Sprzedawca broni [The Gun Seller - pl]
- Автор: Лори Хью
- Год: 2009
- Язык: польский
- Год: Albatros
- ISBN: 978-83-06-03097-1
- Переводчик: Jacek Konieczny
- Жанр: Шпионские детективы
Электронная книга - «Sprzedawca broni [The Gun Seller - pl]». Краткое содержание книги:
Nikt nie podniósł ręki. Ruszyłem w kierunku drzwi, zapraszając ich gestem do wyjścia.
— Chcemy dostać teczkę — powiedział Mike.
— Jaką teczkę? — zapytałem.
— Projekt Absolwent.
Wciąż był jedno czy dwa okrążenia za resztą stawki. Nie mogłem go za to winić.
— Przykro mi, że cię rozczaruję, ale nie ma żadnej loczki. Ani tej z napisem „Projekt Absolwent”, ani innej.
Mina mu zrzedła i autentycznie zrobiło mi się go żal.
— Posłuchaj — powiedziałem, starając się ułatwić mu podjęcie decyzji. — Znajdowałem się na terytorium Stanów Zjednoczonych, piąte piętro, w oknach podwójne szyby, i jedyny pomysł na wydostanie się stamtąd, jaki mi przyszedł do głowy, to ta teczka. Pomyślałem, że może was to zaintrygować.
Kolejne przeciągające się milczenie. Glass zaczął kłapać zębami, jakby w dzisiejszych czasach tego rodzaju uciążliwości po prostu zdarzały się zbyt często.
Carl zwrócił się do Mike'a.
— Mam go zgarnąć? — mówił zaskakująco wysokim głosem, niemal falsetem.
Mike przygryzł wargę.
— Tak naprawdę decyzja nie należy do Mike'a — wyjaśniłem. Spojrzeli na mnie obaj. — Chodzi mi o to, że to ja zdecyduję, czy, jak to ująłeś, zostanę zgarnięty, czy nie.
Carl zmierzył mnie wzrokiem.
— Posłuchaj — powiedziałem. — Będę z tobą szczery. Duży z ciebie chłop i jestem pewien, że potrafisz zrobić więcej pompek niż ja. Podziwiam cię za to. Świat potrzebuje ludzi, którzy potrafią robić pompki. To ważne — uniósł groźnie podbródek. Nie przestawaj mówić, drogi panie. Więc mówiłem. — Ale walka to co innego. To zupełnie co innego, i tak się składa, że jestem w tym bardzo dobry. Co nie znaczy, że jestem od ciebie mocniejszy, bardziej męski czy coś w tym rodzaju. To po prostu coś, w czym jestem dobry.
Widać było, że Carl nie czuje się pewnie w takiej rozmowie. Najprawdopodobniej w szkole nauczono go, jak odpowiadać na zaczepki w rodzaju „wyrwę ci serce”. I tylko na takie.
— Zmierzam do tego — kontynuowałem jak tylko mogłem najuprzejmiej — że jeżeli chcecie sobie zaoszczędzić wielkiego upokorzenia, po prostu opuście teraz galerię i pójdźcie sobie gdzieś na porządny lunch.
Co, po kilku chwilach szeptów i spoglądania w moim kierunku, ostatecznie uczynili.
Godzinę później siedziałem we włoskiej kawiarence z blondynką, którą od tej chwili będziemy nazywać Ronnie, ponieważ tak nazywają ją przyjaciele, a ja najwyraźniej stałem się właśnie jednym z nich.
Mike odszedł z podkurczonym ogonem, Carl wyglądał jak: „To jeden z tych dni, stary”. Pomachałem mu wesoło na pożegnanie, ale wiedziałem, że nie uznam swojego życia za porażkę, gdybym miał go już nigdy nie zobaczyć.
Ronnie siedziała z szeroko otwartymi oczami, słuchając skróconej wersji wydarzeń, w której pominąłem martwych ludzi, i chyba doprowadziła swoją opinię o mnie do punktu, w którym wydawała się uważać mnie za supergościa. Stanowiło to miłą odmianę. Zamówiłem dla nas po jeszcze jednej kawie i rozparłem się na krześle, aby napawać się przez chwilę jej podziwem.
Lekko zmarszczyła brwi.
— A więc nie wiesz, gdzie jest Sara? — zapytała.
— Nie mam najmniejszego pojęcia. Być może nic się jej nie stało i tylko się gdzieś przyczaiła, ale równie dobrze może być w poważnych tarapatach.
Ronnie oparła się na krześle i wyjrzała przez okno. Widziałem, że bardzo lubi Sarę, ponieważ z powagą podchodziła do martwienia się jej trudną sytuacją. W końcu niespodziewanie wzruszyła ramionami i wypiła łyk kawy.
— Przynajmniej nie dałeś im teczki — powiedziała. — Chociaż tyle.
Na tym oczywiście polega jedno z niebezpieczeństw okłamywania ludzi. Zaczyna im się mieszać, co jest prawdą, a co nie. Niezbyt mnie to zaskoczyło.
— Nie, nie rozumiesz — wyjaśniłem łagodnie. — Nie istnieje żadna teczka. Powiedziałem im o niej, ponieważ wiedziałem, że będą ją musieli sprawdzić, zanim każą mnie aresztować, wrzucą do rzeki czy co tam robią z takimi jak ja. Widzisz, ludzie, którzy pracują w biurach, wierzą w teczki i dokumenty. Są dla nich ważne. Jeżeli powiesz im, że masz jakąś teczkę, chcą w to wierzyć, ponieważ przywiązują wielką wagę do teczek. — Oto ja, wielki psycholog. — Obawiam się jednak, że żadna teczka nie istnieje.
Ronnie wyprostowała się i dostrzegłem na jej twarzy nagły przypływ podniecenia. Na jej policzkach pojawiły się wypieki. Był to raczej przyjemny widok.
— Ależ istnieje! — zaprotestowała.
Pokręciłem głową, aby sprawdzić, czy moje uszy znajdują się tam, gdzie powinny.
— Przepraszam, nie dosłyszałem?
— Projekt Absolwent — powiedziała. — Teczka Sary. Widziałam ją.
Rozdział 10
Wciąż zgarnia ognie, które tlą w popiołach.