssańczyka.
Obaj wybuchnęli śmiechem, zapominając o warczeniu na siebie.
— Macie, panie, ochotę na kropelkę piwa? — spytał go Viridoviks.
— Ja? Na bogów, nie! Nienawidzę tego świństwa.
— Więc lepiej nie będę go marnował — skwitował Viridoviks i pociągnął haust z beczułki.
Łatwo było podzielić dowódców znajdujących się-w namiocie Thorisina na dwie grupy: tych, którzy wiedzieli o upadku Resainy, i resztę. W pierwszej wyczuwało się napięcie oczekiwania. Nikt nie miał pojęcia, czego się spodziewać. Ci, którzy o niczym nie słyszeli, w większości przychodzili późno, jak na każdą inną nudną naradę.
Przez jakiś czas wydawało się, że mieli rację. Jako pierwszą rozpatrywano sprawę videssańskiego porucznika z kłaczkowatą brodą, którego przyciągnęli dwaj krzepcy strażnicy. Młodzik wyglądał na wystraszonego i skacowanego.
— I co tutaj mamy? — odezwał się niecierpliwie Thorisin, bębniąc palcami po stole.
Miał ważniejsze rzeczy na głowie.
— Wasza Wysokość… — zaczął porucznik drżącym głosem, ale Gavras uciszył go wzrokiem i spojrzał pytająco na starszego strażnika.
— Panie, więzień, niejaki Pastillas Monotes, ostatniego wieczora lżył grubiańsko Waszą Wysokość w obecności swojego oddziału.
Żołnierz wyrecytował z pamięci oskarżenie przeciwko nieszczęsnemu Monotesowi, głosem monotonnym i pozbawionym emocji.
Videssańscy oficerowie siedzący przy stole zesztywnieli, a na twarzy Thorisina Garvasa pojawił się czujny wyraz. Dla Namdalajczyków, Khamorthów i Rzymian wolność słowa była czymś naturalnym, ale w starym Imperium do władców tradycyjnie odnoszono się z całym ceremoniałem i szacunkiem. Nawet tak nietypowy Imperator jak Thorisin nie mógł lekko potraktować obrazy majestatu, nie narażając się na utratę poważania u własnych poddanych. Marek współczuł wystraszonemu żołnierzowi, ale wiedział, że nie ośmieli się interweniować w tej sprawie.
— W jaki sposób lżył mnie Monotes? — zapytał Imperator oficjalnym tonem.
— Panie, więzień stwierdził, że skoro nie potraficie zrobić nic więcej, tylko oblegać Videssos, jesteście kundlem, durniem o sercu eunucha i człowiekiem, który ryczy jak lew, ale ucieka przed myszą — powtórzył strażnik z pamięci. — Takie były słowa więźnia, panie. Na jego usprawiedliwienie można dodać, że wypił za dużo trunków — zakończył i wreszcie w jego głosie pojawił się ludzki ton.
Thorisin przechylił głowę i spojrzał kpiąco na Monotesa, który najwyraźniej próbował zapaść pod ziemię.
— Lubisz zwierzęta, co? — zauważył.
Nadzieje Skaurusa wzrosły. Te słowa raczej nie wskazywały na to, że Imperator zamierza ogłosić rutynowy wyrok.
— Chłopcze, naprawdę powiedziałeś o mnie te wszystkie rzeczy? — zapytał Gavras z czystą ciekawością w głosie.