Pan Lodowego Ogrodu. Tom II
- Автор: Гжендович Ярослав
- Серия: Pan Lodowego Ogrodu #2
- Язык: польский
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Pan Lodowego Ogrodu. Tom II». Краткое содержание книги:
Oprócz tego pracuje jako dziennikarz „wolny strzelec”, prowadzi stałą rubrykę naukowo-cywilizacyjną w Gazecie Polskiej i tłumaczy komiksy, głównie z serii Usagi Yojimbo i Batman.
W Fabryce Słów ukazała się Księga jesiennych demonów, jego pierwszy autorski zbiór opowiadań grozy.
Pan Lodowego Ogrodu to pierwsza powieść Jarosława Grzędowicza, w mistrzowski sposób łącząca elementy science fiction i fantasy.
Ilustracje Jan J. Marek
— Archimatrono — zaczął ostrożnie Brus — cokolwiek jest wiezione, musi dotrzeć na miejsce. Ten, kto wiezie, nie istnieje. Jeden nie jest ważny. Nie ma też prawa decydować, gdzie docierają Słowa ani kto ich potrzebuje. Droga wiedzie tam, gdzie musi, i prowadzi ją wyższa mądrość, do której nie każdy ma dostęp. Ale gdy osoba wróci tam, gdzie czekają, zostanie spełnione przyrzeczenie, iż sama prorokini dowie się o położeniu tej Wieży. Nie będziesz długo czekała ani na Słowo, ani na oświeconych do pomocy, by wszystko stało się jednym. Salakh akydylla. Zostało powiedziane.
— Tam za mostem nie ma nic ważnego — oznajmiła. — Nic ważniejszego niż osada Aszyrdym, na skrzyżowaniu szlaków, przy moście, przez który uciekają ci, którzy powinni tkwić tu, gdzie im przykazano, i pracować dla Pramatki. Nic ważniejszego niż samotna archimatrona, której grozi bezsilność, chaos i zależność od kilku wysokich rodów. Tacy posłańcy jak ty wędrują do wszystkich Wież. Co to za różnica, które Imię trafi do której?
— Już zdecydowano — uciął Brus, a ja uznałem, że rola go ponosi. Powinien teraz wytargować coś dla nas.
Czyżby rzeczywiście chciał bronić przeklętej skrzynki za wszelką cenę? Inna rzecz, że archimatrona wciąż nie pokazała „prawej ręki". Czym chciała zapłacić? Złotem? Co kapłanowi Pramatki po złocie? Zwłaszcza gdy zlikwidowano nawet głupie uliczne stragany i nie można kupić sobie nic, ani tykwy piwa, ani guzika, ani garści orzeszków?
Sięgnął za połę swojej kapłańskiej szaty i pokazał kobiecie żelazny, kolczasty medalion.
— To — powiedział — oznacza śmierć. Śmierć dla każdego, kto zerwie pieczęcie, a nie będzie tym, kto miał je zerwać. Także dla mnie, gdybym miał zawieść. Wiesz o tym, archimatrono. Zresztą to ty uważasz, że wiozę Imię. A ja powiem, że nie mnie to wiedzieć i nie mnie o tym sądzić.
Zauważyłem, że porzucił śpiewny akcent i pokrętną gramatykę dawnej mowy. Pokazał, że dopuszcza rozmówczynię bliżej. Gest „prawej ręki".
— Och, oczywiście, że wieziesz Imię — odparła. — I wiem, co ono może zrobić. Wiem, co się może stać z kimś, kogo Imię nie zna. Ale ja jestem gotowa. Od zawsze. Mnie Imię posłucha. Jestem pewna, bo kiedyś je widziałam. I ono widziało mnie.
Wyprostowała się i usiadła inaczej, bardziej wygodnie, oparła się na ręku i rozluźniła. Zupełnie jakby dostała to, czego chce, albo zmieniła zdanie. Brus się nie ruszył, nadal siedział w pozycji „lewej ręki" mówiącej: nie. A kapłanka wciąż nie zaproponowała mu niczego.
— Wybacz starej kobiecie jej niecierpliwość — odezwała się archimatrona serdeczniejszym tonem. — Uważałam, że muszę przynajmniej spróbować. Trudno. Proszę tylko, żebyś opowiedział o mnie. Kiedyś... kiedyś każda Wieża miała swoje własne Imię. Lecz gdy Pramatka zasnęła, te imiona umarły albo odeszły. Ta Wieża — klepnęła dywan obok siebie — też je miała. Także kiedy tu przyszłam. Niewiele zostało, ale dość, żebym mogła poznać, czym jest moc jednego z Imion bogini. Ta moc wciąż się tli, lecz za słabo, żebym mogła ją wykorzystać. Tymczasem wszystko wymyka mi się z rąk. Po prostu powiedz o mnie, gdzie trzeba. Przypomnij, że osada Aszyrdym czeka na Imię. Jeśli go nie dostanie, wszystko może się stać. A teraz... — sięgnęła po pałeczkę i znowu uderzyła w gong, tym razem dwukrotnie — ugoszczę cię tak, jak gości się posłańca. Po to, żebyś nie zapomniał o mojej Wieży.
Adeptka wniosła tacę zastawioną kilkoma metalowymi miskami, i jeszcze jakieś dziwaczne naczynie. Srebrne, całe pokryte otworami układającymi się we wzory, stojące na podobnej do kielicha podstawce.
— Tak... — Uśmiechnęła się archimatrona. — To jest to, o czym myślisz... Będziesz mógł podzielić ze mną ukąszenie. Staniemy się jednym na chwałę Podziemnej. Tyle zostało mi z dawnego Imienia drzemiącego w pieczarze mojej Wieży. Dzięki temu zapamiętasz mnie i da ci to siły do dalszej podróży. Kiedy poczujesz, czym jest jedność Matki, zniesiesz potem wszystko.
Kapłanka zdjęła lśniące naczynie z podstawki i potrząsnęła nim lekko. Przez siateczkę drobnych otworów widać było, że w środku coś się porusza.
— Podaj mi dłoń — poprosiła, uchylając klapkę w pokrywce.
Brus drgnął wyraźnie, przez twarz przebiegł mu skurcz. Ja z trudem powstrzymałem okrzyk. Na rękę kapłanki wypełzła skorpenica. Nie tak wielka jak ta, która miała mnie zabić kiedyś, w moich komnatach Domu Stali. Ta była krótsza od mojego małego palca i jaskrawoczerwona w żółte pasy. Patrzyłem, jak pełza po dłoni archimatrony, prześlizgując się między palcami i strosząc jadowe kleszcze. Brus cofnął rękę.
— Ślubowałem czystość — rzekł. — Muszę wracać tam, gdzie jest Słowo. Jestem posłańcem. Oczami i nogami Słowa i nie wolno mi go opuszczać.
— Cśśś... — powiedziała uspokajająco archimatrona. — Przecież nie jesteś głupi. Spójrz, jaka mała. To poddana. Spójrz na pasy. Czyżbyś takiej nie widział? Brązowa królowa zabija, żółta obdarza posłuszeństwem, a ta daje jedność i kontakt z bóstwem. No, daj dłoń. Niech nas ukąsi. Niech wszystko stanie się jednym. Nie zostało mi już wiele. Imię prawie odeszło. Już niemal się nie rodzą. W podziemiach mojej świątyni kłębią się zwykłe, czarne skorpenice. Ich jad nie daje nic, tylko ból i chorobę. Ale teraz powinniśmy zostać sami.
Zwróciła się do adeptki klęczącej pod ścianą z pochyloną głową.
— Zabierz tego księżycowego szczeniaka do jego celi. Niech wypocznie przed podróżą i niech pilnuje tego ich Słowa. Niech zje i dobrze wypocznie.
Skłoniłem się w milczeniu, pilnując, by na mojej twarzy nie było znać przerażenia, a jedynie poczciwą, tępą głupotę „Pryszczatego" Agyrena.
Nie miałem pojęcia, o czym mówiła. Traktowała jadowitego owada, jakby stanowił prezent lub poczęstunek. A jeśli jego jad rzeczywiście może czynić? Jeśli kapłanka poczuje myśli Brusa albo, co gorsza, spojrzy na niego sama Podziemna Matka, to łatwo było przewidzieć, co się stanie.
Szedłem za dziewczyną dźwigającą w jednym ręku ciężki koszyk z pokrywą, w drugim lampę. Niebo nad wijącymi się korytarzami labiryntu zrobiło się już czarne i tylko chybotliwy płomyk oświetlał nam drogę.
Dziewczyna szła przodem i milczała, a ja byłem wdzięczny za rolę idioty. Nic nie musiałem mówić ani robić. Tylko uśmiechać się głupkowato, drapać i dłubać w nosie. To było łatwe.
Skręcała w korytarze bez namysłu i pewnie wybierała drogę wśród ścian skręcających się niczym kiszki kowcy, więc na miejsce szliśmy jedynie kilka chwil. Cały czas nasłuchiwałem z bijącym sercem, pewien, że za moment wydarzy się coś gwałtownego. Rozlegnie się jakiś dzwon, dźwięk rogu, czy po prostu spokojnie nadejdą kapłani lub świątynni strażnicy, żeby mnie powalić? Wiedziałem, że będę walczył. Ale wiedziałem też, ile to potrwa. Ile trzeba czasu, nim zapędzą mnie w ślepy zaułek, nawet jeśli zdobędę broń. Postanowiłem, że jeżeli zdołam wyrwać się za mury, nie będę próbował przechodzić przez przeklęty most. Ucieknę na stepy, może znajdę inny most lub bród.