Światy braci Strugackich - Czas uczniów
- Автор: Лукьяненко Сергей Васильевич, Скаландис Ант
- Год: 2001
- Язык: польский
- Год: Rebis
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Światy braci Strugackich - Czas uczniów». Краткое содержание книги:
Wybór: Andriej Czertkow
Borys Strugacki — „O problemie materializacji światów”
Siergiej Łukjanienko — „Krzątanina w czasie”
Ant Skałandis — „Druga próba”
Leonid Kudriawcew — „I myśliwy…”
Nikołaj Romanieckij — „Obarczeni szczęściem”
Wiaczesław Rybakow — „Trudno stać się bogiem”
Andriej Łazarczuk — „Wszystko w porządku”
Michaił Uspienski — „Smocze mleko”
Wadim Kazakow — „Lot nad żabim gniazdem”
Andriej Czertkow — „Nie umówione spotkania”
— Nie, to nie Selena tym razem zawiniła — wyjaśnił Wiktor. — To nasz wspólny znajomy o to się postarał. Sam mnie pan wczoraj z nim poznał.
— Co pan mówi! Czyżby Anton Dumbel?
— We własnej osobie. Trochę się nie dogadaliśmy w sprawach narodowościowych.
Golem smutno pokiwał głową:
— Zapomniałem pana uprzedzić. Anton łatwo wybucha, czasem nie potrafi się powstrzymać, rozmawiając z nim, trzeba ostrożnie dobierać słowa.
— Niech pan nie robi z Dumbela psychopaty, który bije po gębie za słowa. Po prostu już po naszej dyskusji postanowił zabić Beduina, a ja Beduina uratowałem, za co zapłaciłem lekko przefasonowanym obliczem.
— Poważnie? — Absolutnie poważnie.
— To ci inspektor do spraw narodowościowych!
— Jaki tam inspektor! Typowy agent specsłużby. Tylko jakiej? Nie wie pan?
— A dla pana to ważne?
— Teraz już tak. Groził mi. Powinienem jakoś się bronić, więc przede wszystkim chcę wiedzieć, przed kim.
— Cóż, pewności nie mam, ale ośmielę się sądzić, że reprezentuje resort bezpieczeństwa. Przy okazji: niesłusznie pan uważa, że nie jest inspektorem. Jedno nie przeszkadza drugiemu. Wie pan, czym jest nasze dzisiejsze ministerstwo do spraw narodowościowych? To jeden z zarządów byłego Federalnego Biura Ochrony i Kontrwywiadu. Proszę mi opowiedzieć o wszystkim.
Wiktor opowiedział.
— A ci dwaj, których pan opisał, to oczywiście żadni tam bandyci, raczej ludzie z zagranicznego wywiadu.
— Zagranicznego wywiadu? — powtórzył Wiktor. — Jakiego?
— No, tego to dokładnie nie wiem. A dlaczego to pana tak dziwi? Dzisiaj w naszym wspaniałym mieście można spotkać specsłużby wszystkich rodzajów, wszystkich krajów i narodów. Ja na przykład osobiście spotykałem się w Obozie z panami z Mossadu i Farachu. Nie tego samego dnia, rzecz jasna.
— Farach to jacyś Arabowie?
— Palestyńczycy — sprecyzował Golem. — A Mossad to Izrael.
— Wiem. A ci dwaj, co stale siedzą z nami w restauracji, tacy milczący, kojarzy pan? Jeden wysoki, a drugi…
— A, ci! Pamiętam ich, rzecz jasna.
— Oni też są z jakiegoś „Farachu”?
— Nie, ci to nasi, ale już nie z resortu bezpieczeństwa. Tak mi się wydaje.
— A mogę im się poskarżyć na Antona?
— Poskarżyć się pan może, ale nie radzę tego robić. Niech się pan nie pakuje w te gierki. Pan ma inne atuty. Pan musi pisać. Badać życie i pisać. I niech się pan nie boi wychodzić na ulicę, nikt pana nie ruszy. Jeśli oczywiście nie będzie pan przeszkadzał.
— Do czego mnie pan namawia, Golemie?
— Do niczego pana nie namawiam. Po prostu radzę, żeby się pan zajmował swoimi sprawami. Wszystkim radzę to samo.
— Schizoidom też?
— Schizoidom w szczególności. A propos schizoidów. Selena mówiła panu o zleceniu?
— Jak to, pan o tym wie? — zdziwił się Wiktor.
— Ja zawsze wszystko wiem — z godnością oznajmił Golem. — Tak więc pisać pan nic nie musi, wystarczy wystąpienie w telewizji.
— A co ja mam tam powiedzieć?
— Co pan chce — uśmiechnął się Golem. — Nie, poważnie, nie żartuję. Najważniejsze, żeby pan mówił o naszym mieście, o naszych problemach, o Beduinach, jeśli pan chce. Przygotują panu taki zgrabny tekst.
— Kto? — szybko zapytał Wiktor.
— Jak przygotują, to się pan dowie.
— Proszę posłuchać, Golemie, trudno się z panem rozmawia…
— Ale ciekawie.
— Zaraz, jeszcze nie skończyłem. Trudno się z panem rozmawia bez odpowiedniej porcji dobrego ginu.
— Och, to akurat żaden problem. Victoir, naleje pan? Wypili jeszcze po jednym i powstała pauza, dość normalna w wypadku dwu niemłodych panów, zmęczonych aż do otępienia pod koniec nieznośnie upalnego i niesłychanie burzliwego dnia. Przez okno było widać, jak za wzgórzami osiada słońce, rozpalone, złe, niemal wiśniowe w zakurzonym mętnym powietrzu. Chłodniej zrobi się dopiero za jakieś dwie godziny, ale i tak nie będzie czym oddychać. Wszyscy już do tego przywykli.
— Golemie, czy to prawda, że Beduini zupełnie nic nie piją?
— Alkoholu? Prawda. Religia im zabrania.
— Nie. Ze w ogóle nic nie piją. To znaczy wody. Golem zmierzył go współczującym spojrzeniem.
— Wiktorze, miał pan w szkole taki przedmiot: anatomia i fizjologia człowieka? No to po co zadaje pan głupie pytania?
— Nie wiem, tak mówią. W tym mieście niedługo będą mogli żyć tylko ci, co w ogóle nie muszą pić. Wodę puszczają coraz rzadziej. Naturalne zbiorniki powysychały, a napoje, sam pan wie, codziennie niesamowicie drożeją. W ogrodach od dawna nic nie rośnie, jabłonie uschły, psy giną jeden po drugim, tylko koty beduińskie, to znaczy syjamskie, się rozmnożyły. To nie może trwać wiecznie. Najprawdopodobniej odejdziemy stąd wszyscy, a pozostaną tylko ci, którzy nie potrzebują wody.
— Możliwe — nieoczekiwanie zgodził się Golem — tylko myli się pan co do Beduinów. To nie oni zostaną.
— A któż w takim razie? — zdziwił się Wiktor.
— Inni ludzie — mętnie odpowiedział Golem i jednym haustem dopił zawartość swego naczynia.
— Dzieci? — szybko zapytał Wiktor.
— Tak — przytaknął Golem. — Tyle że oni nie są dziećmi. Są podobni do dzieci, bierzemy ich za dzieci, ale to nie są dzieci.
— Chyba tak — zgodził się Wiktor, nalewając sobie czystego ginu. — Ale według wieku…
— Wiek to pojęcie względne — zaoponował Golem. — Dorastanie, dojrzewanie, starzenie może odbywać się w różnych okresach. Przyroda ma tutaj szerokie możliwości. Natomiast samo określenie „dzieci” to raczej termin społeczny. Każdy staruch może uważać siebie za dziecko, za syna swoich rodziców. Nasze dzieci tego nie uznają. Tak jak motyl nie uznaje gąsienicy za swoją matkę. Gąsienicy, która w wyniku jakiegoś dziwnego i bezsensownego przypadku żyłaby nadal po urodzeniu latającego pięknisia.
— A jak będą żyły tu dalej? — zainteresował się Wiktor. — Przecież, jak sam pan powiedział, muszą rodzić nowe gąsienice. Szczerze mówiąc, niezbyt dobrze pamiętam, jak tam się to dzieje u owadów, ale u ludzi chyba niewiele się zmieniło. Czy może nie mam racji? Proszę mi odpowiedzieć jako lekarz?
— Odpowiadam panu jako lekarz: chcą rodzić motyle i tylko motyle. Oraz umierać młodo.
— Niech pan poczeka, Golem, przecież to koszmar — powiedział Wiktor, nie czując, o dziwo, strachu. Kiedy wreszcie zrozumiał, co się dokoła dzieje, poweselał. Wypity w ciągu dnia alkohol nie pozbawił go zdolności logicznego rozumowania, a wręcz pomagał nie wpaść w rozpacz. Potworny, wykrzywiony obraz „nowego wspaniałego świata” widział teraz nie tylko w czarnych barwach.
— Koszmar — spokojnie zgodził się Golem. — Z naszego punktu widzenia.
Wiktor napił się jeszcze i powiedział:
— A co mają z tym wspólnego Beduini?
— Beduini? — zapytał w roztargnieniu Golem. Podniósł napełniony ponownie koktajlem kieliszek i popatrzył przez niego na purpurowy zachód za oknem. Żółtopomarańczowy trunek w tym złowieszczym świetle był krwawoczerwony jak sok z granatów. — Beduini — powtórzył. — Z jednej strony w ogóle nie mają z tym nic wspólnego. A z drugiej strony są jądrem tej sprawy. Boję się tylko, że pan tego nie zrozumie. Pamięta pan takie określenie: Bóg to miłość? Pewnie, że tak. Określenie, w swej istocie, słuszne. Ale Bóg odwrócił się od nas albo sami,o nim zapomnieliśmy. Albo wcale nie było Boga, nigdy nie istniał w przyrodzie, a istniała tylko idea, co zresztą nie jest istotne, ponieważ Bóg i idea Boga to jedno. Ale dzisiaj mamy do czynienia z innym Bogiem, który ma na imię Nienawiść. Nowi ludzie modlą się do Nowego Boga i znają się na nienawiści. Wiedzą, że nienawiść może być różna. Są dwa rodzaje nienawiści: pasywna, z której rodzi się obojętność, pogarda, żałość, tolerancja i nawet dobroczynność; i nienawiść aktywna, rodząca agresję, gwałt, zabójstwa, eksterminację narodów. W zasadzie ludzie ci modlą się do pierwszej nienawiści, ale po drodze muszą dotknąć drugiej. Większość już jej dotknęła, na — jak ją nazywają — Ostatniej Wojnie. Są teraz przekonani, że aktywna nienawiść płynnie przejdzie w pasywną, a potem zaniknie. Beduini, tak przy okazji, mówią też o nienawiści twórczej. Zresztą Beduini to ludzie chorzy i zapewne nie wolno poważnie traktować tego, co mówią, tym bardziej że…