Sprzedawca broni [The Gun Seller - pl]
- Автор: Лори Хью
- Год: 2009
- Язык: польский
- Год: Albatros
- ISBN: 978-83-06-03097-1
- Переводчик: Jacek Konieczny
- Жанр: Шпионские детективы
Электронная книга - «Sprzedawca broni [The Gun Seller - pl]». Краткое содержание книги:
— Cholera! — zakląłem i wyprostowałem się, spoglądając w kierunku domu.
— Kim jesteś?
— Dalloway — powiedziałem, marszcząc brwi. — Powiedzieli ci, że się zjawię?
Ponownie pokręcił głową.
— Wysiadałeś z samochodu? Przegapiłeś transmisję? — naciskałem, mówiąc szybko i głośno. Wyczuwałem zdezorientowanie, ale nie podejrzliwość. — Słyszałeś wieści? Na litość boską, czytałeś gazetę? Trzy trupy i żadnym z nich nie był Lang.
Gapił się na mnie.
— Cholera! — powtórzyłem na wypadek, gdyby nie słyszał za pierwszym razem.
— Co teraz?
Cygaro dla pana Langa. Miałem go. Przez chwilę przygryzałem wargę, po czym postanowiłem zaryzykować.
— Jesteś tu sam?
Wskazał głową na dom.
— Mickey jest w środku — zerknął na zegarek. — Zmieniamy się za dziesięć minut.
— Zmieńcie się teraz. Muszę wejść do środka. Ktoś się pojawił?
— Nikt.
— Telefony?
— Jeden. Jakaś dziewczyna, godzinę temu. Pytała o Sarę.
— Dobra. Chodźmy.
Nie ulegało wątpliwości, że zdobyłem przewagę w Pętli Boyda. To niesamowite, do czego można zmusić ludzi, jeżeli na początku utrafi się we właściwą nutę. Wygramolił się z samochodu, pragnąc pokazać, jak szybko potrafi się wygramolić z samochodu, i dołączył do mnie, kiedy ruszyłem zamaszystym krokiem w kierunku domu. Wyjąłem z kieszeni klucze do swojego mieszkania, ale nagle przyszło mi coś do głowy.
— Umówiliście się na pukanie? — zapytałem, kiedy doszliśmy do drzwi.
— Słucham?
Przewróciłem niecierpliwie oczami.
— Pukanie. Sygnał. Nie chcę, żeby Mickey wyrwał mi dziurę w klatce piersiowej, kiedy będziemy wchodzić do środka.
— Nie, my… to znaczy mam po prostu krzyknąć „Mickey”.
— O rany, to naprawdę sprytne — powiedziałem. — Kto wpadł na ten pomysł?
Trochę przesadziłem, próbując go zdenerwować i skłonić do jeszcze większego zapału w wykazywaniu się kompetencją.
— No, dalej.
Przyłożył usta do skrzynki na listy.
— Mickey — zawołał i posłał mi przepraszające spojrzenie. — To ja.
— Ach, rozumiem — mruknąłem. — W ten sposób będzie wiedział, że to ty. Odlot.
Zapadła cisza, po czym usłyszeliśmy trzask zasuwki. Wparowałem do środka.
Starałem się nie patrzeć za wiele na Mickeya, aby od razu wiedział, że to nie on jest problemem. Niemniej jednak szybki rzut oka powiedział mi, że również miał po czterdziestce i był chudy jak patyk. Miał rękawiczki z odkrytym wierzchem dłoni i rewolwer, prawdopodobnie również jakieś ubranie, ale naprawdę nie zwróciłem na nie uwagi.
Rewolwer miał niklowane wykończenie Smitha Wessona, krótką lufę i osłonięty kurek, co sprawiało, że dobrze nadawał się do strzelania z kieszeni. Prawdopodobnie bodyguard airweight albo coś podobnego. Podstępna broń. Moglibyście zapytać, czy znam jakiś uczciwy, sympatyczny, bezstronny typ broni, ale oczywiście nie znam. Każda broń palna miota ołowiem w ludzi z zamiarem wyrządzenia im krzywdy, ale biorąc to pod uwagę, na ogół mają mniej lub bardziej wyraźne charaktery. A niektóre są bardziej podstępne od innych.
— Ty jesteś Mickey? — zapytałem, rozglądając się uważnie po przedpokoju.
— Tak, to ja.
Mickey był Szkotem i rozpaczliwie próbował uzyskać od partnera jakiś sygnał, kim u diabła jestem. Będą z nim problemy.
— Dave Carter przesyła pozdrowienia. — Chodziłem do szkoły z Dave'em Carterem.
— Och! No tak — bąknął. — Aha.
Bingo. Dwie Pętle Boyda w pięć minut. Upojony zwycięstwem podszedłem do stojącego w przedpokoju stolika i podniosłem słuchawkę.
— Gwinevere — rzuciłem — jestem w środku.
Odłożyłem słuchawkę na widełki i ruszyłem w kierunku schodów, przeklinając się w myślach za to, że przesadziłem. Nie mogli dać się nabrać na ten numer. Kiedy jednak się odwróciłem, nadal stali w tym samym miejscu łagodni jak baranki, wpatrując się we mnie wzrokiem mówiącym „To ty jesteś szefem”.
— Gdzie jest pokój dziewczyny? — warknąłem. Baranki wymieniły nerwowe spojrzenia. — Sprawdziliście pokoje, prawda?
Kiwnęli głowami.
— A więc w którym, na litość boską, znajdują się koronkowe poduszki i plakat ze Stefanem Edbergiem?
— Drugi po lewej stronie — powiedział Mickey.
— Dziękuję.
— Ale…
Ponownie się zatrzymałem.
— Ale co?
— Tam nie ma żadnego plakatu…
— Przedstawiłem im niezłą interpretację miażdżącego spojrzenia, po czym ruszyłem w górę po schodach.
Mickey miał rację, w pokoju nie było plakatu Stefana Edberga. Nie było tam nawet zbyt wielu koronkowych poduszek. Może z osiem. Ale zapach Fleur de Fleurs unosił się w powietrzu, jedna cząsteczka na bilion, i poczułem nagłe, fizyczne ukłucie niepokoju i tęsknoty. Po raz pierwszy zdałem sobie sprawę, jak bardzo chciałem uchronić Sarę przed tym czymś łub kimś, kto jej zagrażał.
Zgoda, może mieliśmy tu do czynienia z nonsensem pod tytułem „Dama w opałach”; może innego dnia moje hormony skierowałyby się ku całkowicie innemu obiektowi. Jednak w tamtej chwili, kiedy stałem w jej pokoju, chciałem uratować Sarę. Nie dlatego, że w przeciwieństwie do czarnych charakterów była dobrym człowiekiem, ale ponieważ ją lubiłem. Bardzo ją lubiłem.
Dosyć tych pogaduszek.
Podszedłem do nocnego stolika, podniosłem słuchawkę telefonu i wsunąłem część z mikrofonem pod koronkową poduszkę. W ten sposób usłyszałbym, gdyby któryś z baranków zebrał się na odwagę albo poczuł przypływ ciekawości, i miał ochotę wykonać Telefon Wyjaśniający. Poduszka powinna z kolei uniemożliwić im usłyszenie mnie.
Najpierw przejrzałem szafy, starając się odgadnąć, czy nie zniknęła znaczna część ubrań Sary. Tu i tam wisiał jakiś pusty wieszak, ale nie tyle, aby wskazywało to na zorganizowany wyjazd w odległe miejsce.
Na toaletce leżało kilka słoiczków i szczotek. Krem do twarzy, krem do rąk, krem do nosa, krem do oczu. Przez chwilę zastanawiałem się, na ile poważne konsekwencje groziły komuś, kto, wróciwszy pijany do domu, przypadkowo nałożyłby sobie krem do twarzy na ręce, a krem do rąk na twarz.
Szuflady w toaletce miały podobną zawartość. Wszystkie narzędzia i środki nawilżające niezbędne do utrzymania współczesnej kobiety klasy Formuły I na drodze. Ale zdecydowanie nie znajdowała się tam żadna teczka.
Zamknąłem wszystkie szuflady i przeszedłem do sąsiadującej z pokojem łazienki. Jedwabny szlafrok, który miała na sobie Sara, kiedy ją po raz pierwszy zobaczyłem, wisiał na drzwiach. Na półce nad umywalką znajdowała się szczoteczka do zębów.
Wróciłem do sypialni i rozejrzałem się dookoła, licząc, że dostrzegę jakiś znak. To znaczy nie rzeczywisty znak — nie spodziewałem się znaleźć adresu nagryzmolonego szminką na lustrze — ale liczyłem na coś, co powinno się tam znajdować, a się nie znajdowało, albo nie powinno się tam znajdować, a się znajdowało. Nie dostrzegłem żadnego znaku, a mimo to wyczułem, że coś jest nie tak. Musiałem stanąć na środku pokoju i wytężyć przez chwilę słuch, aby zdać sobie sprawę, w czym rzecz.
Nie słyszałem rozmawiających baranków. To było nie tak. Powinni mieć masę spraw do omówienia. Ostatecznie nazywałem się Dalloway, a Dalloway był nowym elementem w ich życiu; powinni rozmawiać o mnie.
Podszedłem do okna i wyjrzałem na ulicę. Drzwi forda były otwarte i wyglądało na to, że wystawała przez nie noga baranka Whisky. Rozmawiał przez radio. Podniosłem słuchawkę z łóżka i odkładając ją z powrotem na widełki, odruchowo otworzyłem szufladę w nocnym stoliku. Szuflada była mała, ale miałem wrażenie, że znajduje się w niej więcej rzeczy niż w całym pokoju. Zacząłem gmerać wśród paczek chusteczek higienicznych, waty, pary nożyczek do paznokci, napoczętej tabliczki czekolady, chusteczek higienicznych, piór, peset, chusteczek higienicznych, chusteczek higienicznych — kobiety żywią się tymi pieprzonymi chusteczkami czy co? — i w końcu na dnie szuflady, umoszczone w łożu z chusteczek higienicznych, znajdowało się ciężkie zawiniątko z irchy. A w środku — uroczy mały walther TPH Sary. Wysunąłem magazynek i sprawdziłem znajdujący się na dole otwór. Pełny.