Demony dobrego Dextera [Darkly Dreaming Dexter - pl]
- Автор: Линдсей Джеффри
- Серия: Dexter (pl) #1
- Год: 2006
- Язык: польский
- Год: Amber
- ISBN: 8324125922
- Переводчик: Jan Krasko
- Жанр: Триллеры
Электронная книга - «Demony dobrego Dextera [Darkly Dreaming Dexter - pl]». Краткое содержание книги:
Jak kaleka potrząsnąłem głową, próbując połączyć dwie szare komórki w synapsę. Miałem ochotę popłynąć łodzią na poranną przejażdżkę. Może słone powietrze oczyści mi czaszkę z głupoty. Mógłbym też wziąć kurs na południe, na Turkey Point, z nadzieją że promieniowanie zmutuje mnie i przywróci mi rozsądek. Zamiast tego, zrobiłem sobie kawy. Brak szkiełka. Brak szkiełka zubażał i dewaluował całe przeżycie. Bez szkiełka mogłem równie dobrze zostać w domu. Dewaluował? No, prawie. Bo była i rekompensata. Uśmiechnąłem się czule, wspominając księżycową poświatę i stłumione krzyki. Och, Dexter, ty mały, zwariowany potworku. Przygoda zupełnie niepodobna do innych. Znakomite urozmaicenie nużącej rutyny, choć raz na jakiś czas. No i oczywiście Rita, ale nie miałem pojęcia, co o tym myśleć, więc nie myślałem. Zamiast niej, przypomniał mi się chłodny wiatr omywający ciało tego wijącego się robaka, który lubił krzywdzić dzieci. Prawdziwe szczęście. Prawie. Naturalnie za dziesięć lat wspomnienia zbledną i bez szkiełka nie będę mógł ich przywołać. Musiałem mieć szkiełko, moją jedyną pamiątkę. Cóż, zobaczymy.
Czekając, aż zaparzy się kawa, sprawdziłem, czy jest gazeta. Nadzieja matką głupich — wcale na to nie liczyłem. Rzadko kiedy rozwożono je przed wpół do siódmej, a w niedzielę często trafiały do subskrybentów dopiero po ósmej. Był to kolejny przykład dezintegracji społeczeństwa, która tak bardzo martwiła Harry’ego. Bo doprawdy, skoro nie mogę mieć na czas gazety, jak można oczekiwać, że przestanę zabijać?
Gazety nie było; nieważne. To, jak prasa opisuje moje przygody, nigdy mnie zbytnio nie ciekawiło. A Harry ostrzegał mnie przed idiotyzmem jakim byłoby założenie i prowadzenie pamiętnika z wyciętymi z gazet zdjęciami i artykułami. Nie musiałem tego robić. I rzadko kiedy przeglądałem recenzje moich dokonań. Tym razem było oczywiście nieco inaczej, ponieważ przez moją impulsywność nie zachowałem należytej ostrożności i martwiłem się trochę, czy dobrze zatarłem ślady. Poza tym byłem po prostu ciekaw, co napisali o moim przypadkowym wypadzie. Dlatego przez czterdzieści pięć minut siedziałem w kuchni i z kubkiem kawy w ręku czekałem, aż gazeta wyląduje z trzaskiem pod drzwiami. Przyniosłem ją do kuchni i otworzyłem.
Bez względu na to, co można powiedzieć o dziennikarzach — a można by o nich napisać encyklopedię — jedno jest pewne: rzadko kiedy mają dobrą pamięć i jeszcze rzadziej się tym przejmują. Ta sama gazeta, która trąbiła ostatnio, że POLICJA ARESZTUJE SERYJNEGO MORDERCĘ, krzyczała teraz: LODOWY ZABÓJCA WKRÓTCE NA WOLNOŚCI? Był to długi, uroczy, bardzo dramatyczny i szczegółowy artykuł o odkryciu zmasakrowanych zwłok na placu budowy przy Old Cutler Road. „Rzeczniczka prasowa policji Metro Dade” — byłem pewien, że chodzi o LaGuertę — oświadczyła, że jest co prawda za wcześnie na konkretne wnioski, ale że jej zdaniem mamy do czynienia z zabójcą naśladowcą. Jednakże gazeta wyciągnęła własne wnioski — to kolejna rzecz, od której zwykle stronią — i zastanawiała się teraz, czy dystyngowany dżentelmen z aresztanckiej celi, niejaki Daryll Earl McHale Jest na pewno poszukiwanym mordercą. I czy prawdziwy morderca wciąż przebywa na wolności, czego dowodziłaby potworna obraza moralności, jaką była jatka na budowie. Rzecz to godna zastanowienia, ponieważ — jak słusznie zauważył autor artykułu — dość wątpliwe jest, żeby w tym samym czasie na wolności przebywało dwóch rzeźników naraz. Rozumowanie było nader logiczne i pomyślałem, że gdyby tyle samo energii i wysiłku umysłowego poświęcano na chwytanie morderców, sprawę już dawno by zamknięto.
Jednakże trzeba przyznać, że lektura była bardzo interesująca. I skłaniająca do rozmyślań. Boże święty, czy to naprawdę możliwe, żeby ta wściekła bestia wciąż grasowała na wolności? Czy byliśmy bezpieczni?
Zadzwonił telefon. Zerknąłem na ścienny zegar. Za kwadrans siódma. To mogła być tylko Debora.
— Właśnie to czytam — rzuciłem do słuchawki.
— Mówiłeś, że będzie coś większego i bardziej spektakularnego.
— A nie jest? — spytałem niewinnie.
— To nawet nie prostytutka. Tylko jakiś woźny z gimnazjum, którego pocięli przy Old Cutler Road. Gdzie twoje przeczucia?
— Przecież wiedziałaś, że nie jestem doskonały, prawda?
— To w ogóle nie pasuje. Gdzie to twoje zimno, gdzie ten lód? I to małe, ciasne pomieszczenie?
— Mieszkamy w Miami, Deb. Tu kradną wszystko.
— Naśladowca? Jaki tam naśladowca? To zabójstwo jest zupełnie niepodobne do tamtych. Nawet LaGuerta to zauważyła. I już powiedziała to pismakom. Cholera jasna, tu chodzi o mój tyłek, a to jest zwykły przypadek, robota jakiegoś nożownika albo ćpuna.
— Obarczanie mnie winą za wszystko byłoby niesprawiedliwe.
— Niech cię szlag, Dexter. — I trzasnęła słuchawką.
Poranne wiadomości poświęciły aż dziewięćdziesiąt sekund temu wstrząsającemu odkryciu. Najlepszymi przymiotnikami operowali ci z Kanału 7. Ale nawet oni nie wiedzieli nic ponad to, co podała gazeta. Emanujące z nich oburzenie i poczucie klęski przeniosło się nawet na prognozę pogody, ale jestem przekonany, że głównie z braku zdjęć.
Kolejny piękny dzień w Miami. Okaleczone zwłoki i szansa na przejściowy deszczyk po południu. Ubrałem się i poszedłem do pracy.
Że tak wcześnie? Przyznaję, że miałem w tym ukryty cel i żeby go uwiarygodnić, wstąpiłem po drodze do cukierni. Kupiłem dwa słodkie rogaliki, jabłko w cieście i cynamonowy obwarzanek wielkości koła zapasowego do samochodu. Jabłko i jednego rogalika zjadłem, jadąc wesoło w sennym ruchu. Nie wiem, jakim cudem uchodzi mi na sucho jedzenie tylu pączków i ciastek. Nie przybieram na wadze, nie dostaję pryszczy i chociaż może to niesprawiedliwe, nie mam serca, żeby na to narzekać. Wygrałem na loterii genetycznej: jestem duży i silny i mam wysoki metabolizm, co sprzyja mojemu hobby. Mówiono mi też, że nie mam strasznej gęby, co potraktowałem jako komplement.
Nie potrzebowałem również dużo snu, co bardzo mi odpowiadało, zwłaszcza tego ranka. Chciałem przyjechać do pracy przed Vince’em Masuoką i wyglądało na to, że przyjechałem, bo w jego pracowni było jeszcze ciemno. Żeby się lepiej zakamuflować, wszedłem tam z ciastkami, chociaż moja wizyta nie miała oczywiście nic wspólnego z konsumpcją łakoci. Szybko powiodłem wzrokiem po stole, szukając pudełka z napisem JAWORSKI i z wczorajszą datą.
Znalazłem je, otworzyłem i wyjąłem próbkę tkanki. Może wystarczy. Włożyłem gumowe rękawiczki i przytknąłem ją do czystego szkiełka mikroskopowego. Tak, zdawałem sobie sprawę, że znowu głupio ryzykuję, ale musiałem mieć to nieszczęsne szkiełko.
Vince. Właśnie schowałem szkiełko do zapinanej kieszonki w kieszeni spodni, gdy usłyszałem, jak wchodzi do laboratorium. Błyskawicznie odstawiłem pudełko na miejsce i odwróciłem się do drzwi w chwili, gdy stanął w progu i mnie zobaczył.
— Boże — powiedziałem. — Chodzisz cicho jak duch. A więc jednak trenowałeś ninjitsu.
— Mam dwóch braci — odparł. — To to samo.
Pokazałem mu torebkę z ciastkami i pochyliłem głowę w ukłonie.
— Mistrzu, przynoszę ci dar. Spojrzał na mnie z zaciekawieniem.
— Niech cię Budda błogosławi. Co to jest?
Rzuciłem mu torebkę. Trafiła go w pierś i upadła na podłogę.
— Chyba jednak nie trenowałeś.
— Żeby dobrze funkcjonować, moje doskonale wyćwiczone ciało potrzebuje kawy — odparł, schylając się po torebkę. — Co tam jest? Bolało. — Włożył rękę do środka i zmarszczył brwi. — Oby tylko nie ludzkie członki. — Wyjął cynamonowy obwarzanek. — Och, karamba! Moja wioska nie będzie w tym roku głodowała. Jesteśmy ci bardzo wdzięczni. — I ukłonił się po japońsku. — Spłacony dług jest prawdziwym błogosławieństwem, moje dziecko.