Lustrzany taniec [Mirror Dance - pl]
- Автор: Буджолд Лоис Макмастер
- Год: 2002
- Язык: польский
- Год: Pr
- ISBN: 3-7337-142-7
- Переводчик: Lukasz Praski
- Жанр: Космическая фантастика
Электронная книга - «Lustrzany taniec [Mirror Dance - pl]». Краткое содержание книги:
Ale nie do końca mu się udało. U wejścia błysnął hełm bharaputrański, a potem ciemność rozdarł jak błyskawica ogień łuku plazmowego. Żołnierz pomógł sanitariuszowi zabrać lotopaletę ze strzelnicy, w jaką nieoczekiwanie zmieniła się rura windowa, i wypchnąć ją przez najniższe wejście, gdzie po chwili sam się wcisnął. Mark gramolił się za nimi, czując się jak żywa pochodnia spowita siatką i żarząca się trzaskającym błękitnym blaskiem. Ile to już było strzałów? Stracił rachubę. Ile jeszcze tarcza wytrzyma, zanim się wypali?
Dendarianin zajął pozycję strzelecką, celując w stronę rury windowej, ale nie szedł za nimi żaden Bharaputranin. Stali w ciemnym i cichym zaułku, gdzie dobiegało jedynie echo odgłosów toczącej się na górze walki. Było to pomieszczenie znacznie mniejsze od tamtego i prowadziły z niego tylko dwa wyjścia. Słabe żółte światła awaryjne na podłodze dawały złudne poczucie ciepła i bezpieczeństwa.
— Do diabła — rzekł sanitariusz, spoglądając w górę. — Chyba właśnie trafiliśmy w ślepą uliczkę.
— Niekoniecznie — odparł Mark. Ani sanitariusz, ani żołnierz nie byli z Oddziału Zielonych, lecz hełm Marka naturalnie został zaprogramowany tak jak hełmy Zielonych. Włączył holomapę, znalazł ich obecną lokalizację, a komputer wytyczył trasę. — Z tego poziomu też się tam dostaniemy. Tylko trochę dookoła, ale spotkanie z Bharaputranami jest dzięki temu mniej prawdopodobne.
— Chcę to zobaczyć — oświadczył sanitariusz.
Z ociąganiem, ale i z ulgą Mark podał mu swój hełm. Sanitariusz wcisnął go na głowę i przez chwilę studiował czerwoną linię wijącą się przez wyświetlony trójwymiarowy plan kompleksu medycznego. Mark ostrożnie zajrzał do rury windowej. Na górze nie czaił się żaden Bharaputranin, a odgłosy bitwy były przytłumione, jakby coraz bardziej się oddalały. Odwrócił się, napotykając utkwione w sobie spojrzenie dendariańskiego żołnierza, którego oczy błyszczały zza ekranu. Nie, nie jestem twoim admirałem. Przykre, co? Żołnierz najwyraźniej był zdania, że Bharaputranie zastrzelili nie tego malca, którego powinni. Mark zrozumiał to bez słów. Zgarbił się.
— Dobra — zdecydował sanitariusz. Mimo opuszczonego ekranu w hełmie widać było, że zaciska szczęki.
— Jeżeli się pospieszycie, może nawet dotrzecie tam przed komandor Quinn — rzekł Mark. Wciąż trzymał hełm sanitariusza. Z góry nie dochodziły już żadne dźwięki. Miał gonić ostrzeliwującą się grupę Quinn czy zostać i próbować pomóc transportować lotopaletę? Nie wiedział, czy bardziej boi się Quinn, czy ognia, jaki ściągał na siebie jej oddział. W każdym razie przy kriokomorze będzie chyba bezpieczniej.
Głęboko nabrał powietrza.
— Zatrzymaj mój hełm. Wezmę twój. — Sanitariusz i komandos popatrzyli na niego nieprzychylnie, wręcz z odrazą. — Pójdę z Quinn i klonami. — Ze swoimi klonami. Czy Quinn w ogóle mogło obchodzić ich życie?
— Więc idź — powiedział sanitariusz. Obaj z żołnierzem zabrali lotopaletę za drzwi, nie oglądając się za siebie. Z pewnością uznali, że bardziej byłby dla nich ciężarem niż wsparciem, więc z ulgą uwolnili się od jego towarzystwa.
Z ponurą miną wspiął się z powrotem po drabinie w rurze windowej. Kiedy na poziomie jego oczu pojawiła się podłoga holu, ostrożnie wyjrzał na zewnątrz. Ujrzał masę zniszczeń. Z duszącym dymem mieszała się para z instalacji tryskaczowej. W holu leżało na brzuchu nieruchome ciało w brązowym uniformie. Podłoga była mokra i śliska. Wyskoczył z rury i pomknął jak spłoszony koń przez korytarz, którym musieli pójść Dendarianie, jeżeli trzymali się zaplanowanej trasy. Kolejne zniszczenia — ślady po plazmie — upewniły go, że jest na właściwej drodze.
Skręcił za róg, ale nagle zahamował i cofnął się, znikając za załomem. Bharaputranie nie zauważyli go; patrzyli w przeciwną stronę. Zaczął wracać korytarzem, próbując równocześnie niezdarnie wybrać kanał w nieznanym hełmie. Wreszcie odnalazł Quinn.
— Komandor Quinn? Ee… tu Mark.
— Gdzie ty, do cholery, jesteś? I gdzie jest Norwood?!
— Wziął mój hełm. Poszedł z kriokomorą inną trasą. Jestem za wami, ale nie mogę dołączyć. Przede mną jest co najmniej czterech Bharaputran w pełnym uzbrojeniu, w pancerzach kosmicznych, podchodzą was z tyłu. Uważajcie.
— Do diabła, mają przewagę liczebną. Jeszcze tego brakowało. — Quinn zamilkła. — Nie, poradzę sobie z nimi. Mark, znikaj stamtąd, wracaj do Norwooda. Biegiem!
— Co chcesz zrobić?
— Zrzucić na tych drani dach. Bardzo im się przydadzą pancerze kosmiczne. Uciekaj!
Gdy usłyszał, co Quinn planuje, skoczył na drabinę do pierwszej rury windowej, jaką napotkał, i zaczął błyskawiczną wspinaczkę, w ogóle się nie zastanawiał, dokąd prowadzi ta droga. Nie chciał schodzić pod ziemię niżej niż to konieczne, gdy…
Czuł się jak podczas trzęsienia ziemi. Chwycił się mocno drabiny, rura zaczęła się wyginać i trzeszczeć, a grzmot przeszył wstrząsem jego ciało. Chwilę później było po wszystkim, jeśli nie liczyć dudniącego echa. Podjął przerwaną wspinaczkę. Nad głową miał światło dzienne, które srebrzyście rozjaśniało wejście do rury.
Wyszedł na parter budynku urządzonego jak luksusowe biuro. Okna były popękane i poznaczone drobnymi gwiazdkami. Wybił w jednym z nich dziurę, wygramolił się na zewnątrz i podniósł ekran podczerwieni. Połowa innego budynku po jego prawej ręce zapadła się, tworząc olbrzymi krater. W powietrzu unosiły się kłęby duszącego pyłu. Bharaputranie dzięki swoim sztywnym pancerzom pewnie jeszcze żyli pod gruzami, ale aby się do nich dostać, ratownicy musieliby kopać wiele godzin. Ciężko dysząc w jasnym świetle dnia, Mark uśmiechnął się mimo strachu, który odczuwał.
Hełm sanitariusza nie miał takich możliwości podsłuchiwania jak jego hełm naczelnego dowódcy, lecz mimo to znów usłyszał głos Quinn:
— Dobra, Norwood, idźcie dalej — mówiła. — Ale migiem! Framingham! Słyszałeś to? Pilnuj Norwooda. Zacznij ściągać swoich ludzi z osłony. Startuj, kiedy tylko Norwood i Tonkin znajdą się na pokładzie. Kimura! Jesteś w powietrzu? — Krótka pauza; Mark nie słyszał odpowiedzi Kimury, kimkolwiek i gdziekolwiek był ten żołnierz. Ale domyślił się jej treści z reakcji Quinn. — Właśnie przygotowaliśmy ci nowe lądowisko. Trochę nierówne, ale da się usiąść. Kieruj się moim sygnałem, schodź prosto do krateru. Zmieścisz się. Tak, ty też, zbadałam laserem, ty też możesz tu lądować. Teraz możesz już ryzykować wahadłowiec, Kimura. Czekam!
On również zaczął się kierować w stronę krateru, przemykając wzdłuż bocznej ściany budynku, chroniąc się pod jego wystającymi częściami, dopóki stukot spadających odłamków betonu nie powiedział mu, że uszkodzona przez wybuch konstrukcja balkonu długo już nie wytrzyma. Zostać tu i umrzeć pod balkonem czy wyjść na otwartą przestrzeń i zginąć od strzału? Tak czy inaczej, na pewno dokona złego wyboru. Jak brzmiała ta sentencja, która tak często powtarzała się w podręcznikach wojskowych Vorkosigana? Żaden plan bitwy nie przetrwa pierwszego kontaktu z nieprzyjacielem. Taktyka i kaprysy Quinn zmieniały się jak w kalejdoskopie. Teraz postanowiła wykorzystać powstały otwór w ziemi. Usłyszał coraz głośniejszy ryk nadlatującego wahadłowca, więc wybiegł spod balkonu, który drżąc od wibracji, groził zwaleniem. Jeden koniec nie wytrzymał i runął z hukiem. Mark biegł dalej. Niech bharaputrańscy snajperzy próbują strzelać do ruchomego celu.