Sprzedawca broni [The Gun Seller - pl]
- Автор: Лори Хью
- Год: 2009
- Язык: польский
- Год: Albatros
- ISBN: 978-83-06-03097-1
- Переводчик: Jacek Konieczny
- Жанр: Шпионские детективы
Электронная книга - «Sprzedawca broni [The Gun Seller - pl]». Краткое содержание книги:
— Jesteś w bardzo, ale to bardzo poważnych tarapatach, Lang. Powinienem cię ostrzec.
— Tak, prawdopodobnie masz rację — przyznałem. — Bardzo poważne tarapaty to zdecydowanie coś, w czym jestem. Klub striptizowy to druga rzecz. Jestem tu z wysokim rangą urzędnikiem państwowym, który przez co najmniej godzinę pozostanie anonimowy.
Oparł się na krześle, a na jego twarzy zagościła osobliwie chytra mina. Uniesione brwi, dolna warga zawinięta nad górną. Zorientowałem się, że był to wstęp do uśmiechu. W formie zestawu do składania.
— Mój Boże — powiedział. — Naprawdę próbujesz mnie szantażować. To doprawdy żałosne.
— Serio? W takim razie nie możemy do tego dopuścić.
— Umówiłem się tu z kimś. Nie ja wybrałem miejsce spotkania. — Osuszył trzecią szklankę ginu. — A teraz będę ci wielce zobowiązany, jeżeli wyniesiesz się stąd, żebym nie musiał wezwać bramkarza i kazać mu cię wyrzucić.
Podkład muzyczny przeszedł chropowato w głośną choć nijaką przeróbkę War, What Is II Good For? Siostrzenica ONeala zbliżyła się do krawędzi podestu i zaczęła potrząsać łonem w naszym kierunku; niemal w rytm muzyki.
— Och, sam już nie wiem — mruknąłem. — Chyba dobrze się tu czuję.
— Ostrzegam cię, Lang. Masz w tej chwili bardzo niskie saldo w banku. Mam tu ważne spotkanie i jeżeli mi je zakłócisz albo w inny sposób przysporzysz mi kłopotów, zajmę twoje konto. Czy wyraziłem się jasno?
— Kapitan Głównoostrzegający — oznajmiłem. — Właśnie jego mi przypominasz.
— Lang, ostatni raz…
Umilkł, kiedy zobaczył walthera Sary. Podejrzewam, że na jego miejscu zrobiłbym to samo.
— Wydawało mi się, że nie nosisz przy sobie broni palnej — powiedział po chwili. Nerwowo, choć starał się tego nie okazywać.
— Padłem ofiarą mody — wyjaśniłem. — Ktoś mi powiedział, że w tym sezonie nosi się pistolety, więc po prostu musiałem sobie jakiegoś sprawić.
Zacząłem zdejmować marynarkę. Siostrzenica znajdowała się ledwie metr ode mnie, ale nadal wpatrywała się w tylną ścianę.
— Nie strzelisz w takim miejscu, Lang. Nie wierzę, abyś był całkowicie niepoczytalny.
Zwinąłem marynarkę w mocno ściśniętą kulę i wsunąłem pistolet w jeden z fałdów.
— Ależ jestem — stwierdziłem. — Całkowicie. Nazywano mnie kiedyś Thomas „Wściekły Pies” Lang.
— Zaczynam…
Pusta szklanka ONeala eksplodowała. Kawałeczki rozsypały się po stole i po podłodze. Pobladł na twarzy.
— Mój Boże… — wyjąkał.
Wyczucie rytmu to podstawa. Albo się go ma, albo nie. Wystrzeliłem równo z jednym z ogłuszających akordów War i nie narobiłem więcej hałasu, niż gdybym poślinił kopertę. Siostrzenica na moim miejscu wystrzeliłaby podczas przedtaktu i zepsuła całą sprawę.
— Jeszcze jednego drinka? — zapytałem i zapaliłem papierosa, aby zneutralizować zapach prochu. — Ja stawiam.
War skończyła się przed Bożym Narodzeniem i trzy dziewczyny opuściły wolnym krokiem scenę. Zastąpiła je para, której numer opierał się głównie na wymachiwaniu pejczami. Było dość oczywiste, że to brat i siostra; różnica wieku między nimi nie mogła wynosić mniej niż sto lat. Ze względu na niski sufit pejcz mężczyzny miał tylko metr długości, ale on wywijał nim, jakby miał dziesięć metrów, smagając siostrę do melodii We Are The Champions. ONeal wstrzemięźliwie sączył nowy gin z tonikiem.
— No więc — zacząłem, zmieniając położenie marynarki na stole — muszę dowiedzieć się od ciebie jednej, jedynej rzeczy.
— Idź do diabła.
— Z pewnością to uczynię, tylko najpierw upewnię się, że ma dla ciebie przygotowany pokój. Ale teraz muszę wiedzieć, co zrobiłeś z Sarą Woolf.
Ręka trzymająca szklankę znieruchomiała między kolejnymi łykami i ONeal odwrócił się do mnie autentycznie zdziwiony.
— Co ja z nią zrobiłem? Na jakiej u licha podstawie sądzisz, że cokolwiek z nią zrobiłem?
— Zniknęła.
— Zniknęła. Tak. Zakładam, że w ten melodramatyczny sposób chcesz powiedzieć, że nie możesz jej znaleźć.
— Jej ojciec nie żyje — powiedziałem. — Wiedziałeś o tym?
Przyglądał mi się przez dłuższą chwilę.
— Tak, wiedziałem — rzekł. — Interesuje mnie jednak, skąd ty o tym wiesz?
— Ty pierwszy.
Ale na twarzy ONeala zaczęła malować się śmiałość i kiedy przesunąłem marynarkę w jego kierunku nawet nie drgnął.
— To ty go zabiłeś — powiedział częściowo zły, częściowo zadowolony. — Tak było, prawda? Thomas Lang, dzielny najemnik, naprawdę tego dokonał i zastrzelił człowieka. No cóż, drogi przyjacielu, będziesz musiał wykazać się piekielnym sprytem, żeby się z tego wykaraskać. Mam nadzieję, że masz tego świadomość.
— Co to jest Projekt Absolwent?
Złość i zadowolenie stopniowo znikały z jego twarzy. Nic wyglądało, aby zamierzał odpowiedzieć, więc postanowiłem mówić dalej.
— Powiem ci, czym według mnie jest Projekt Absolwent, a ty przyznasz mi od jednego do dziesięciu punktów za trafność.
ONeal siedział nieruchomo.
— Po pierwsze Projekt Absolwent oznacza różne rzeczy dla różnych ludzi. Dla jednej grupy oznacza stworzenie i wprowadzenie na rynek nowego typu helikoptera wojskowego. Niezwykle tajnego, oczywiście. Jak również wyjątkowo nieprzyjemnego. Prawdopodobnie niespecjalnie nielegalnego. Dla innej grupy, i dopiero tu sprawa staje się naprawdę interesująca, Projekt Absolwent odnosi się do planów zorganizowania ataku terrorystycznego, który umożliwi producentom helikoptera zaprezentowanie swojej zabawki w akcji z jak najlepszej strony. Przez zabijanie ludzi. A także zarobienie naprawdę wielkiego worka pieniędzy dzięki pojawieniu się zmobilizowanych w ten sposób rzesz entuzjastycznych klientów. Niezwykle tajne, wyjątkowo nieprzyjemne i bardzo, bardzo, do dziesiątej potęgi nielegalne. Aleksander Woolf wpadł na trop tej drugiej grupy i uznał, że nie może pozwolić, aby jej to uszło na sucho. Zaczął się naprzykrzać. W związku z tym przedstawiciele drugiej grupy, być może posiadający legalną pozycję w wywiadzie, zaczęli rozpowiadać podczas bankietów, że Woolf handluje narkotykami, chcąc go w ten sposób oczernić i podważyć ewentualną kampanię, którą mógłby przeciwko nim wytoczyć. A kiedy to nie przyniosło rezultatów, zagrozili, że go zabiją. A kiedy to nie przyniosło rezultatów, naprawdę go zabili. A być może zabili również jego córkę.
ONeal nadal siedział nieruchomo.
— Ale w całej tej historii tak naprawdę żal mi, oczywiście poza Woolfem, tych wszystkich, którzy sądzą, że należą do pierwszej grupy, tej legalnej, ale przez cały czas wspierali drugą grupę, bardzo nielegalną, pomagali jej czy w inny sposób przychodzili jej w sukurs, nawet o tym nie wiedząc. Powiedziałbym, że każdy z nich złapał skunksa za ogon.
ONeal utkwił teraz wzrok gdzieś nad moim ramieniem. Po raz pierwszy, odkąd go poznałem, nie potrafiłem odgadnąć jego myśli.
— To już właściwie wszystko — stwierdziłem. — Osobiście uważam, że wygłosiłem wspaniałe przemówienie, ale teraz czas na Judasza i opinię sędziów.
Ale on nadal milczał. Odwróciłem się zatem i podążyłem za jego spojrzeniem w kierunku wejścia do klubu, gdzie stał jeden z bramkarzy, wskazując na nasz stolik. Zobaczyłem, że kiwa głową i odsuwa się na bok, po czym szczupła, potężna sylwetka Barnesa, Russella R wkroczyła zamaszystym krokiem na salę i skierowała się w naszą stronę.