Sprzedawca broni [The Gun Seller - pl]
- Автор: Лори Хью
- Год: 2009
- Язык: польский
- Год: Albatros
- ISBN: 978-83-06-03097-1
- Переводчик: Jacek Konieczny
- Жанр: Шпионские детективы
Электронная книга - «Sprzedawca broni [The Gun Seller - pl]». Краткое содержание книги:
W oddali tykał zegar. Dość szybko. Wydawało mi się, że za szybko, jeżeli miałby odliczać sekundy. Ale ostatecznie znajdowałem się w amerykańskim budynku, a być może Amerykanie uznali, że sekundy są zbyt cholernie wolne i wpadli na pomysł zegara, w którym minuta trwa dwadzieścia sekund. W ten sposób, powiedzieli sobie: mamy więcej cholernych godzin w cholernym dniu niż ci pedziowaci Angole.
— Czy posiada pan jakieś informacje, panie Barnes? — zapytałem z uporem.
Ale on nie zamierzał się nigdzie spieszyć.
— Jak miałbym wejść w posiadanie takich informacji, panie Solomon? To pan ma kontakt z ludźmi w terenie. Ja tylko słyszę to, co mi mówi ONeal.
— W takim razie — powiedziałem — zastanawiam się, czy faktycznie tak jest.
— Naprawdę?
Coś było nie tak. Nie miałem najmniejszego pojęcia, o co może chodzić, ale coś tu było wyjątkowo nie tak.
— Pomijając tę kwestię, panie Barnes — kontynuowałem — załóżmy, że ministerstwo ma w tym momencie drobne braki kadrowe. Grypa szaleje. Letnie urlopy. Załóżmy, że w związku z tymi okolicznościami nasi ludzie chwilowo stracili z pola widzenia tych dwoje.
Barnes wyłamał sobie place i pochylił się nad biurkiem.
— No cóż, nie rozumiem, jak mogło do tego dojść, panie Solomon.
— Nie mówię, że tak się stało — sprostowałem. — Przedstawiam to jako swego rodzaju hipotezę.
— Tak czy inaczej nie zgadzam się z pańskim założeniem. Wydaje mi się, że jeżeli już, to macie nadmiar ludzi.
— Przykro mi, ale nie rozumiem.
— Odnoszę wrażenie, że macie mnóstwo ludzi, który tylko kręcą się w kółko.
Zegar tykał.
— Co pan przez to dokładnie rozumie?
— Rozumiem dokładnie to, że jeżeli wasz wydział może sobie pozwolić na zatrudnienie dwóch Davidów Solomonów do wykonania tej samej roboty, to dysponujecie budżetem, którym sam bym nie pogardził.
Oj!
Wstał i zaczął chodzić dookoła biurka. Nie żeby zrobić groźne wrażenie — po prostu rozprostowywał nogi.
— A może macie ich więcej? Może macie całą dywizję Davidów Solomonów. Zgadłem? — przerwał. — Połączyłem się z ONealem. David Solomon leci właśnie samolotem do Pragi, a ONeal wydaje się przekonany, że to jedyny David Solomon, jaki dla niego pracuje. A zatem może wy, Davidowie Solomonowie, dzielicie się jedną pensją.
Podszedł do drzwi i je otworzył.
— Mike, wezwij tu drużynę E. Natychmiast.
Odwrócił się i oparł o framugę, wpatrując się we mnie ze skrzyżowanymi ramionami.
— Ma pan około czterdziestu sekund.
— No dobrze — powiedziałem. — Nie nazywam się Solomon.
Drużyna E składała się z dwóch Carlów rozlokowanych po obu stronach mojego krzesła. Mike zajął miejsce przy drzwiach, a Barnes wrócił za biurko. Odgrywałem przybitego frajera.
— Nazywam się Glass. Terence Glass — starałem się, aby zabrzmiało to możliwie zwyczajnie. Na tyle nieciekawie, aby nikomu nie przyszło do głowy, że mogę zmyślać. — Prowadzę galerię sztuki na Cork Street. — Sięgnąłem do górnej kieszeni marynarki i wyjąłem wizytówkę, którą wręczyła mi tam elegancka blondynka. Podałem ją Barnesowi. — Proszę. Ostatnia. A tak w ogóle, to Sara dla mnie pracuje. To znaczy pracowała — westchnąłem i osunąłem się trochę na krześle. Człowiek, który zaryzykował wszystko i przegrał. — W ostatnich tygodniach zachowywała się… Sam nie wiem. Wydawała się zaniepokojona. Wręcz przestraszona. Zaczęła opowiadać dziwne rzeczy. Pewnego dnia po prostu nie pojawiła się w pracy. Zniknęła. Zadzwoniłem w kilka miejsc. Nic. Kilkakrotnie próbowałem dodzwonić się do jej ojca, ale wygląda na to, że i on zniknął. Przejrzałem rzeczy na jej biurku, jakieś drobiazgi, i znalazłem teczkę z dokumentami.
Barnes, słysząc ostatnie zdanie, odrobinę zesztywniał, więc pomyślałem, że spróbuję wzbudzić w nim jeszcze większe napięcie.
— Projekt Absolwent. Taki tytuł na okładce. Na początku sądziłem, że to coś z historii sztuki, ale okazało się inaczej. Szczerze mówiąc, nie bardzo zrozumiałem, o co w tym chodzi. Biznes. Produkcja przemysłowa czy coś w tym stylu. Porobiła notatki. Pojawiło się nazwisko Solomon. I pańskie. Ambasada Amerykańska. Ja… Mogę być z panem szczery?
Barnes wbił we mnie wzrok. Na jego twarzy nie był niczego poza bliznami i zmarszczkami.
— Niech pan jej tego nie mówi — powiedziałem. — To znaczy ona tego nie wie, ale… zakochałem się w niej. Kilka miesięcy temu. Dlatego właśnie dałem jej tę pracę. Nie potrzebowałem nikogo do galerii, ale chciałem być blisko niej. O niczym innym nie potrafiłem myśleć. Wiem, że to brzmi nieprzekonująco, ale… zna ją pan? Chodzi mi o to, czy pan ją widział?
Barnes nie odpowiedział. Obracał między palcami wizytówkę, po czym podniósł wzrok na Mike'a i uniósł brew. Domyśliłem się, że Mike musiał pracowicie spędzić ostatnie chwile.
— Glass — odezwał się. — Sprawdzone.
Barnes cmokał przez chwilę z niezadowoleniem, po czym wyjrzał przez okno. Pomijając zegar, w pokoju panowała zdumiewająca cisza. Żadnych telefonów, maszyn do pisania, ruchu ulicznego. Okna musiały mieć założone poczwórne szyby.
— ONeal?
Sprawiałem wrażenie jak najbardziej przygnębionego.
— Co z nim?
— Skąd pan wziął informacje na temat ONeala?
— Z teczki — wzruszyłem ramionami. — Jak mówiłem, czytałem jej dokumenty. Chciałem wiedzieć, co się z nią stało.
— Miał pan jakiś powód, żeby mi tego nie powiedzieć od razu na wstępie? Po co ta cała maskarada?
Zaśmiałem się i zerknąłem na Carlów.
— Niełatwo się z panem spotkać, panie Barnes. Od kilku dni próbowałem porozmawiać z panem przez telefon. Cały czas przełączali mnie do sekcji wizowej. Widocznie uznali, iż staram się załatwić Zieloną Kartę. Poślubiając Amerykankę.
Zapadło długie milczenie.
Była to naprawdę jedna z najgłupszych historyjek, jakie kiedykolwiek opowiedziałem, ale musiałem postawić — dużą sumę, trzeba przyznać — na machismo Barnesa. Uznałem go za aroganckiego człowieka, uwięzionego w obcym kraju i miałem nadzieję, że uważa każdego, z kim się zadaje, za równie głupiego jak moja historyjka. Jeżeli nie głupszego.
— Próbował pan tego samego z ONealem?
— W Ministerstwie Obrony powiedziano mi, że nie pracuje tam nikt o takim nazwisku i że powinienem raczej zgłosić zaginięcie osoby w swoim komisariacie policji.
— I zrobił pan to?
— Próbowałem.
— Na którym komisariacie?
— Bayswater.
Wiedziałem, że tego nie sprawdzą. Chciał się tylko przekonać, jak szybko odpowiem.
— Policja kazała mi zaczekać kilka tygodni. Uznali chyba, że mogła sobie znaleźć innego kochanka.
Byłem zadowolony z tego fragmentu. Wiedziałem, że zainteresuje się tym wątkiem.
— „Innego” kochanka?
— No cóż… — starałem się oblać rumieńcem. — No dobrze. Kochanka.
Barnes przygryzł wargę. Wyglądałem tak żałośnie, że nie miał wyboru i musiał mi uwierzyć. Ja sam bym sobie uwierzył, a trudno mnie zadowolić.
Podjął decyzję.
— Gdzie znajdują się te dokumenty?
Podniosłem wzrok, zaskoczony, że ktoś mógł się nimi w ogóle zainteresować.
— Wciąż mam je w galerii. A co?
— Wygląd?
— No to jest właściwie taka… galeria. Ze sztuką.
Barnes wziął głęboki oddech. Naprawdę nie mógł ścierpieć, że musi się ze mną zadawać.