Demony dobrego Dextera [Darkly Dreaming Dexter - pl]
- Автор: Линдсей Джеффри
- Серия: Dexter (pl) #1
- Год: 2006
- Язык: польский
- Год: Amber
- ISBN: 8324125922
- Переводчик: Jan Krasko
- Жанр: Триллеры
Электронная книга - «Demony dobrego Dextera [Darkly Dreaming Dexter - pl]». Краткое содержание книги:
— Wygląda na to, że ofiar jest kilka.
Przeszył mnie elektryczny prąd, od brzucha w górę, jakbym połknął naładowany akumulator. Mimo to zrobiłem wszystko, żeby jak zwykle zareagować czymś inteligentnym i dowcipnym.
— To cudownie, siostrzyczko. Mówisz tak, jakbyś czytała policyjny raport.
— Wiesz, zaczynam się wczuwać, może kiedyś go napiszę. Ale cieszę się, że nie z tego zabójstwa. Jest za bardzo porąbane. LaGuerta nie wie, co o tym myśleć.
— Co, a nawet jak. Ale dlaczego jest porąbane?
— Lecę — rzuciła. — Przyjedź. Musisz to zobaczyć.
Zanim dotarłem na miejsce, przed żółtą taśmą stał głęboki na trzy osoby tłum, w większości reporterów. Niezwykle trudno jest przebić się przez tabun dziennikarzy, którzy zwietrzyli zapach krwi. Można by pomyśleć, że łatwo, bo w telewizji zawsze wyglądają jak odmóżdżone ofermy z poważnymi zaburzeniami łaknienia. Ale wystarczy postawić ich za policyjną taśmą ostrzegawczą i dochodzi do cudownej przemiany. Momentalnie stają się silni, agresywni i gotowi odepchnąć na bok wszystko i każdego, kto tylko stanie im na drodze, odepchnąć, a potem stratować. To tak, jak w tych opowieściach o sędziwych matkach, które gołymi rękami potrafią dźwignąć ciężarówkę przygniatającą ich dziecko. Siła ta pochodzi z jakiegoś tajemniczego źródła, tak że ilekroć na ziemi walają się ociekające krwią wnętrzności, te anorektyczne stwory są w stanie przebić się przez absolutnie wszystko i wszystkich. W dodatku nie potargają przy tym włosów.
Na szczęście rozpoznał mnie jeden z mundurowych.
— Przepuście go, chłopcy — rozkazał reporterom. — Przepuścić go.
— Dzięki, Julio — rzuciłem. — Z roku na rok coraz ich więcej.
— Ktoś ich chyba klonuje — prychnął. — Wszyscy wyglądają tak samo.
Przeszedłem pod taśmą i kiedy się wyprostowałem, odniosłem dziwne wrażenie, że ktoś manipuluje zawartością tlenu w atmosferze Miami. Stałem na spękanej ziemi placu budowy. Budowali tu chyba dwupiętrowy blok, rodzaj biurowca dla uboższych deweloperów. I idąc powoli przed siebie, przyglądając się temu, co działo się wokół na wpół ukończonego bloku, stwierdziłem, że to nie przypadek, iż nas tu sprowadził. Z tym mordercą nie było przypadków. Ten morderca wszystko dokładnie planował i starannie odmierzał dla większego efektu estetycznego i z potrzeby artystycznej.
Znaleźliśmy się na placu budowy, ponieważ było to konieczne. Tak jak powiedziałem Deborze, mój mistrz składał tu oświadczenie. Macie nie tego człowieka, co trzeba, mówił. Przymknęliście kretyna, bo wszyscy jesteście kretynami. Jesteście tak głupi, że widzicie to dopiero wtedy, kiedy się wam to pokaże. No, więc proszę.
Co więcej, wiadomość ta była przeznaczona nie tyle dla policji i społeczeństwa, ile dla mnie. Drwiła ze mnie i szydziła, cytując fragmenty mojego pospiesznego dzieła. Morderca przywiózł zwłoki na plac budowy, ponieważ na podobnym placu zabiłem Jaworskiego. Bawił się ze mną w kotka i myszkę, pokazując wszystkim, jaki jest dobry i mówiąc im — a konkretnie mnie — że widzi, że obserwuje. Wiem, co zrobiłeś, szeptał, ale mogę to zrobić i ja. W dodatku lepiej.
Powinno mnie to trochę zaniepokoić.
Ale nie zaniepokoiło.
Zakręciło mi się w głowie jak dziewczynie z ogólniaka podczas rozmowy z kapitanem szkolnej drużyny futbolowej, który zebrał się w końcu na odwagę, żeby zaprosić ją na randkę. Mnie? Biedną, szarą myszkę? O jejku, naprawdę? Wybacz, ale chyba zatrzepoczę rzęsami.
Wziąłem głęboki oddech, żeby przypomnieć sobie, że nie jestem biedną, szarą myszką i nie robię takich rzeczy. Ale wiedziałem, że on je robi i bardzo chciałem umówić się z nim na spotkanie. Mogę, Harry? Tak bardzo cię proszę.
Ale żeby pójść na randkę z nowym przyjacielem, musiałem go najpierw znaleźć. Musiałem go zobaczyć, porozmawiać z nim, musiałem udowodnić sobie samemu, że naprawdę istnieje, że…
Że co?
Że nie jest mną?
Że to nie ja robię te straszne, te niezwykle interesujące rzeczy?
Dlaczego miałbym tak myśleć? Przecież to idiotyczne. Niegodne uwagi mojego dumnego niegdyś umysłu. Tyle tylko, że teraz, kiedy zaczęła tłuc się w nim ta myśl, w żaden sposób nie mogłem jej uspokoić czy zmusić do posłuszeństwa. Bo co, jeśli to naprawdę ja? Jeśli zrobiłem to, nic o tym nie wiedząc? Oczywiście to niemożliwe, absolutnie niemożliwe, ale…
Budzę się nad umywalką w chwili, gdy zmywam krew z rąk po „śnie”, w którym z radością je zakrwawiłem, robiąc rzeczy, o których zazwyczaj tylko marzę. Wiem wszystko o serii morderstw, znam szczegóły, których nie mógłbym znać, chyba że…
Chyba że nic. Łyknij coś na uspokojenie, Dexter. Zacznij od początku. Weź oddech, głuptasie, wypuść z płuc złe powietrze i nabierz dobrego. To tylko kolejny objaw słabości umysłowej. Po prostu przedwcześnie zniedołężniałem, zdziecinniałem na skutek tego stresującego, zdrowego życia. Zgoda, w ciągu ostatnich tygodni przeżyłem kilka chwil ludzkiej głupoty. Ale co z tego? Nie dowodziło to wcale, że jestem człowiekiem. Albo że potrafię tworzyć we śnie.
Nie, oczywiście, że nie. Słusznie, musiało to znaczyć zupełnie coś innego. Tylko co? Hm.
Założyłem, że zaczynam po prostu wariować, że wyjąłem z głowy kilka klepek i pociąłem je piłą. Bardzo wygodne, ale skoro tak, dlaczego nie dopuszczałem do siebie myśli, że mogłem jednak zrobić te wszystkie rozkoszne psikusy i pamiętać o tym jedynie we śnie? Czy z obłędem łatwiej jest się pogodzić niż z chwilowym brakiem świadomości? Ostatecznie jest to tylko wyższa forma somnambulizmu, chodzenia przez sen. „Mordowanie przez sen”. Bardzo powszechna przypadłość. Czemu nie? Przecież kiedy Mroczny Pasażer wybierał się na szybką przejażdżkę, regularnie ustępowałem mu miejsca za kierownicą. To samo mogło dziać się tutaj i teraz, co prawda w nieco zmienionej formie, ale mogło. Mroczny Pasażer po prostu pożyczał ode mnie samochód, kiedy spałem.
Bo jak to inaczej wytłumaczyć? Tym, że we śnie dochodziło do projekcji astralnej i że moje wibracje dostrajały się do aury mordercy, ponieważ łączyło nas coś w przeszłości? Może i miałoby to jakiś sens, ale w południowej Kalifornii. W Miami raczej by nie przeszło. Dlatego gdybym wszedł do tego na wpół ukończonego bloku i zobaczył tam trzy ciała, ułożone w przemawiający do mnie sposób, musiałbym uznać, że autorem tej wiadomości mogę być ja. Czy nie miałoby to większego sensu niż założenie, że rozmawiam przez swego rodzaju telefon towarzyski?
Doszedłem do schodów. Przystanąłem, oparłem się o nagą, betonową ścianę i zamknąłem oczy. Ściana była nieco chłodniejsza niż powietrze i szorstka. Potarłem o nią policzkiem, mocno i przyjemnie, niemal boleśnie. Bardzo chciałem wejść na górę i obejrzeć to, co było tam do obejrzenia, chciałem i jednocześnie nie chciałem.
— Odezwij się — szepnąłem do Mrocznego Pasażera. — Powiedz, co zrobiłeś.
Ale on oczywiście nie odpowiedział i jak zwykle usłyszałem tylko jego zimny, odległy chichot. Wcale mi nie pomagał. Zbierało mi się na wymioty, lekko kręciło w głowie, ogarnęła mnie niepewność — miałem wrażenie, że coś odczuwam i zupełnie mi się to nie podobało. Zrobiłem trzy głębokie wdechy, wyprostowałem się i otworzyłem oczy.
Sierżant Doakes patrzył na mnie z odległości niecałego metra. Stał na schodach, z nogą na pierwszym stopniu. Na twarzy miał czarną maskę pełnej zaciekawienia wrogości, jak rottweiler, który chce rozszarpać kogoś na strzępy i który tuż przed atakiem zastanawia się, jak ten ktoś może smakować. W wyrazie jego twarzy było coś, co do tej pory widziałem tylko w lustrze: głęboka, niezmierzona pustka, która przejrzała na wylot komiczną maskaradę ludzkiego życia i dostrzegła jego sedno.