Sprzedawca broni [The Gun Seller - pl]
- Автор: Лори Хью
- Год: 2009
- Язык: польский
- Год: Albatros
- ISBN: 978-83-06-03097-1
- Переводчик: Jacek Konieczny
- Жанр: Шпионские детективы
Электронная книга - «Sprzedawca broni [The Gun Seller - pl]». Краткое содержание книги:
Dziesięć po siódmej ONeal wyłonił się z głównego wejścia do ministerstwa. Skinął głową strażnikowi, który go zignorował, po czym wkroczył w półmrok na Whitehall. Niósł teczkę, co było dziwne — jedynym, z czym pozwolono by mu opuścić budynek, mogło być kilka kartek papieru toaletowego — ale być może należał do grupy dziwaków, którzy używają teczki jako rekwizytu. Sam nie wiem.
Pozwoliłem mu odejść kilkaset metrów od ministerstwa, po czym ruszyłem jego śladem. Musiałem się ostro namęczyć, aby utrzymywać spokojne tempo, ponieważ ONeal szedł dziwnie wolnym krokiem. Można by pomyśleć, że korzystał z dobrej pogody, gdyby tego wieczoru było z czego korzystać.
Dopiero kiedy minął ulicę The Mail i przyspieszył, zorientowałem się, że paradował; grał rolę tygrysa grasującego po Whitehall, pana i władcy wszystkich ludzi, przeciwko którym prowadził dochodzenie, człowieka wtajemniczonego w największe tajemnice państwowe, z których każda pozrywałaby skarpetki z nóg przeciętnego turysty, gdyby tylko ją poznał. Kiedy wyszedł z dżungli i wkroczył na sawannę, wysiłek przestał być warty zachodu, więc ruszył normalnym krokiem. ONeal był człowiekiem, któremu można by współczuć, gdyby tylko miało się na to czas.
Nie wiem dlaczego, ale spodziewałem się, że pójdzie prosto do domu. Wyobraziłem sobie mieszkanie w zabudowie szeregowej w Putney, gdzie cierpiąca w milczeniu żona poda mu sherry i pieczonego dorsza, a następnie zabierze się do prasowania jego koszul, podczas gdy on będzie oglądał wiadomości w telewizji, kręcąc głową, jakby każde słowo spikera miało dla niego dodatkowe, mroczniejsze znaczenie. Zamiast tego przyspieszył kroku, minął Instytut Sztuki Współczesnej i wszedł do Travellers Club na ulicy Pall Mail.
Nie miało sensu, abym próbował się tam dostać. Obserwowałem przez szklane drzwi, jak prosi portiera o sprawdzenie jego przegródki, która okazała się pusta, a kiedy następnie wyswobodził się z płaszcza i udał się do baru, uznałem, że mogę go tam bezpiecznie na chwilę zostawić.
Kupiłem frytki i hamburgera na straganie przy Haymarket i wałęsałem się przez jakiś czas, obserwując ludzi w jaskrawych koszulach zdążających tam leniwym krokiem, aby zobaczyć musicale, które grano nieprzerwanie odkąd się urodziłem. Czułem narastające przygnębienie i kiedy tak szedłem ze zwieszonymi ramionami, nagle wstrząsnęła mną myśl, że zachowuję się dokładnie tak samo, jak ONeal — patrzę na bliźnich ze zmęczonym, cynicznym nastawieniem: „Wy biedni durnie, gdybyście tylko wiedzieli”. Wziąłem się w garść i wyrzuciłem hamburgera do kosza.
Wyszedł z klubu o wpół do dziewiątej i przeszedł przez Haymarket na Piccadilly Tam wszedł w Shaftesbury Avenue, skręcił w lewo w Soho, gdzie gwar widzów zmierzających do teatru ustąpił bardziej basowemu dudnieniu wydobywającemu się z ekskluzywnych barów i klubów striptizowych. Kiedy je mijałem, wielkie wąsiska ze zwisającymi z tyłu mężczyznami nagabywały mnie, szepcząc coś na temat „pokazów erotycznych”.
ONeal był również nagabywany przez odźwiernych, ale wydawał się pewnie zmierzać do jakiegoś celu i ani razu nie zwrócił na nich uwagi. Wykonał kilka zwodów w prawo i w lewo, nie oglądając się za siebie, aż dotarł do swojej oazy The Shala. Wszedł prosto do środka.
Doszedłem do końca ulicy, pokręciłem się tam przez chwilę, po czym ruszyłem z powrotem, aby ponapawać się intrygującym widokiem fasady The Shala. Słowa: „live”, „dziewczyny”, „erotyczny”, „taniec” i „sexy”, namalowano dookoła drzwi w przypadkowej kolejności, jakby zachęcając ludzi, aby sami ułożyli z nich zdanie. W szklanej gablocie znajdowało się sześć wyblakłych fotek z kobietami w bieliźnie. Dziewczyna w obcisłej skórzanej kurtce sterczała w drzwiach; uśmiechnąłem się do niej w sposób, który mówił, że przyjechałem z Norwegii i, owszem, The Shala wygląda na idealne miejsce, gdzie można odpocząć po ciężkim dniu spędzonym na byciu Norwegiem. Równie dobrze mógłbym wrzasnąć, że wchodzę do środka z miotaczem ognia, ale wątpię, czy mrugnęłaby nawet powieką. Albo czy mogłaby mrugnąć powieką, uginającą się pod ciężarem ogromnej ilości tuszu.
Zapłaciłem piętnaście funtów i wypełniłem deklarację członkowską na nazwisko Lars Petersen, opiekun policji obyczajowej, Scotland Yard, po czym zbiegłem truchtem po schodach do piwnicy, aby zobaczyć, jak bardzo live, sexy, erotyczna, tańcząca i dziewczęca jest tak naprawdę The Shala.
Była to żałosna spelunka. Bardzo, bardzo żałosna spelunka. Właściciele już dawno temu uznali, że przygaszenie świateł jest tanią alternatywą dla wynajęcia sprzątaczki, przez co miałem nieustanne poczucie, że płytki wykładzinowe odchodzą od podłogi razem z podeszwami butów. Wokół małego podestu, na którym trzy dziewczyny o szklistych spojrzeniach podskakiwały w rytm głośnej muzyki, ustawiono około dwudziestu stolików. Sufit wisiał tak nisko, że najwyższa z nich musiała tańczyć przygarbiona, ale o dziwo, biorąc pod uwagę fakt, iż wszystkie były nagie, a jako podkład puszczono Bee Gees, radziły sobie z tą sytuacją ze sporą godnością.
ONeal zajmował stolik tuż przy podeście i wydawało się, że przypadła mu do serca dziewczyna po lewej stronie, stworzenie o ziemistej cerze, któremu na moje oko przydałby się duży stek i cynaderki zapiekane w cieście oraz cała noc snu. Dziewczyna tańczyła ze wzrokiem utkwionym w ścianie po drugiej stronie sali i w ogóle się nie uśmiechała.
— Coś do picia?
Mężczyzna z szyją pokrytą czyrakami nachylił się do mnie przez bar.
— Poproszę whisky — powiedziałem i odwróciłem się w kierunku sceny.
— Pięć funtów.
Spojrzałem na niego.
— Słucham?
— Pięć funtów za whisky. Z góry.
— Nie zamierzam płacić z góry. Nalej mi whisky. Wtedy zapłacę.
— Zapłać teraz.
— Wsadź sobie najpierw grabie w dupę.
Uśmiechnąłem się pojednawczo. Przyniósł mi whisky. Zapłaciłem mu pięć funtów.
Po dziesięciu minutach spędzonych przy barze uznałem, że ONeal przyszedł tylko pooglądać show i nic poza tym. Nie spoglądał na zegarek ani na drzwi i pił gin z dostatecznym zaangażowaniem, aby przekonać mnie, że z całą pewnością zakończył dzień pracy. Dopiłem whisky i podszedłem do jego stolika.
— Tylko mi nie mów, że ona jest twoją siostrzenicą i robi to tylko po to, aby dostać legitymację członka związku zawodowego aktorów i przystąpić do Royal Shakespeare Company.
ONeal odwrócił się i obserwował, jak odsuwam krzesło i siadam.
— Cześć — rzuciłem.
— Co ty tu robisz? — zapytał z rozdrażnieniem. Myślę, że mógł być trochę zakłopotany.
— Chwileczkę — powiedziałem. — Niewątpliwie powinniśmy zacząć inaczej. Ty powinieneś powiedzieć „Cześć”, a ja „Co ty tu robisz?”
— Gdzie ty się, u diabla, podziewałeś, Lang?
— Ach, tu i tam — odparłem. — Jak wiesz, jestem tylko płatkiem niesionym przez jesienny wiatr. Taką charakterystykę powinieneś znaleźć w moich aktach.
— Śledziłeś mnie.
— E tam, od razu śledziłem. To takie brzydkie słowo. Wolę „szantaż”.
— Co?
— Ale ono z kolei oznacza oczywiście coś zupełnie innego. A więc dobrze, powiedzmy, że cię śledziłem.
Zaczął się rozglądać po sali, próbując ustalić, czy przyprowadziłem ze sobą jakichś dużych przyjaciół. A może szukał swoich dużych przyjaciół. Nachylił się i syknął: