Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Шпионские детективы » Sprzedawca broni [The Gun Seller - pl]
Sprzedawca broni [The Gun Seller - pl] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Sprzedawca broni [The Gun Seller - pl]

Электронная книга - «Sprzedawca broni [The Gun Seller - pl]». Краткое содержание книги:

Podczas wycieczki do Amsterdamu Thomas Lang dostaje propozycję zabójstwa Amerykanina, której nie przyjmuje. Po wielu przemyśleniach postanawia uprzedzić swoją niedoszłą ofiarę Woolfa. Ciąg nieprzypadkowych zdarzeń uzależnia go od Woolfa i jego córki Sary. Ich celem jest uniknięcie amerykańskiego planu ataku terrorystycznego, który miałby zmusić rząd do kupienia nowoczesnych helikopterów (projekt Absolwent). Thomas przez cały czas wmawia sobie, że nic nie czuje do dziewczyny, lecz gotowy jest zrobić dla niej wszystko. W pewnym momencie mężczyźni trafiają w pułapkę, Woolf zostaje zabity. Ranny Lang próbuje odnaleźć Sarę, pomoc w poszukiwaniach oferuje Ronnie — jej koleżanka z pracy. Thomas udaje się do ambasadora USA w Wielkiej Brytanii i uświadamia sobie jak zawiła i tajemnicza jest to sprawa. W ostateczności zostaje zmuszony to przygotowania tego ataku, inaczej Sara zginie.
1 ... 29 30 31 32 33 34 35 36 37 ... 87
Перейти на страницу:

— Jak wygląda teczka z dokumentami?

— Jak każda teczka. Tekturowa…

— Jezus Maria! — mruknął Barnes. — Jakiego jest koloru? Zastanawiałem się przez chwilę.

— Myślę, że żółta. Tak. Żółta.

— Mike. Siodłaj konia.

— Chwileczkę… — chciałem się podnieść, ale jeden z Carlów oparł się na moim ramieniu, więc postanowiłem usiąść. — Co pan robi?

Barnes zabrał się już w powrotem za papierkową robotę. Nie podniósł wzroku.

— Będzie pan towarzyszył Lucasowi do siedziby swojej firmy i przekaże mu teczkę. Zrozumiano?

— A dlaczego u licha miałbym to zrobić? — Nie wiedziałem, jak powinien zachować się właściciel galerii, ale zdecydowałem się okazać rozdrażnienie. — Przychodzę do pana, żeby się dowiedzieć, co stało się z jedną z moich pracownic, a nie żeby wściubiał pan swój nos w moją prywatną własność.

Wyglądało, jakby nagle zerknął na dół strony i zobaczył, że ostatnim punktem porządku dziennego jest: „Pokazać wszystkim, jaki ze mnie kawał twardziela” — mimo że Mike zdążył już wyjść, a Carlowie wycofywali się ku drzwiom.

— Posłuchaj mnie uważnie, pieprzona cioto — powiedział. Szczerze mówiąc, uważam, że przesadził. Carlowie posłusznie zatrzymali się, by podziwiać pokaz testosteronu. — Dwie sprawy. Pierwsza. Dopóki nie zobaczymy teczki, nie wiemy, czy to jest twoja prywatna własność, czy nasza. Druga. Im uważniej będziesz robić to, co ci, kurwa, mówię, że masz robić, tym większa szansa, że zobaczysz jeszcze tę postrzeloną sukę. Czy wyraziłem się jasno?

Mike był bardzo sympatycznym chłopakiem. Dobiegał trzydziestki, skończył prestiżowy uniwersytet i miał umysł ostry jak brzytwa. Widać było, że nie czuje się dobrze w swojej roli, czym zaskarbił sobie u mnie jeszcze większą sympatię.

Jechaliśmy przez Park Linę jasnoniebieskim lincolnem diplomatem, wybranym z trzydziestu identycznych samochodów stojących na parkingu przy ambasadzie. Wydawało mi się odrobinę zbyt oczywiste, że dyplomaci korzystają z samochodu, który nazywa się Diplomat, ale uznałem, że może Amerykanie lubią tego rodzaju wskazówki. O ile mi wiadomo, przeciętny amerykański agent ubezpieczeniowy jeździ czymś, co nazywa się Chevrolet Insurance Salesman. Podejrzewam, że tym sposobem człowiek ma w życiu jedną decyzję mniej do podjęcia.

Siedziałem z tyłu, bawiąc się popielniczkami, podczas gdy ubrany po cywilnemu Carl zajmował miejsce z przodu obok Mike'a. Carl miał w uchu słuchawkę z kabelkiem znikającym pod koszulą. Bóg jeden raczy wiedzieć, gdzie prowadził.

— Miły człowiek z pana Barnesa — odezwałem się w końcu.

Mike spojrzał na mnie w lusterku wstecznym. Carl obrócił głowę o jakieś trzy centymetry i, sądząc po grubości karku, mniej więcej na tyle mógł sobie pozwolić. Miałem ochotę przeprosić go za ograniczenie czasu, jaki normalnie poświęcał na podnoszenie ciężarów.

— Dobry w tym, co robi, powiedziałbym. Pan Barnes. Kompetentny.

Mike zerknął z ukosa na Carla, zastanawiając się, czy odpowiedzieć.

— Pan Barnes to rzeczywiście niezwykły człowiek.

Podejrzewam, że Mike nienawidził Barnesa. Jestem prawie pewien, że ja bym go nienawidził, gdybym dla niego pracował. Ale Mike jako miły i honorowy profesjonalista bardzo starał się pozostać lojalny. Uznałem, że nie zachowałbym się fair, gdybym starał się wyciągnąć od niego coś więcej w obecności Carla. Wróciłem do majstrowania przy elektrycznie otwieranych szybach.

Samochód zasadniczo nie był odpowiednio przygotowany do zadania, jakie miał spełniać — zwykłe zamki w tylnych drzwiach umożliwiały mi wyskoczenie w dowolnym momencie na światłach. Ale nie zrobiłem tego, a nawet nie chciałem tego robić. Nie wiem czemu, ale niespodziewanie wpadłem w wyjątkowo radosny nastrój.

— Niezwykły, zgadza się — powiedziałem. — Tego słowa właśnie bym użył. Właściwie nie, to słowo, którego ty byś użył, ale nie masz chyba nic przeciwko, żebym i ja go użył?

Naprawdę dobrze się bawiłem. Nieczęsto mi się to zdarza.

Skręciliśmy w Piccadilly, a później skierowaliśmy się ku Cork Street. Mike spuścił osłonę przeciwsłoneczną, za którą zatknął wcześniej wizytówkę Glassa i odczytał numer domu. Odetchnąłem z ulgą, że mnie o niego nie zapytał.

Zatrzymaliśmy się przed numerem czterdziestym ósmym. Carl otworzył drzwi i wysiadł z samochodu, jeszcze zanim zupełnie się zatrzymaliśmy. Nagłym szarpnięciem otworzył tylne drzwi i przeczesywał wzrokiem ulicę, kiedy wysiadałem. Czułem się jak prezydent.

— Czterdzieści osiem, zgadza się? — zapytał Mike.

— Zgadza się — potwierdziłem.

Nacisnąłem dzwonek i czekaliśmy. Po kilku chwilach pojawił się niewysoki, elegancko wyglądający chłopak i zabrał się do otwierania zasuwek i zamków w drzwiach.

— Witam panów — powiedział. Wyjątkowo gardłowy Kłos.

— Dzień dobry, Vince. Jak noga? — odparłem, wchodząc do galerii.

Elegancik był zbyt angielski, aby zapytać, kim jest Vince, o jaką nogę chodzi, a poza tym, o czym ty w ogóle mówisz? Zamiast tego odsunął się z uprzejmym uśmiechem i wpuścił Mike'a i Carla do środka.

Całą czwórką przeszliśmy na środek sklepu i zlustrowaliśmy wzrokiem wiszące na ścianach bohomazy. Wyglądały naprawdę paskudnie. Byłbym zdumiony, gdyby udawało mu się sprzedać choć jeden w ciągu roku.

— Jeżeli coś ci się spodoba, mogę dać dziesięć procent zniżki — powiedziałem do Carla, który mrugał powoli.

Atrakcyjna blondynka, tym razem w prześlicznej koszuli, wyszła z zaplecza i rozpromieniła się w uśmiechu. Następnie zauważyła mnie i jej dobrze ukształtowana szczęka opadła na jeszcze lepiej ukształtowane piersi.

— Kim pan jest? — Mike zwrócił się do elegancika. Carl gapił się na obrazy.

— Jestem Terence Glass — odparł elegancik.

Cóż to była za wspaniała chwila. Zapamiętam ją do końca życia. Staliśmy tam w piątkę, ale tylko Glassowi i mnie udało się powstrzymać od rozdziawienia ust. Pierwszy przemówił Mike.

— Chwileczkę — powiedział. — Ty jesteś Glass.

Odwrócił się w moim kierunku z wyrazem desperacji na twarzy. Czterdziestoletnia kariera z planem emerytalnym i wielokrotnym przydziałem na Seszelach zaczęła mu się szybko przesuwać przed oczami.

— Przykro mi — westchnąłem — ale to niezupełnie prawda.

Spojrzałem na podłogę, ale nie dostrzegłem nigdzie plamy krwi. Glass bardzo szybko potraktował ją środkami czyszczącymi lub jego wniosek o zwrot kosztów był nieuzasadniony.

— Czy coś się stało, panowie? — Glass wyczuł nieprzyjemną atmosferę. Nie dość, że nie byliśmy saudyjskimi książętami, to jeszcze nie wyglądaliśmy w ogóle na klientów.

— Jesteś… zabójcą. Człowiekiem, który… — blondynka z trudem wypowiadała słowa.

— Ja również się cieszę, że cię widzę — powiedziałem.

— Jezu Chryste! — mruknął Mike i odwrócił się w kierunku Carla, który odwrócił się w moim kierunku.

Był z niego wielki chłop.

— No cóż, przepraszam za to małe nieporozumienie — powiedziałem. — Ale może byście tak sobie poszli?

Carl ruszył w moim kierunku. Mike złapał go za ramię, po czym spojrzał na mnie z grymasem na twarzy.

— Chwileczkę. Jeżeli ty nie jesteś… Zdajesz sobie sprawę, co zrobiłeś? — myślę, że naprawdę nie wiedział, co powiedzieć. — o Jezu!

Zwróciłem się do Glassa i blondynki.

— Wiem, że musi was choć trochę zastanawiać, o co chodzi. Chciałbym rozproszyć wasze obawy. Nie jestem tym, za kogo mnie macie. Nie jestem również tym, za kogo oni mnie mają. Ty — wycelowałem palec w Glassa — jesteś tym, za kogo oni mnie mają, a ty — w blondynkę — jesteś osobą, z którą chciałbym porozmawiać, kiedy oni już sobie pójdą. Wszystko jasne?

1 ... 29 30 31 32 33 34 35 36 37 ... 87
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)