Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Другие детективы » Raport “Pelikana” [The Pelican Brief-pl]
Raport “Pelikana” [The Pelican Brief-pl] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Raport “Pelikana” [The Pelican Brief-pl]

Электронная книга - «Raport “Pelikana” [The Pelican Brief-pl]». Краткое содержание книги:

Zabójstwa sędziów Sądu Najwyższego. FBI i CIA są bezradne. Śledztwo stoi w miejscu. Na trop sprawców wpada studentka prawa. Swoje podejrzenia przedstawia w specjalnym raporcie. I staje się celem płatnych morderców i służb specjalnych.
1 ... 28 29 30 31 32 33 34 35 36 ... 97
Перейти на страницу:

– Czy… Thomas cierpiał?

– Nie… sądzę – powiedziała po chwili łamiącym się głosem.

– Zadzwoń do mnie za dwie godziny, dobrze? Do biura. Podam ci numer wewnętrzny.

– Pomyślę o tym.

– Błagam, Darby. Pójdę z tym prosto do dyrektora. Zadzwoń o ósmej twojego czasu.

– Podaj mi ten numer.

Bomba wybuchła za późno, by wiadomość o zamachu mogła ukazać się w porannym wydaniu “Times-Picayune”. Darby przerzucała strony gazety, siedząc w hotelowym pokoju. Nic. Włączyła telewizor. Trafiła! Pokazywali na żywo zdjęcia z miejsca eksplozji: wypalone porsche leżące na dachu pośród szczątków innych aut; parking otoczony porządnie żółtą taśmą policyjną. Władze uważają, że był to celowy zamach na życie. Brak podejrzanych. Brak komentarzy. Ofiarą był czterdziestopięcioletni Thomas Callahan, wybitny profesor prawa z Tulane. Na ekranie pojawił się nagle dziekan przemawiający do stojących rzędem mikrofonów. Mówił o profesorze Callahanie i wstrząsie, jaki przeżywa środowisko akademickie z powodu tragedii.

Wstrząs, zmęczenie, strach, ból… Darby wtuliła głowę w poduszkę. Nie cierpiała łez i płakała po raz ostatni. Przynajmniej na jakiś czas. Rozpacz oznaczała teraz śmierć.

ROZDZIAŁ 16

Choć trafił mu się cudowny kryzys – z coraz lepszymi dla niego wynikami sondaży opinii publicznej i martwym Rosenbergiem, z nieskalanym honorem i śpiącą spokojnie Ameryką, świadomą, że on dzierży ster w rękach, z demokratami chowającymi się po kątach i pewnym zwycięstwem w przyszłorocznych wyborach – miał już tego dosyć. A zwłaszcza tych piekielnych narad przed świtem. Miał dosyć F. Dentona Voylesa z jego bezczelnością i arogancją; rzygać mu się chciało na widok jego kanciastej postaci siedzącej w pogniecionym prochowcu po drugiej stronie biurka; nie cierpiał jego twarzy i spojrzeń w okno podczas rozmów z prezydentem Stanów Zjednoczonych. Nienawidził czekać na niego, tak jak teraz. Voyles miał zjawić się za minutę na kolejną naradę przed śniadaniem. Następne pełne napięcia spotkanie, podczas którego i tak nie powie mu wszystkiego, co wie.

Miał dosyć własnej niewiedzy; był świadom, że Voyles przekazuje mu informacje wybiórczo i wedle własnego widzimisię. Gminski dorzucał ze swej strony garść informacyjnej papki, a on z tych okruszków, wycinków i skrawków musiał układać sobie obraz i udawać zadowolenie. W porównaniu z nimi był ignorantem. Na szczęście miał Coala ryjącego w papierach i dokumentach, zapamiętującego ich treść, pilnującego, by dyrektorzy nie pozwalali sobie za wiele.

Jego zresztą też miał już dosyć. Nie cierpiał jego doskonałości i obywania się bez snu. Dławił się jego błyskotliwością. Mdliło go na myśl o Coalu, który rozpoczynał dzień wraz ze słońcem wschodzącym nad Atlantykiem i planował każdą cholerną minutę każdej cholernej godziny, dopóki nad Pacyfikiem nie zapadła noc. Wtedy dopiero Coal kończył pracę, pakował do pudła śmieci z całego dnia, zabierał je do domu, czytał, odszyfrowywał zawarte w nich treści, zapamiętywał je i po kilku godzinach wracał na posterunek, strzelając na prawo i lewo śmiertelnie nudnym miszmaszem danych, które właśnie przetrawił. Kiedy był zmęczony, sypiał po pięć godzin. Zazwyczaj potrzebował jedynie trzech, góra czterech godzin snu. Wychodził ze swego biura w zachodnim skrzydle dopiero o jedenastej. Jadąc do domu, czytał w limuzynie i zanim silnik auta zdążył ostygnąć, Coal wzywał kierowcę, by zawiózł go z powrotem do Białego Domu. Uważał, że grzechem byłoby rozpoczynanie pracy później niż o piątej rano. Pracował sto dwadzieścia godzin tygodniowo i dziwił się, gdy podwładni nie potrafili wysiedzieć osiemdziesięciu. Tyle od nich wymagał. Po upływie trzech lat rządów Coala w całej administracji nie było ani jednej osoby, która pamiętałaby wszystkich, których zwolnił za to, że nie przestrzegali wymaganego pensum. Średnio w miesiącu wyrzucał na bruk trzy osoby.

Był najszczęśliwszy rankiem, gdy narastało napięcie przed jakimś nieprzyjemnym kryzysowym spotkaniem. Przez ostatni tydzień chodził uśmiechnięty – bawiła go awantura z Voylesem. Teraz stał obok biurka i przeglądał pocztę. Prezydent przerzucał strony “Posta”. W gabinecie krzątały się dwie sekretarki.

Prezydent spojrzał w końcu na szefa gabinetu, ubranego w nieskazitelny czarny garnitur, białą koszulę z czerwonym jedwabnym krawatem. Odnotował tłuste od pomady kępki włosów nad uszami. Miał dosyć Coala, ale zwalczy tę niechęć, gdy kryzys dobiegnie końca; wtedy wróci do golfa, zostawiając Fletchera z drobiazgami. Wmawiał sobie, że gdy był trzydziestosiedmiolatkiem, miał tyle samo energii i siły, choć wiedział, że to nieprawda.

Coal strzelił palcami i łypnął na sekretarki, które z radością wybiegły z Gabinetu Owalnego.

– Więc powiedział, że nie przyjdzie, dopóki ja tu jestem… Zabawne… – Coal był wyraźnie rozradowany.

– Chyba cię nie lubi – stwierdził prezydent.

– Uwielbia ludzi, którym może rozkazywać.

– Zdaje się, że będę musiał miło go potraktować.

– Niech pan będzie nieustępliwy, szefie. Musi się wycofać. Ta teoria jest tak słaba, że pusty śmiech człowieka ogarnia, ale w jego rękach może się stać niebezpieczna.

– A co z tą studentką prawa?

– Sprawdzamy ją. Wydaje się nieszkodliwa.

Prezydent wstał i przeciągnął się. Coal przekładał papiery. Sekretarka przez interkom oznajmiła o przybyciu Voylesa.

– Znikam – rzucił Coal, co oznaczało, że tym razem będzie jedynie biernym uczestnikiem rozmowy.

Na jego żądanie w Gabinecie Owalnym zainstalowano trzy ukryte kamery. Monitory znajdowały się w małym, zamykanym pomieszczeniu w zachodnim skrzydle. Jedynie Coal miał do niego klucz. Sierżant wiedział o tajnym gabineciku, ale nie zadał sobie trudu spenetrowania go. Na razie. Kamery były dobrze zamaskowane, a istnienie ich trzymano w głębokiej tajemnicy.

Prezydent czuł się pewniej, wiedząc, że Coal będzie go obserwował. Przywitał Voylesa w drzwiach serdecznym uściskiem dłoni i wskazał mu miejsce na sofie. Mieli odbyć miłą, przyjacielską pogawędkę. Na Voylesie nie zrobiło to żadnego wrażenia. Wiedział, że Coal będzie podsłuchiwał. I podpatrywał.

Uczynił jednak pewne ustępstwo na rzecz rozanielonego prezydenta: zdjął prochowiec i ułożył go porządnie na krześle. Nie chciał kawy.

Prezydent skrzyżował nogi. Był ubrany w brązowy, rozpinany sweter. Dobry wujek.

– Denton – zaczął, uderzając w poważną nutę – chciałbym pana przeprosić za zachowanie Fletchera Coala. Czasami brakuje mu wyczucia.

Voyles kiwnął lekko głową. “Ty głupi sukinsynu. Masz tak odrutowane biuro, że mógłbyś zabić prądem połowę waszyngtońskiej administracji! Coal siedzi gdzieś w piwnicy i rechocze, słysząc, że brak mu wyczucia” – pomyślał.

– Umie zaleźć za skórę – mruknął Voyles.

– O tak. Mam się przed nim na baczności. Jest bystry i bardzo się stara, ale czasami zdarza mu się zagalopować.

– Powiem bez owijania w bawełnę i powtórzę w jego obecności: Coal to skurwysyn! – Voyles zerknął na kratkę wentylacyjną nad portretem Thomasa Jeffersona. Wiedział, że ukryto tam jedną z kamer.

– No cóż… Postaram się, żeby nie wchodził panu w drogę, dopóki nie skończymy z tą sprawą.

– Niech pan tak zrobi. Dla jego dobra.

Prezydent sączył kawę i zastanawiał się, co powiedzieć. Voyles nie należał do ludzi zbyt rozmownych.

– Prosiłbym o przysługę.

Voyles wpatrywał się w niego nieruchomym wzrokiem.

– Słucham, panie prezydencie.

– Chcę mieć wyłączność na informacje w sprawie “Pelikana”. Sam pomysł jest szalony, ale w raporcie pada moje nazwisko, do cholery…! W takim czy innym kontekście. Chciałbym wiedzieć, jaki jest stosunek Biura do tej historii.

1 ... 28 29 30 31 32 33 34 35 36 ... 97
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)