Demony dobrego Dextera [Darkly Dreaming Dexter - pl]
- Автор: Линдсей Джеффри
- Серия: Dexter (pl) #1
- Год: 2006
- Язык: польский
- Год: Amber
- ISBN: 8324125922
- Переводчик: Jan Krasko
- Жанр: Триллеры
Электронная книга - «Demony dobrego Dextera [Darkly Dreaming Dexter - pl]». Краткое содержание книги:
Tak, było ciekawie. Ale czy po wydziale zabójstw naprawdę krążyły plotki o moich przeczuciach? Bardzo mnie to zaniepokoiło. Bo jeśli tak, groziła mi dekonspiracja. Moja przykrywka za często skutkowała. I teraz mogła stanowić problem. Ale co mogłem zrobić? Przez jakiś czas udawać głupiego? Nie wiedziałem, czy potrafię, nawet po tylu latach uważnych obserwacji.
No cóż. Otworzyłem teczkę biednego Jaworskiego i po godzinnych studiach doszedłem do dwóch wniosków. Po pierwsze i najważniejsze, wyjdę z tego suchą stopą, mimo mojej niewybaczalnej spontaniczności i niechlujstwu. Po drugie, na sprawie Jaworskiego może skorzystać Debora. Bo jeśli tylko udowodni, że jest to dzieło naszego artysty — i jeśli LaGuerta nadal będzie obstawała przy teorii zabójcy naśladowcy — z kogoś, komu nikt nie chciał powierzyć zadania tak odpowiedzialnego jak przyniesienie kawy, przedzierzgnie się w faworytę miesiąca. Naturalnie autorem dzieła był ktoś inny, ale w tym momencie można by uznać, że to czepliwość. A ponieważ nie miałem najmniejszych wątpliwości, że już wkrótce przybędzie nam zwłok, nie warto było się tym przejmować.
Jednocześnie musiałem dać tej irytującej LaGuercie długi sznur, żeby się na nim własnoręcznie powiesiła. Pomyślałem, że przydać mi się to może również ze względów osobistych. Bo gdyby przyprzeć ją do muru i zrobić z niej idiotkę, spróbowałaby oczywiście zrzucić winę na głupiego laboranta, który podsunął jej błędne wnioski, czyli na durnego, debilowatego Dextera. Skutek? Ucierpi moja reputacja i popadnę w upragnioną przeciętność; oczywiście nie wpłynie to w żaden sposób na moją pracę, ponieważ mam analizować ślady krwi, a nie sporządzać portrety psychologiczne przestępców. A skoro ja wyjdę na kretyna, nareszcie okaże się, że kretynką jest i ona, dzięki czemu akcje Debory pójdą w górę.
To doprawdy urocze, kiedy wszystko się tak dobrze układa. Zadzwoniłem do siostry.
Nazajutrz o wpół do drugiej spotkaliśmy się w małej restauracji kilka ulic na północ od lotniska. Mieściła się w pasażu handlowym między sklepem z częściami samochodowymi i sklepem z bronią. Dobrze ją znaliśmy, bo była niedaleko komendy i robili tam najlepsze w świecie kubańskie kanapki. Na pozór to drobnostka, ale zapewniam was, że są takie chwile, kiedy pomaga tylko medianoche, a jedynym miejscem, gdzie można dostać dobre medianoche, jest Cafe Relampago. Morga-nowie chodzili tam od 1974.
Poza tym uważałem, że powinniśmy to jakoś uczcić, jeśli już nie wielką fetą, to przynajmniej małym poczęstunkiem dla podkreślenia, że sprawy zaczynają iść ku lepszemu. A może po prostu cieszyłem się, że spuściłem trochę pary z moim drogim przyjacielem Jaworskim, w każdym razie byłem w niewytłumaczalnie dobrym humorze. Zamówiłem nawet batido de marne, pyszny kubański koktajl mleczny, który smakuje jak arbuz z brzoskwinią i mango.
Oczywiście Deb nie była w stanie dzielić ze mną tego irracjonalnie dobrego nastroju. Wyglądała tak, jakby zapatrzyła się na jakąś rybę, dużą, ponurą i strasznie przygnębioną.
— Proszę cię, siostrzyczko — powiedziałem. — Jeśli nie zrobisz czegoś z twarzą, już ci tak zostanie. Ludzie będą brali cię za karpia.
— Może, ale na pewno nie za policjantkę — burknęła. — Bo już nią nie będę.
— Bzdura. Przecież ci obiecałem.
— Tak. Obiecałeś też, że to wypali. Nie wspomniałeś tylko, że kapitan Matthews będzie na mnie tak patrzył.
— Och, Deb — odparłem. — Kapitan Matthews na ciebie patrzył? Tak mi przykro…
— Wal się, dobra? Nie było cię tam i to nie twoje życie spływa do szamba.
— Uprzedzałem, że przez jakiś czas będzie ciężko.
— Fakt, co do tego się nie pomyliłeś. Matthews dał mi do zrozumienia, że jeszcze trochę i mnie zawieszą.
— Ale pozwolił ci zajmować się sprawą w wolnym czasie, prawda?
— Pozwolił — prychnęła. — Powiedział: „Nie mogę pani tego zabronić, ale jestem bardzo rozczarowany. Ciekawe, co powiedziałby na to pani ojciec”.
— A ty powiedziałaś: „Mój ojciec nigdy nie zamknąłby sprawy, mając w areszcie nie tego człowieka, co trzeba”. Tak?
Spojrzała na mnie zaskoczona.
— Nie. Ale miałam ochotę. Skąd wiedziałeś?
— Miałaś ochotę, ale na ochocie się skończyło?
— Tak.
Podsunąłem jej szklankę.
— Napij się mamę, siostrzyczko. Idzie ku lepszemu.
— Dexter, ty chcesz mnie dobić.
— Ja? Nigdy. Jak bym mógł?
— Bez trudu.
— Deb, musisz mi zaufać.
Spojrzała mi prosto w oczy i spuściła wzrok. Wciąż nie tknęła koktajlu, a szkoda. Był naprawdę pyszny.
— Ufam ci — odrzekła. — Ale przysięgam na Boga, nie wiem dlaczego. — Przez jej twarz przemknęła seria dziwnych min. — I czasami myślę, że nie powinnam.
Podtrzymałem ją na duchu moim najlepszym braterskim uśmiechem.
— Za dwa, trzy dni wyskoczy coś nowego. Obiecuję.
— Skąd wiesz?
— Nie wiem, ale wyskoczy. Zobaczysz.
— Skoro nie wiesz, to z czego się tak cieszysz?
Chciałem jej powiedzieć, że cieszy mnie już sama perspektywa, sama myśl. Bo myśl o kolejnym bezkrwawym cudzie napawała mnie większą radością niż cokolwiek innego. Ale oczywiście nie mogłem podzielić się nią z Deborą, dlatego zachowałem to dla siebie.
— Z twoich przyszłych sukcesów naturalnie.
— No tak, zapomniałam — prychnęła. Ale przynajmniej wypiła łyk koktajlu.
— Posłuchaj — powiedziałem. — Albo LaGuerta ma rację…
— A wtedy dam dupy.
— Albo racji nie ma, a wtedy nic nikomu nie dasz i będziesz czysta jak dziewica. Nadążasz?
— Uhm. — Straszliwie zrzędziła, zważywszy jak bardzo byłem cierpliwy.
— Gdybyś lubiła obstawiać, postawiłabyś na nią?
— Na nią nie. Może tylko na jej gust. Ładnie się ubiera.
Podano kanapki. Skwaszona kelnerka postawiła je na środku stolika i bez słowa uciekła za ladę. Mimo to były bardzo dobre. Nie wiem, dlaczego smakowały lepiej niż wszystkie pozostałe medianoches w mieście, ale smakowały. Chlebek chrupki na zewnątrz i mięciutki w środku, idealnie dobrane proporcje między wieprzowiną i korniszonami, w sam raz roztopiony ser — czysta rozkosz. Odgryzłem wielki kęs. Debora bawiła się słomką.
Przełknąłem.
— Siostrzyczko, jeśli nie pociesza cię moje logiczne rozumowanie ani najpyszniejsza kanapka w mieście, jest już za późno. Ty nie żyjesz.
Znowu popatrzyła na mnie jak karp i ugryzła kanapkę.
— Bardzo smaczna — odparła z obojętną miną. — Widzisz jak się cieszę?
Biedaczka. Nie przekonałem jej, co było strasznym ciosem dla mojego ja. Ale cóż, przynajmniej nakarmiłem ją tradycyjną potrawą Morganów. No i przyniosłem jej wspaniałą nowinę, nie szkodzi, że uważała inaczej. Jeśli wszystko to razem nie przywiodło uśmiechu na jej twarz, trudno, nie jestem wszechmocny.
Ale mogłem zrobić coś jeszcze, taką drobnostkę. Mogłem nakarmić LaGuertę, może nie czymś tak smacznym jak medianoches z Relampago, ale na swój sposób pysznym. Dlatego po południu odwiedziłem panią detektyw w jej uroczym boksie, jednym z sześciu malutkich boksów w wielkiej sali. Jej był oczywiście najbardziej elegancki, bo ozdobiony gustownymi zdjęciami znakomitości na obitym materiałem przepierzeniu; rozpoznałem wśród nich Glorię Estefan, Madonnę i Jorgego Mas Canosę. Na biurku, przed oprawioną w skórę zieloną podkładką, stał elegancki komplet do pisania z kwarcowym zegarem pośrodku.