Demony dobrego Dextera [Darkly Dreaming Dexter - pl]
- Автор: Линдсей Джеффри
- Серия: Dexter (pl) #1
- Год: 2006
- Язык: польский
- Год: Amber
- ISBN: 8324125922
- Переводчик: Jan Krasko
- Жанр: Триллеры
Электронная книга - «Demony dobrego Dextera [Darkly Dreaming Dexter - pl]». Краткое содержание книги:
— W takim razie masz może akta tej sprawy z Cutler Road? Vince odgryzł wielki kawał obwarzanka i zaczął go powoli przeżuwać. Wargi błyszczały mu od lukru.
— Mmm… — wymamrotał i wreszcie przełknął. — Czujemy się poza nawiasem?
— Jeśli masz na myśli mnie i Deborę, to tak. Obiecałem jej przejrzeć akta.
— Ymzem jesrzynajmniej użowi — powiedział z pełnymi ustami.
— Wybacz, mistrzu, ale twój język brzmi dziś trochę dziwnie. Vince głośno przełknął.
— Mówię, że tym razem jest przynajmniej dużo krwi. Ale tobie i tak nic do tego. Dali tę sprawę Bradleyowi.
— Mogę zerknąć na akta?
— Ążył, kiedu amten odcinamuogę.
— Słusznie, mistrzu. A po angielsku?
— Wciąż żył, kiedy tamten odcinał mu nogę.
— Ludzie są bardzo uparci, prawda?
Vince wpakował do ust resztkę obwarzanka, sięgnął po akta i podał mi je, wgryzając się w rogalik. Chwyciłem teczkę.
— Idę — powiedziałem. — Bo zaraz znowu zaczniesz mówić.
Wyjął rogalika z ust.
— Za późno — odparł.
Szedłem powoli do mojego małego boksu, przeglądając akta. Zwłoki odkrył Gervasio Cesar Martez. Jego zeznanie leżało na wierzchu. Był ochroniarzem z Sago Security Systems. Pracował u nich od czternastu miesięcy i nie był notowany. Znalazł ciało siedemnaście minut po dziesiątej i zanim wezwał policję, szybko przeszukał teren. Chciał złapać pendejo, który to zrobił, bo takich rzeczy się nie robi, a on zrobił to na jego służbie. To tak, jakby jemu, nie? Postanowił więc schwytać potwora na własną rękę. Ale okazało się, że to niemożliwe. Potwór zniknął bez śladu, dlatego w końcu zadzwonił na policję.
Biedak odebrał to jako osobistą zniewagę. Podzielałem jego oburzenie. Taka brutalność jest niedopuszczalna. Naturalnie cieszyłem się również, że jego poczucie honoru dało mi czas na ucieczkę. W tym przypadku moralność była próżnym zbytkiem.
Skręciłem za róg, wszedłem do ciemnego boksu i wpadłem na LaGuertę.
— Ha! — powiedziała. — Masz kiepski wzrok. — Na szczęście ani drgnęła.
— Nie jestem porannym ptaszkiem — odparłem. — Moje biorytmy włączają się dopiero w południe.
Patrzyła na mnie z odległości dwóch i pół centymetra. — Według mnie już działają — powiedziała. Usiadłem przy biurku.
— Czyżbym mógł dzisiaj uświetnić majestat naszego prawa?
— Masz wiadomość. Na sekretarce.
Spojrzałem na telefon. Fakt, mrugało na nim światełko. Ona naprawdę była detektywem.
— Od dziewczyny — ciągnęła. — Rozespanej i zadowolonej. Masz przyjaciółkę, Dexter? — W jej głosie zabrzmiała zaczepna nutka.
— Wie pani, jak to jest — odrzekłem. — Współczesne kobiety są bardzo bezpośrednie. Komuś tak przystojnemu jak ja dosłownie wchodzą na głowę, rzucają się w ramiona. — Trochę niefortunnie dobrałem słowa, bo natychmiast pomyślałem o głowie, którą niedawno we mnie rzucono. No i o odciętych ramionach.
— Uważaj — ostrzegła mnie LaGuerta. — Wcześniej czy później jedna z nich zajdzie ci za skórę.
Nie miałem pojęcia, co to znaczy, ale obraz ten był bardzo niepokojący.
— Na pewno ma pani rację — odrzekłem. — Ale na razie carpe diem.
— Co?
— To po łacinie. „Narzekaj tylko za dnia”.
— Co myślisz o tej wczorajszej sprawie? — spytała nagle. Pokazałem jej teczkę.
— Właśnie przeglądam akta. Zmarszczyła brwi.
— To zabójstwo nie ma nic wspólnego z tamtymi. Bez względu na to, co te dupki piszą. McHale jest winny. Przyznał się. Old Cutler Road to zupełnie inna sprawa.
— Zbieg okoliczności? Dwa brutalne morderstwa w tym samym czasie? Trochę to naciągane.
Wzruszyła ramionami.
— To jest Miami. Ci faceci przyjeżdżają tu na wakacje. Pełno tu bandziorów. Nie dam rady ich wszystkich wyłapać.
Prawda była taka, że dałaby radę złapać tylko tych, którzy rzuciwszy się z dachu, wylądowaliby na przednim siedzeniu jej samochodu, ale uznałem, że nie jest to odpowiednia chwila na podnoszenie tego tematu. Podeszła bliżej i trąciła teczkę ciemnoczerwonym paznokciem.
— Musisz coś tu znaleźć, Dexter. Musisz udowodnić, że to inna sprawa.
Wtedy mnie olśniło. Przycisnął ją kapitan Matthews, człowiek, który wierzył we wszystko, co piszą w gazetach, pod warunkiem że nie przekręcili jego nazwiska. Przycisnął ją i potrzebowała amunicji, żeby się odgryźć.
— Oczywiście, że inna — odparłem. — Ale dlaczego przychodzi pani z tym do mnie?
Patrzyła na mnie przez chwilę spod przymkniętych powiek. Dziwnie to wyglądało. Musiała widzieć takie spojrzenie na jednym z tych filmów, na jakie ciągała mnie Rita, ale nie miałem pojęcia, dlaczego patrzyła tak akurat na mnie.
— Pozwoliłam ci zostać na trzydniówce. Chociaż Doakes miał ochotę cię zabić.
— Jestem wielce zobowiązany.
— Czasami masz przeczucie. Co do tych seryjnych. Tak powiadają. Że Dexter ma przeczucia.
— Przesada. Parę razy uśmiechnęło się do mnie szczęście i tyle.
— Muszę mieć kogoś tutaj, w laboratorium. Kogoś, kto znajdzie jakiś ślad.
— Dlaczego nie poprosi pani Vince’a?
— Bo nie jest taki milutki. Znajdź coś, Dexter.
Czułem się coraz bardziej nieswojo. Stała stanowczo za blisko, tak blisko, że kręciło mi się w nosie od zapachu jej szamponu do włosów.
— Znajdę — obiecałem.
Ruchem głowy wskazała automatyczną sekretarkę.
— Zadzwonisz? Nie masz czasu na uganianie się za cipkami.
Nie drgnęła z miejsca i chwilę trwało, zanim zrozumiałem, że chodzi jej o tę wiadomość. Obdarowałem ją moim najlepszym, najbardziej politycznie poprawnym uśmiechem. — To raczej one uganiają się za mną.
— Ha. Masz rację. — Posłała mi przeciągłe spojrzenie, odwróciła się i wyszła.
Nie wiem, dlaczego za nią patrzyłem. Pewnie dlatego, że nie miałem nic lepszego do roboty. Tuż przed zakrętem pogładziła spódnicę na biodrach i zerknęła przez ramię. A potem zniknęła w labiryncie mglistych tajemnic politycznych wydziału zabójstw.
A ja? A biedny, bojaźliwy biedaczek Dexter? Co mogłem zrobić? Usiadłem i wcisnąłem przycisk na sekretarce.
— Cześć, Dexter. To ja. — Oczywiście, że „ja”, bo niby kto? Może to dziwne, ale ten leniwy, lekko matowy głos brzmiał jak głos Rity. — Mmm… Myślałam o wczorajszej nocy. Zadzwoń do mnie, luby. — Rita. Tak jak zauważyła LaGuerta, była chyba trochę zmęczona, ale i zadowolona. Najwyraźniej miałem wreszcie prawdziwą dziewczynę.
Jak się ten obłęd skończy?
18
Przez kilka minut po prostu siedziałem i rozmyślałem o okrutnej ironii życia. Po tylu latach samotności i polegania na samym sobie nagle zewsząd rzucały się na mnie wygłodniałe kobiety. Deb, Rita, LaGuerta — wyglądało na to, że żadna z nich nie może beze mnie żyć. Tymczasem jedyna osoba, z którą pragnąłem spędzić chociaż kilka upojnych chwil, kokietowała mnie lalkami Barbie w lodówce. I to ma być sprawiedliwość?
Pomacałem szkiełko mikroskopowe, bezpiecznie ukryte w wewnętrznej kieszonce spodni i poczułem się lepiej. Przynajmniej coś robiłem. Życie musiało być tylko interesujące — nie miało żadnych innych obowiązków — a w tej chwili na pewno takie było. „Interesujące” to za mało powiedziane. Oddałbym rok życia, żeby dowiedzieć się czegoś więcej o tym ulotnym błędnym ogniku, o eleganckim artyście, który tak bezlitośnie się ze mną droczył; niewiele brakowało i mały przerywnik z Jaworskim kosztowałby mnie znacznie więcej.