Światy braci Strugackich - Czas uczniów
- Автор: Лукьяненко Сергей Васильевич, Скаландис Ант
- Год: 2001
- Язык: польский
- Год: Rebis
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Światy braci Strugackich - Czas uczniów». Краткое содержание книги:
Wybór: Andriej Czertkow
Borys Strugacki — „O problemie materializacji światów”
Siergiej Łukjanienko — „Krzątanina w czasie”
Ant Skałandis — „Druga próba”
Leonid Kudriawcew — „I myśliwy…”
Nikołaj Romanieckij — „Obarczeni szczęściem”
Wiaczesław Rybakow — „Trudno stać się bogiem”
Andriej Łazarczuk — „Wszystko w porządku”
Michaił Uspienski — „Smocze mleko”
Wadim Kazakow — „Lot nad żabim gniazdem”
Andriej Czertkow — „Nie umówione spotkania”
— Raczej nie.
Boże! — pomyślał Wiktor. O kim oni mówią? Czyja zwariowałem? Głową do przodu… Czy oni uważają go za żywego?
— Dziękuję, Wiktorze — odwróciła się do niego Selena. — Proszę, idź odpocząć.
— Mam odejść? — sprecyzował Wiktor.
— Wiktorze, proszę cię, idź już — powtórzyła, nie odpowiadając na pytanie.
Trzej chłopcy zgrabnie chwycili Beduina, tyle że nie jak zabitego, lecz jak rannego. Posadzili go w swoim jeepie.
— Aha, wyłącz silnik w tym gruchocie — przypomniała sobie Selena. — A my jedziemy.
Ale Wiktor wciąż stał i jak zaczarowany patrzył na siedzącego w jeepie Beduina, który wolno podniósł rękę i poprawił zbyt nisko opadły mu na twarz kaptur. Wiktor zacisnął powieki, pokręcił głową i popatrzył jeszcze raz. Beduin siedział nieruchomo.
— Wpadniesz do mnie wieczorem do hotelu? — Własny głos wydał się Wiktorowi obcy. — Obiecałaś.
— Nie wiem. Jeśli wrócę do miasta, to na pewno.
Już biegła do otwartych przednich drzwi jeepa, który tylko na nią czekał.
Wiktor odstawił na miejsce nie ukradzionego forda, zapalił papierosa i powlókł się z powrotem do Teddy’ego. Chyba czegoś tam nie dojadł, a że nie dopił — to na pewno.
Tyle że ani dojeść, ani dopić tym razem się nie udało. Ledwie Wiktor skręcił w zaułek w stronę Chłodnej, zobaczył biegnącego dziwnie chwiejnym krokiem Beduina.
Tak, tak. Wygląda na to, że w mieście zaczęło się najciekawsze na świecie polowanie — polowanie na ludzi. Za Beduinem biegli dwaj ludzie w dresach i kominiarkach na twarzach. Wiktor nie miał ze sobą broni, ale ocenił, że bliższego prześladowcę, jeśli uda się zręcznie podstawić nogę, obezwładni od razu, a z drugim jakoś sobie poradzi sam na sam. Zrobił krok w kierunku ściany, jakby usuwając się, i przygotował do ataku. Ale sytuacja na ulicy uległa błyskawicznej zmianie: z tyłu pisnęły hamulce i czyjś cholernie znajomy głos krzyknął:
— Wszyscy stanąć twarzą do ściany! Ręce nad głową, stanąć w rozkroku!
Bandyci w kominiarkach z zadziwiającą, niemal wytrenowaną szybkością i precyzją wykonali polecenie, a Beduin biegł dalej, jakby nic się nie wydarzyło. Wiktor nie zdążył ani stanąć przy ścianie, ani obejrzeć się na krzyczącego, ani nawet wybrać któregoś z tych wariantów, gdy rozległ się strzał i Beduin runął na wznak.
Wiktor odwracał głowę wolno, wolniutko, albo wydawało mu się, że robi to wolno. Bandyci wcisnęli się w ścianę i zamarli, Beduin również leżał bardzo cicho.
Obok samochodu przegradzającego jezdnię stał Anton Dum-bel z dymiącym pistoletem w ręku. Najprawdopodobniej dym z lufy dorysowała wyobraźnia Wiktora, rozbuchana po wszystkich burzliwych wydarzeniach dnia, ale to, że do Beduina strzelił właśnie Anton, nie podlegało dyskusji.
— Co pan tu, do diabła, robi, Baniew? — warknął Anton.
— Spaceruję — beztrosko odpowiedział Wiktor.
— Wielka szkoda, że spaceruje pan właśnie tutaj. Wielka szkoda — powtórzył z naciskiem Anton i zaczął wolno zbliżać się ni to do leżącego na środku ulicy Beduina, ni to do stojącego tuż przy nim Wiktora.
W tej chwili Wiktora ogarnęła panika: zaraz go po prostu sprzątną jako niepotrzebnego świadka. Sprzątną. Co za określenie!
A Dumbel podszedł do Beduina, jego ręka niby to przypadkowo zawisła dokładnie nad głową leżącego, i znowu ponuro powiedział:
— Wielka szkoda, Baniew, że musi pan to widzieć. Wielka szkoda.
I nagle Wiktor zrozumiał, co się wydarzy w następnej sekundzie. Dopiero co godzinę temu jego wyobraźnia podsunęła dokładnie taki obrazek, który jak w koszmarze właśnie się materializował. Anton przystawił do głowy Beduina długą oksydowaną lufę, aby wykonać kontrolny strzał. Wiktor nie mógł potem sobie przypomnieć, czy myślał w tej chwili o swoim życiu (przecież po czymś takim należy koniecznie sprzątnąć wszystkich świadków), ale jedno pamiętał z całą pewnością: on też bardzo, bardzo żałował, że na to patrzy.
Więc postanowił nie patrzeć.
Gwałtownym kopnięciem wytrącił pistolet z ręki Antona i czarny przedmiot, głośno odbiwszy się od ściany domu naprzeciwko, upadł na ziemię nieopodal ludzi w maskach. Dumbel stracił równowagę i usiadł na asfalcie. Kilka razy otwierał i zamykał usta, ale słowa z nich nie ulatywały, nawet z dźwiękami było kiepsko. Beduin natomiast poderwał się z nieoczekiwaną zręcznością, jak gdyby wcale nie był ranny, i skoczył w najbliższe podwórko. Bandyci, błyskawicznie zorientowawszy się w sytuacji, odkleili się od ściany i rzucili się za nim.
Sytuacja, jak w teatrze absurdu, wróciła do epizodu wyjściowego.
— Idiota!!! — ryknął Anton, wstając i ruszając na Wiktora. — Jest pan idiotą, Baniew! Chce pan wiedzieć, w czyje ręce oddał pan tego nieszczęśnika?
— Najpierw chciałem im przeszkodzić. Najpierw… — zaczął pokrętnie tłumaczyć się Wiktor. — Ale pan chciał go zabić, a ja nie mogłem do tego dopuścić…
— Idiota!!! — z nową mocą ryknął Anton. — Czy pan cokolwiek rozumie z tego, co się tu w ogóle dzieje?
— Noo… — Wiktor zawahał się.
— Kretyn! — wrzasnął Dumbel. — Jak nic nie wiesz, to się nie pchaj!!!
Po tych słowach Anton nie wytrzymał i uderzył Wiktora w twarz. Uderzenie wyprowadził z pasją, niemniej profesjonalnie. Nie zamierzał złamać przeciwnikowi szyi czy rozwalić czaszki — po prostu chciał mu wymalować limo po okiem i ewentualnie zafundować lekki wstrząs mózgu. Wiktor upadł, nie tracąc przytomności i szczęśliwie podkładając pod ciało. Poprzez mdlące wirowanie przed oczami widział, jak Anton podniósł swoją armatę i poszedł do wozu. W końcu Wiktorowi udało się usiąść.
— Tylko niech pan nie próbuje mi oddawać — powiedział z wściekłością Anton, zanim wsiadł do samochodu. — Jester w tej chwili bardzo, bardzo zły. Niech pan uważa, że upiekł się panu. Jeśli spotkamy się jeszcze raz w podobnych okolicznościach, jedyne, co mogę obiecać, to podpis pana prezydenta na pańskim nekrologu. Osobiście się o to zatroszczę.
Nie dał Wiktorowi możliwości kontry ani pięścią, ani słowem; trzasnął drzwiami i ostro zawróciwszy, odjechał.
Teddy popatrzył na Wiktora z wyrzutem. Potem zaproponował:
— Chce pan? Mam świetną maść na stłuczenia. — Dziękuję, Teddy, dawaj, wypróbujemy. Ale najpierw nalej mi, proszę, rektyfikowanej.
— Niespokojnie dzisiaj w mieście, panie Baniew — powiedział
Teddy, nalewając do szklanki na dwa palce. — Niech pan lepiej idzie do siebie do hotelu.
— Masz rację, Teddy — zgodził się Wiktor, z rozkoszą wlewając w siebie wódkę i zabierając maść. — Zapisz na moje konto wszystko, co należy.
Kwadryga siedział przy stoliku zupełnie sam i chyba spał. Przed nim stała praktycznie pusta butelka. Gdy Wiktor przechodził obok niego, nieoczekiwanie poderwał głowę i wyraźnie powiedział:
— Dlaczego muszę siedzieć przy jednym stoliku z zabójcami?
6
— Golem, proszę wejść — powiedział Wiktor, otworzywszy drzwi swojego pokoju. — Akurat zamierzałem coś wypić.
— Żeby tylko było zimne — żałośnie jęknął ciężki i spocony Golem, waląc się w fotel.
— Jeśli uważa mnie pan za sadystę, to zaraz przygotuję panu gluhwein, a jeśli nie, to proszę: gin z sokiem pomarańczowym. Jedno i drugie z lodówki.
Wiktor zmieszał najprostszy koktajl i podał Golemowi wysoką, już spotniałą szklankę.
— Ha! — zakrzyknął Golem. — Co się stało z pańską twarzą? Ach, przecież miał pan dzisiaj wypadek. Współczuję. Selena bardzo niestarannie prowadzi samochód.