Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Шпионские детективы » Sprzedawca broni [The Gun Seller - pl]
Sprzedawca broni [The Gun Seller - pl] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Sprzedawca broni [The Gun Seller - pl]

Электронная книга - «Sprzedawca broni [The Gun Seller - pl]». Краткое содержание книги:

Podczas wycieczki do Amsterdamu Thomas Lang dostaje propozycję zabójstwa Amerykanina, której nie przyjmuje. Po wielu przemyśleniach postanawia uprzedzić swoją niedoszłą ofiarę Woolfa. Ciąg nieprzypadkowych zdarzeń uzależnia go od Woolfa i jego córki Sary. Ich celem jest uniknięcie amerykańskiego planu ataku terrorystycznego, który miałby zmusić rząd do kupienia nowoczesnych helikopterów (projekt Absolwent). Thomas przez cały czas wmawia sobie, że nic nie czuje do dziewczyny, lecz gotowy jest zrobić dla niej wszystko. W pewnym momencie mężczyźni trafiają w pułapkę, Woolf zostaje zabity. Ranny Lang próbuje odnaleźć Sarę, pomoc w poszukiwaniach oferuje Ronnie — jej koleżanka z pracy. Thomas udaje się do ambasadora USA w Wielkiej Brytanii i uświadamia sobie jak zawiła i tajemnicza jest to sprawa. W ostateczności zostaje zmuszony to przygotowania tego ataku, inaczej Sara zginie.
1 ... 30 31 32 33 34 35 36 37 38 ... 87
Перейти на страницу:

Nikt nie podniósł ręki. Ruszyłem w kierunku drzwi, zapraszając ich gestem do wyjścia.

— Chcemy dostać teczkę — powiedział Mike.

— Jaką teczkę? — zapytałem.

— Projekt Absolwent.

Wciąż był jedno czy dwa okrążenia za resztą stawki. Nie mogłem go za to winić.

— Przykro mi, że cię rozczaruję, ale nie ma żadnej loczki. Ani tej z napisem „Projekt Absolwent”, ani innej.

Mina mu zrzedła i autentycznie zrobiło mi się go żal.

— Posłuchaj — powiedziałem, starając się ułatwić mu podjęcie decyzji. — Znajdowałem się na terytorium Stanów Zjednoczonych, piąte piętro, w oknach podwójne szyby, i jedyny pomysł na wydostanie się stamtąd, jaki mi przyszedł do głowy, to ta teczka. Pomyślałem, że może was to zaintrygować.

Kolejne przeciągające się milczenie. Glass zaczął kłapać zębami, jakby w dzisiejszych czasach tego rodzaju uciążliwości po prostu zdarzały się zbyt często.

Carl zwrócił się do Mike'a.

— Mam go zgarnąć? — mówił zaskakująco wysokim głosem, niemal falsetem.

Mike przygryzł wargę.

— Tak naprawdę decyzja nie należy do Mike'a — wyjaśniłem. Spojrzeli na mnie obaj. — Chodzi mi o to, że to ja zdecyduję, czy, jak to ująłeś, zostanę zgarnięty, czy nie.

Carl zmierzył mnie wzrokiem.

— Posłuchaj — powiedziałem. — Będę z tobą szczery. Duży z ciebie chłop i jestem pewien, że potrafisz zrobić więcej pompek niż ja. Podziwiam cię za to. Świat potrzebuje ludzi, którzy potrafią robić pompki. To ważne — uniósł groźnie podbródek. Nie przestawaj mówić, drogi panie. Więc mówiłem. — Ale walka to co innego. To zupełnie co innego, i tak się składa, że jestem w tym bardzo dobry. Co nie znaczy, że jestem od ciebie mocniejszy, bardziej męski czy coś w tym rodzaju. To po prostu coś, w czym jestem dobry.

Widać było, że Carl nie czuje się pewnie w takiej rozmowie. Najprawdopodobniej w szkole nauczono go, jak odpowiadać na zaczepki w rodzaju „wyrwę ci serce”. I tylko na takie.

— Zmierzam do tego — kontynuowałem jak tylko mogłem najuprzejmiej — że jeżeli chcecie sobie zaoszczędzić wielkiego upokorzenia, po prostu opuście teraz galerię i pójdźcie sobie gdzieś na porządny lunch.

Co, po kilku chwilach szeptów i spoglądania w moim kierunku, ostatecznie uczynili.

Godzinę później siedziałem we włoskiej kawiarence z blondynką, którą od tej chwili będziemy nazywać Ronnie, ponieważ tak nazywają ją przyjaciele, a ja najwyraźniej stałem się właśnie jednym z nich.

Mike odszedł z podkurczonym ogonem, Carl wyglądał jak: „To jeden z tych dni, stary”. Pomachałem mu wesoło na pożegnanie, ale wiedziałem, że nie uznam swojego życia za porażkę, gdybym miał go już nigdy nie zobaczyć.

Ronnie siedziała z szeroko otwartymi oczami, słuchając skróconej wersji wydarzeń, w której pominąłem martwych ludzi, i chyba doprowadziła swoją opinię o mnie do punktu, w którym wydawała się uważać mnie za supergościa. Stanowiło to miłą odmianę. Zamówiłem dla nas po jeszcze jednej kawie i rozparłem się na krześle, aby napawać się przez chwilę jej podziwem.

Lekko zmarszczyła brwi.

— A więc nie wiesz, gdzie jest Sara? — zapytała.

— Nie mam najmniejszego pojęcia. Być może nic się jej nie stało i tylko się gdzieś przyczaiła, ale równie dobrze może być w poważnych tarapatach.

Ronnie oparła się na krześle i wyjrzała przez okno. Widziałem, że bardzo lubi Sarę, ponieważ z powagą podchodziła do martwienia się jej trudną sytuacją. W końcu niespodziewanie wzruszyła ramionami i wypiła łyk kawy.

— Przynajmniej nie dałeś im teczki — powiedziała. — Chociaż tyle.

Na tym oczywiście polega jedno z niebezpieczeństw okłamywania ludzi. Zaczyna im się mieszać, co jest prawdą, a co nie. Niezbyt mnie to zaskoczyło.

— Nie, nie rozumiesz — wyjaśniłem łagodnie. — Nie istnieje żadna teczka. Powiedziałem im o niej, ponieważ wiedziałem, że będą ją musieli sprawdzić, zanim każą mnie aresztować, wrzucą do rzeki czy co tam robią z takimi jak ja. Widzisz, ludzie, którzy pracują w biurach, wierzą w teczki i dokumenty. Są dla nich ważne. Jeżeli powiesz im, że masz jakąś teczkę, chcą w to wierzyć, ponieważ przywiązują wielką wagę do teczek. — Oto ja, wielki psycholog. — Obawiam się jednak, że żadna teczka nie istnieje.

Ronnie wyprostowała się i dostrzegłem na jej twarzy nagły przypływ podniecenia. Na jej policzkach pojawiły się wypieki. Był to raczej przyjemny widok.

— Ależ istnieje! — zaprotestowała.

Pokręciłem głową, aby sprawdzić, czy moje uszy znajdują się tam, gdzie powinny.

— Przepraszam, nie dosłyszałem?

— Projekt Absolwent — powiedziała. — Teczka Sary. Widziałam ją.

Rozdział 10

Wciąż zgarnia ognie, które tlą w popiołach.

Chaucer

Umówiłem się z Ronnie o czwartej trzydzieści, kiedy zamykano galerię i przestawano wpuszczać do środka rwącą rzekę klientów, którzy następnie przez noc ślinili się z niecierpliwości na chodniku, leżąc na łóżkach polowych z przygotowanymi książeczkami czekowymi.

Nie starałem się aktywnie pozyskać jej pomocy, ale Ronnie należała do tak zwanej aktywnej młodzieży i nie potrafiła się oprzeć pokusie spełnienia dobrego uczynku oraz przeżycia wielkiej przygody. Nie powiedziałem jej, że jak dotąd owa przygoda składała się wyłącznie z dziur po kulach i rozgniecionych moszen, ponieważ nie wykluczałem, iż dziewczyna może okazać się niezwykle przydatna. Po pierwsze, nie miałem w tej chwili żadnego środka transportu, a po drugie, uważam, że często znacznie lepiej mi się myśli, kiedy w pobliżu znajduje się ktoś, kto myśli za mnie.

Spędziłem kilka godzin w British Library, próbując znaleźć jak najwięcej informacji o Mackie Corporation of America. Większość czasu upłynęła mi na rozgryzieniu bibliotecznego systemu katalogowego, ale w trakcie ostatnich dziesięciu minut poprzedzających moment, kiedy musiałem wyjść, udało mi się odnaleźć bezcenną informację: Mackie był szkockim inżynierem, który wraz z Robertem Adamsem pracował nad skonstruowaniem rewolweru kapiszonowego podwójnego działania zaprezentowanego ostatecznie podczas Wielkiej Wystawy Światowej w Londynie w 1851 roku. Nie widziałem specjalnej potrzeby, aby zanotować tę informację.

Minutę przed wyjściem znalazłem odesłanie do beznadziejnie nudnej książki zatytułowanej Zęby tygrysa autorstwa majora J. S. Hammonda (w stanie spoczynku), gdzie odkryłem, że Mackie założył firmę, która od tego czasu się rozrosła, osiągając pozycję piątego największego dostawcy „obronnego sprzętu wojskowego” dla Pentagonu. Siedziba firmy znajdowała się obecnie w Vensom w Kalifornii, a jej ostatni podany do publicznej wiadomości zysk przed opodatkowaniem miał na końcu więcej zer, niż mógłbym zmieścić na grzbiecie dłoni.

Zmierzałem z powrotem na Cork Street, lawirując między popołudniowymi klientami sklepów, kiedy usłyszałem okrzyk sprzedawcy gazet. Niewykluczone, że po raz pierwszy w życiu zrozumiałem w ogóle słowa sprzedawcy gazet. Inni przechodnie niemal na pewno usłyszeli „Trzy zupy na zieleninie”, ale ja w zasadzie, zanim jeszcze zobaczyłem plakat, już wiedziałem, że wołał: „Trzy trupy w strzelaninie”. Kupiłem gazetę i ruszyłem dalej.

1 ... 30 31 32 33 34 35 36 37 38 ... 87
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)