Legion Videssos [The Legion of Videssos - pl]
- Автор: Тертлдав Гарри Норман
- Серия: Videssos (pl) #3
- Год: 1995
- Язык: польский
- Год: Amber
- ISBN: 83-7082-893-0
- Переводчик: Janusz Ochab
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Legion Videssos [The Legion of Videssos - pl]». Краткое содержание книги:
— Po co? I dlaczego ja? — spytał nomada, nie chcąc iść na piechotę gdziekolwiek dalej, niż naprawdę musiał.
Varatesh zmełł w ustach przekleństwo — praca z ludźmi, którzy nie potrafili patrzeć dalej swego nosa, doprowadzała go czasem do pasji. Z całą cierpliwością, jaka mu jeszcze została, wytłumaczył:
— Jeżeli przyprowadzimy tutaj konie, nie będziemy musieli taszczyć do nich tego wielkoluda. — Pozwolił sobie teraz na nie znoszący sprzeciwu ton: — A dlatego ty, bo ja tak mówię. Denizli zrozumiał, że żaden z jego kompanów nie przyjdzie mu z pomocą — wszyscy byli raczej zadowoleni, że to nie ich wybrał Varatesh. Pokuśtykał więc w kierunku koni, przystając od czasu do czasu, by rozmasować obolałe pięty.
Osioł — pomyślał Varatesh. Potem przyszło mu do głowy, że nawet Avshar nie był w stanie wszystkiego przewidzieć — musi się nad tym zastanowić, gdy będzie miał chwilę czasu.
Mężczyzna, którego ogłuszył, zajęczał i próbował się przekręcić na brzuch. Varatesh uderzył go raz jeszcze, precyzyjnie wymierzonym ciosem, w który nie wkładał żadnych emocji. Lepiej nie walić zbyt mocno — dobrze pamiętał wartownika z klanu swego ojca. Nie, nie — powiedział sobie po raz tysiączny — tamten gość tylko stracił przytomność. Mimo wszystko, był teraz ostrożniejszy.
Odgłos końskich kopyt w ciemności zwiastował nadjeżdżającego Kubada. Denizli wyglądał na o wiele bardziej zadowolonego z życia, gdy siedział na końskim grzbiecie. Przynajmniej miał na tyle rozumu, żeby wsiąść na konia — pomyślał Varatesh. Kubad rozglądał się dokoła z zainteresowaniem.
— Zadziałało, co? — zauważył krótko. — Możemy ich obrobić?
— Nie.
— Szkoda. — Z pięciu ludzi, których Varatesh miał ze sobą, Kubad był zdecydowanie najlepszy. Ześliznął się zręcznie z konia i stanął u boku swojego wodza, który wciąż przyglądał się rudowłosemu mężczyźnie.
— To tego chce czarodziej?
— Tak. Przyprowadź tutaj któregoś konia; uwiążemy go na grzbiecie. — Przerzucili nieprzytomnego przez koński grzbiet, jak upolowaną zwierzynę, i związali mu ręce i stopy pod brzuchem zwierzęcia. Varatesh wziął jego miecz.
— Jak długo działają te czary? — spytał Kubad.
— Nie chcesz pozarzynać tych baranów… — Teraz mówił Denizli. — …więc pewnie pojadą za nami, jak tylko się zbudzą. A ich jest więcej niż nas.
— Będziemy mieli dzień przewagi, z tego co mi mówiono. To powinno w zupełności wystarczyć. Wciągnijcie dobrze powietrze — na razie noc jest pogodna, tak, ale niedługo nadejdzie deszcz. Po jakich śladach będą wtedy jechać?
W purpurowym blasku ogniska, uśmiech Kubada wydawał się unurzany we krwi.
Viridoviks przebudził się wreszcie, ale koszmar wcale się nie skończył. Upiorny ból głowy osłabiał go i przyprawiał o mdłości, a kiedy udało mu się otworzyć oczy, jęknął tylko i zamknął je z powrotem. Jego twarz była zwrócona wprost na wschodzące słońce, którego blask wwiercał mu się w głowę nowymi jeszcze szpilami przejmującego bólu. Gorsze nawet od tego było dzieło jakiegoś złośliwego czarownika, który odwrócił niebo i ziemię, a na dodatek kazał im się huśtać niczym galarecie z nóg wołowych. Jego wrażliwy żołądek podchodził mu teraz do gardła. Dopiero kiedy spróbował sięgnąć po tarczę, by zasłonić twarz przed słońcem, odkrył że ma związane ręce.
Jęki zaalarmowały towarzyszących mu jeźdźców. Ktoś powiedział coś w języku równin. Trzęsienie ustało. Bardzo powoli i ostrożnie Viridoviks otworzył jedno oko. Świat stanął wreszcie w miejscu, ale nadal widział wszystko do góry nogami. Opuścił luźno głowę. Szarobrązowa ziemia podjechała nagle do góry — ostre źdźbła trawy sterczały nie dalej niż dwa cale od jego czoła. Po swoich obu stronach widział brązowe, pokryte sierścią nogi. Jestem na koniu — powiedział sobie, zadowolony, że w ogóle mógł myśleć.
Po nieco dłuższej rozmowie w języku khamorth, jeden z nomadów podszedł do niego. Ze swojej pozbawionej godności perspektywy, Viridoviks mógł go oglądać tylko od bioder w dół. To jednak wystarczyło — zimny dreszcz przebiegł mu po plecach, gdy zobaczył, że oprócz swej szabli mężczyzna nosił miecz Gala.
Viridoviks znał tylko kilka słów w języku równin, a żadne z nich nie należało do uprzejmych. Zrobił z nich teraz użytek, przeklinając okropnie skrzekliwym głosem. Prawie natychmiast zrozumiał, że niepotrzebnie się pośpieszył — rozzłoszczony oprawca mógł bez trudu odpłacić mu za obelgi. Próbował zebrać myśli i przygotować się na uderzenie — wszystko, co mógł zrobić, to znieść je po męsku.
Ale nomada roześmiał się tylko, a jego rozbawienie zdawało się zupełnie szczere i pozbawione okrucieństwa.
— Ściągnę cię z tego konia, co? — powiedział dobrym videssańskim, z lekkim tylko, gardłowym akcentem, charakterystycznym dla jego ludu. Miał zaskakująco łagodny glos; jasny tenor młodego mężczyzny. — Nie próbuj proszę żadnych sztuczek. Pilnuje cię dwóch ludzi z łukami gotowymi do strzału. Pytam jeszcze raz, czy mam ci rozciąć więzy i spuścić z konia?
— Tak, proszę. — Celt nie widział powodu, żeby odmówić; w tej pozycji i tak nic nie mógł zrobić, nawet gdyby nie bolała go tak okropnie głowa. Khamorth schylił się, sięgając pod brzuch konia. Ostry sztylet bez trudu przeciął rzemienie wiążące nadgarstki Viridoviksa z jego kostkami…
Gal runął na ziemię, bezwładny niczym wór z mąką. Opadła go nagle fala nudności. Kiedy wymiotował, Khamorth trzymał mu głowę tak, by nie napaskudził na siebie. Potem podał mu wodę do wypłukania i otarcia ust. Ta uprzejmość była, w pewnym sensie, bardziej niepokojąca niż brutalność wtedy Viridoviks wiedziałby przynajmniej, jak na nią od powiedzieć.
Po dwóch czy trzech nieudanych próbach, udało mu się wreszcie usiąść. Przyjrzał się swojemu przeciwnikowi najlepiej jak potrafił, choć obraz, który miał przed sobą był wciąż rozmazany i co chwilę się rozdwajał. Khamorth rzeczywiście był młody, prawdopodobnie nie miał jeszcze trzydziestki, choć wielka krzaczasta broda, którą nosił zgodnie ze zwyczajem swego ludu, skrywała młody wiek. Był nieco wyższy niż większość koczowników i zachowywał się jak ktoś przywykły do rozkazywania. Jego oczy jednak były jakieś dziwne — nawet kiedy patrzył prosto na Viridovik-sa, wydawały się dalekie, jakby zapatrzone w coś, co tylko on mógł zobaczyć. Pokonując ogarniającą go słabość, Gal odwrócił głowę, by zobaczyć, jakich to towarzyszy miał ze sobą nomada. Zgodnie z ostrzeżeniem, dwóch wojowników trzymało łuki z założonymi na nie strzałami. Jeden z nich naciągnął mocniej cięciwę, kiedy ich spojrzenia się spotkały. Miał bardzo nieprzyjemny uśmiech.
— Spokojnie, Denizli! — powiedział jego dowódca po videssańsku, tak by mógł go zrozumieć Gal, po czym powtórzył rozkaz w swoim własnym języku. Denizli rzucił mu gniewne spojrzenie, ale zrobił,co kazano.
Było tam jeszcze trzech Kharnorthów, którzy spokojnie odpoczywali na swych koniach. Przyglądali się Viridoviksowi jakby był dzikim kotem, którego udało im się właśnie złapać, niebezpieczną bestią, której nie wolno dać szansy użycia swych pazurów. Wszyscy mieli wygląd typowych, choć zawziętych i bezlitosnych koczowników. To ich dowódca przyprawiał Celta o drżenie serca, tym bardziej że zdawał się nie pasować do stepu. Miał w sobie jakąś głębie, której brakowało jego ludziom, a gdyby przyciąć mu odpowiednio brodę, mógłby z powodzeniem znaleźć się na dworze imperatora. Finezja — pomyślał Viridoviks — to było odpowiednie słowo.
Ból, zaskoczenie i zmieszanie Gala sprawiły, że dopiero po dłuższej chwili zorientował się, iż nikt oprócz niego nie został pojmany. Kiedy w końcu dotarło to do niego, wybuchnął: