Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Шпионские детективы » Sprzedawca broni [The Gun Seller - pl]
Sprzedawca broni [The Gun Seller - pl] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Sprzedawca broni [The Gun Seller - pl]

Электронная книга - «Sprzedawca broni [The Gun Seller - pl]». Краткое содержание книги:

Podczas wycieczki do Amsterdamu Thomas Lang dostaje propozycję zabójstwa Amerykanina, której nie przyjmuje. Po wielu przemyśleniach postanawia uprzedzić swoją niedoszłą ofiarę Woolfa. Ciąg nieprzypadkowych zdarzeń uzależnia go od Woolfa i jego córki Sary. Ich celem jest uniknięcie amerykańskiego planu ataku terrorystycznego, który miałby zmusić rząd do kupienia nowoczesnych helikopterów (projekt Absolwent). Thomas przez cały czas wmawia sobie, że nic nie czuje do dziewczyny, lecz gotowy jest zrobić dla niej wszystko. W pewnym momencie mężczyźni trafiają w pułapkę, Woolf zostaje zabity. Ranny Lang próbuje odnaleźć Sarę, pomoc w poszukiwaniach oferuje Ronnie — jej koleżanka z pracy. Thomas udaje się do ambasadora USA w Wielkiej Brytanii i uświadamia sobie jak zawiła i tajemnicza jest to sprawa. W ostateczności zostaje zmuszony to przygotowania tego ataku, inaczej Sara zginie.
1 ... 28 29 30 31 32 33 34 35 36 ... 87
Перейти на страницу:

W oddali tykał zegar. Dość szybko. Wydawało mi się, że za szybko, jeżeli miałby odliczać sekundy. Ale ostatecznie znajdowałem się w amerykańskim budynku, a być może Amerykanie uznali, że sekundy są zbyt cholernie wolne i wpadli na pomysł zegara, w którym minuta trwa dwadzieścia sekund. W ten sposób, powiedzieli sobie: mamy więcej cholernych godzin w cholernym dniu niż ci pedziowaci Angole.

— Czy posiada pan jakieś informacje, panie Barnes? — zapytałem z uporem.

Ale on nie zamierzał się nigdzie spieszyć.

— Jak miałbym wejść w posiadanie takich informacji, panie Solomon? To pan ma kontakt z ludźmi w terenie. Ja tylko słyszę to, co mi mówi ONeal.

— W takim razie — powiedziałem — zastanawiam się, czy faktycznie tak jest.

— Naprawdę?

Coś było nie tak. Nie miałem najmniejszego pojęcia, o co może chodzić, ale coś tu było wyjątkowo nie tak.

— Pomijając tę kwestię, panie Barnes — kontynuowałem — załóżmy, że ministerstwo ma w tym momencie drobne braki kadrowe. Grypa szaleje. Letnie urlopy. Załóżmy, że w związku z tymi okolicznościami nasi ludzie chwilowo stracili z pola widzenia tych dwoje.

Barnes wyłamał sobie place i pochylił się nad biurkiem.

— No cóż, nie rozumiem, jak mogło do tego dojść, panie Solomon.

— Nie mówię, że tak się stało — sprostowałem. — Przedstawiam to jako swego rodzaju hipotezę.

— Tak czy inaczej nie zgadzam się z pańskim założeniem. Wydaje mi się, że jeżeli już, to macie nadmiar ludzi.

— Przykro mi, ale nie rozumiem.

— Odnoszę wrażenie, że macie mnóstwo ludzi, który tylko kręcą się w kółko.

Zegar tykał.

— Co pan przez to dokładnie rozumie?

— Rozumiem dokładnie to, że jeżeli wasz wydział może sobie pozwolić na zatrudnienie dwóch Davidów Solomonów do wykonania tej samej roboty, to dysponujecie budżetem, którym sam bym nie pogardził.

Oj!

Wstał i zaczął chodzić dookoła biurka. Nie żeby zrobić groźne wrażenie — po prostu rozprostowywał nogi.

— A może macie ich więcej? Może macie całą dywizję Davidów Solomonów. Zgadłem? — przerwał. — Połączyłem się z ONealem. David Solomon leci właśnie samolotem do Pragi, a ONeal wydaje się przekonany, że to jedyny David Solomon, jaki dla niego pracuje. A zatem może wy, Davidowie Solomonowie, dzielicie się jedną pensją.

Podszedł do drzwi i je otworzył.

— Mike, wezwij tu drużynę E. Natychmiast.

Odwrócił się i oparł o framugę, wpatrując się we mnie ze skrzyżowanymi ramionami.

— Ma pan około czterdziestu sekund.

— No dobrze — powiedziałem. — Nie nazywam się Solomon.

Drużyna E składała się z dwóch Carlów rozlokowanych po obu stronach mojego krzesła. Mike zajął miejsce przy drzwiach, a Barnes wrócił za biurko. Odgrywałem przybitego frajera.

— Nazywam się Glass. Terence Glass — starałem się, aby zabrzmiało to możliwie zwyczajnie. Na tyle nieciekawie, aby nikomu nie przyszło do głowy, że mogę zmyślać. — Prowadzę galerię sztuki na Cork Street. — Sięgnąłem do górnej kieszeni marynarki i wyjąłem wizytówkę, którą wręczyła mi tam elegancka blondynka. Podałem ją Barnesowi. — Proszę. Ostatnia. A tak w ogóle, to Sara dla mnie pracuje. To znaczy pracowała — westchnąłem i osunąłem się trochę na krześle. Człowiek, który zaryzykował wszystko i przegrał. — W ostatnich tygodniach zachowywała się… Sam nie wiem. Wydawała się zaniepokojona. Wręcz przestraszona. Zaczęła opowiadać dziwne rzeczy. Pewnego dnia po prostu nie pojawiła się w pracy. Zniknęła. Zadzwoniłem w kilka miejsc. Nic. Kilkakrotnie próbowałem dodzwonić się do jej ojca, ale wygląda na to, że i on zniknął. Przejrzałem rzeczy na jej biurku, jakieś drobiazgi, i znalazłem teczkę z dokumentami.

Barnes, słysząc ostatnie zdanie, odrobinę zesztywniał, więc pomyślałem, że spróbuję wzbudzić w nim jeszcze większe napięcie.

— Projekt Absolwent. Taki tytuł na okładce. Na początku sądziłem, że to coś z historii sztuki, ale okazało się inaczej. Szczerze mówiąc, nie bardzo zrozumiałem, o co w tym chodzi. Biznes. Produkcja przemysłowa czy coś w tym stylu. Porobiła notatki. Pojawiło się nazwisko Solomon. I pańskie. Ambasada Amerykańska. Ja… Mogę być z panem szczery?

Barnes wbił we mnie wzrok. Na jego twarzy nie był niczego poza bliznami i zmarszczkami.

— Niech pan jej tego nie mówi — powiedziałem. — To znaczy ona tego nie wie, ale… zakochałem się w niej. Kilka miesięcy temu. Dlatego właśnie dałem jej tę pracę. Nie potrzebowałem nikogo do galerii, ale chciałem być blisko niej. O niczym innym nie potrafiłem myśleć. Wiem, że to brzmi nieprzekonująco, ale… zna ją pan? Chodzi mi o to, czy pan ją widział?

Barnes nie odpowiedział. Obracał między palcami wizytówkę, po czym podniósł wzrok na Mike'a i uniósł brew. Domyśliłem się, że Mike musiał pracowicie spędzić ostatnie chwile.

— Glass — odezwał się. — Sprawdzone.

Barnes cmokał przez chwilę z niezadowoleniem, po czym wyjrzał przez okno. Pomijając zegar, w pokoju panowała zdumiewająca cisza. Żadnych telefonów, maszyn do pisania, ruchu ulicznego. Okna musiały mieć założone poczwórne szyby.

— ONeal?

Sprawiałem wrażenie jak najbardziej przygnębionego.

— Co z nim?

— Skąd pan wziął informacje na temat ONeala?

— Z teczki — wzruszyłem ramionami. — Jak mówiłem, czytałem jej dokumenty. Chciałem wiedzieć, co się z nią stało.

— Miał pan jakiś powód, żeby mi tego nie powiedzieć od razu na wstępie? Po co ta cała maskarada?

Zaśmiałem się i zerknąłem na Carlów.

— Niełatwo się z panem spotkać, panie Barnes. Od kilku dni próbowałem porozmawiać z panem przez telefon. Cały czas przełączali mnie do sekcji wizowej. Widocznie uznali, iż staram się załatwić Zieloną Kartę. Poślubiając Amerykankę.

Zapadło długie milczenie.

Była to naprawdę jedna z najgłupszych historyjek, jakie kiedykolwiek opowiedziałem, ale musiałem postawić — dużą sumę, trzeba przyznać — na machismo Barnesa. Uznałem go za aroganckiego człowieka, uwięzionego w obcym kraju i miałem nadzieję, że uważa każdego, z kim się zadaje, za równie głupiego jak moja historyjka. Jeżeli nie głupszego.

— Próbował pan tego samego z ONealem?

— W Ministerstwie Obrony powiedziano mi, że nie pracuje tam nikt o takim nazwisku i że powinienem raczej zgłosić zaginięcie osoby w swoim komisariacie policji.

— I zrobił pan to?

— Próbowałem.

— Na którym komisariacie?

— Bayswater.

Wiedziałem, że tego nie sprawdzą. Chciał się tylko przekonać, jak szybko odpowiem.

— Policja kazała mi zaczekać kilka tygodni. Uznali chyba, że mogła sobie znaleźć innego kochanka.

Byłem zadowolony z tego fragmentu. Wiedziałem, że zainteresuje się tym wątkiem.

— „Innego” kochanka?

— No cóż… — starałem się oblać rumieńcem. — No dobrze. Kochanka.

Barnes przygryzł wargę. Wyglądałem tak żałośnie, że nie miał wyboru i musiał mi uwierzyć. Ja sam bym sobie uwierzył, a trudno mnie zadowolić.

Podjął decyzję.

— Gdzie znajdują się te dokumenty?

Podniosłem wzrok, zaskoczony, że ktoś mógł się nimi w ogóle zainteresować.

— Wciąż mam je w galerii. A co?

— Wygląd?

— No to jest właściwie taka… galeria. Ze sztuką.

Barnes wziął głęboki oddech. Naprawdę nie mógł ścierpieć, że musi się ze mną zadawać.

1 ... 28 29 30 31 32 33 34 35 36 ... 87
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)