Arivald z Wybrzeża
- Автор: Пекара Яцек
- Язык: польский
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Arivald z Wybrzeża». Краткое содержание книги:
Ilyenna podniosła oczy z nadzieją.
– Mamy czas i siły. – Arivald był pewien swego. – Tylko co potem? Czy chcecie wrócić do domu?
– O nie! – Ilyenna wzdrygnęła się. – Na pewno nie chcemy tam wrócić. Może zabierzesz nas ze sobą?
Arivald szybko rozważył wszystkie za i przeciw. Cóż, w końcu dlaczego nie? W Silmanionie piękne czarodziejki zrobiłyby furorę. Nie mówiąc już o tym, że ich umiejętności magiczne byłyby wdzięcznym obiektem badań dla silmaniońskich magów. Może zresztą młodsi czarodzieje mieliby ochotę zapoznać się nie tylko z ich biegłością w magii. A to swoją drogą mogłoby nie spodobać się na przykład Wielkiemu Mistrzowi, który zawsze uważał, iż czarodzieje powinni prowadzić życie, jak to nazywał, „porządne”. Cokolwiek miałby ten termin znaczyć.
Uczta została przygotowana nad wyraz pieczołowicie. Na stole pyszniły się bażanty nadziewane truflami, pieczone w miodzie gołąbki, płaty cieniutkiego jak bibuła jesiotra, kilkanaście rodzajów serów oraz pasztety. Honorowe miejsce zajmował dobrze wypieczony prosiaczek z jabłkiem w pysku, a obok stały kryształowe karafki z kilkoma rodzajami win.
– Zdrowie naszych gości – uśmiechnęła się Solyenna, unosząc kielich.
– Nie – zaprotestował z galanterią Galladrin – twoje zdrowie, o piękna, i twoich ślicznych sióstr.
Varrad wzniósł puchar w stronę Kylyenny, Arivald w stronę Ilyenny, tylko Velvelvanel ponuro siorbnął ze swego kielicha. Bardzo źle się czuł w aksamitnych zielonozłotych spodniach i kubraku tego samego koloru. Poza tym bufiaste rękawy koszuli ciągle wpadały mu do talerza.
Arivald upił łyk wina i znowu poznał, że jest leciutko zaklęte. Velvelvanel też to poznał, ostentacyjnie nalał sobie do kubka wody, a kieliszek z winem odstawił na bok.
– Co mamy z nimi zrobić? – zapytał tonem, który tylko przy nadmiarze dobrej woli można byłoby nazwać uprzejmym.
– Tak potężni magowie na pewno wymyślą coś, co zadowoli nas wszystkich. – Kylyenna poznała widać, że z Velvelvanelem nie należy żartować.
Arivald wspomagany przez Ilyennę opowiedział wszystko, czego dowiedział się od czarodziejki. Solyenna i Kylyenna od czasu do czasu wpadały mu w słowo i uzupełniały historię.
– No dobrze – rzekł Velvelvanel – ale co w takim razie robiła ta czarodziejska księga w Silmanionie? Skąd wzięły się w niej dwa arcyinteresujące zaklęcia? Może mi powiecie, że napisałyście je same?
– Och, nie! – Ilyenna się uśmiechnęła. – Oczywiście, że nie. My tylko…
– Może truflę, moja pani? – Galladrin nachylił się nad Solyenną, bardziej niż truflami interesując się jej biustem.
– Galladrinie! – Velvelvanel surowo spojrzał w stronę Panienki. Doskonale wcielił się w rolę starego czarodzieja czuwającego, aby młodzieniaszkowie nie narobili jakichś głupstw i koncentrowali uwagę na ważnych sprawach. Choć Arivalda trudno raczej było nazwać młodzieniaszkiem.
– Dobrze, dobrze – odparł Galladrin – już słuchamy.
– …my tylko wysłałyśmy ją do świata Varrada, a potem do waszego świata. Ale to nie jest księga w dosłownym znaczeniu…
– Ja czułem wiatr – przerwał jej mistrz żywiołów.
– No właśnie. To po prostu coś w rodzaju magicznego kondensatora, przybierającego różne postacie, w zależności od świata, w którym się znajdzie.
– Ale skąd, u licha, to się wzięło?! – wykrzyknął Velvelvanel. – Skąd wziął się ten pałac, skąd bierze się tu jedzenie, wszystkie przedmioty?
– Słuszna uwaga. – Arivald nie był zadowolony, że sam na to nie wpadł.
– Nie wiem. – Solyenna spojrzała pytająco w stronę sióstr, nim wypowiedziała te słowa. – Chyba myślałyśmy zawsze, że stworzyła to dla nas przełożona szkoły.
– Myślałyście, iż postanowiła ukarać was życiem w pałacu? – zgryźliwie zapytał Velvelvanel.
– Ty chciałeś się wydostać stąd od razu, kiedy tylko tu trafiłeś – odcięła się Ilyenna. – Myślisz, że życie w samotności jest takie przyjemne? W jednym miejscu? Kiedy zna się na pamięć wszystkie meble i pokoje? Może się zamienimy?
– Punkt dla ciebie, słoneczko – rzekł Arivald, nie zwracając uwagi na minę starego czarodzieja – ale faktycznie musimy sobie wyjaśnić, skąd się wzięło to wszystko. Lo!
Loharni lai Simenei pojawił się jak zwykle niespodziewanie, jakby wyłonił się z powietrza.
– Tak, panie Arivaldzie?
– Mamy problem, Lo, i chcielibyśmy, żebyś nam pomógł go rozwiązać, zgoda?
– Do usług.
– Jak dawno tu jesteś?
– Któż by policzył czas, który spędziłem w tym pałacu? – westchnął Lo. – Jestem tu od bardzo, baaardzo dawna.
– Jak długo przed ich przybyciem pojawiłeś się tutaj? – Arivald podbródkiem wskazał czarodziejki.
Lo chwilę się zastanawiał, a jego twarz złotowłosego cherubinka przybrała poważny wyraz.
– Bardzo, baaardzo długo – odpowiedział w końcu.
– Nigdzie tak nie zajdziemy – warknął Varrad. – Co nas to w końcu obchodzi, skąd wziął się cały ten pałac? Decydujmy, co robić z dziewczynami, i wracamy. – Przytulił mocno Kylyennę. – Pokażę ci, moja śliczna, świat, o jakim nawet nie marzyłaś.
Velvelvanel mocno stuknął pięścią w stół.
– Dość tego! Następny się znalazł, który nie może myśleć rozsądnie, kiedy baba zaświeci mu cyckami w oczy.
Varrad poderwał się z miejsca, zacisnął pięści, ale Velvelvanel był na to przygotowany. Szybko wypowiedział kilka słów i machnął w powietrzu dłonią. Varrad zakrztusił się, wytrzeszczył oczy i padł z powrotem na krzesło, głośno kaszląc. Arivald uśmiechnął się. Poznał Trzecią Karę Jezynazego. Pierwsza Kara powodowała przymus bekania, Druga Kara objawiała się czkawką, a dopiero Trzecia przybierała poważniejszą formę. Pełna nazwa tego zaklęcia brzmiała: Trzecia Kara dla Żarłoków, Łakomczuchów i Obżartuchów Autorstwa Jezynazego, ale wszyscy mówili po prostu Trzecia Kara. Jezynazy miał sześć lat, kiedy stworzył te zaklęcia, rozsierdzony faktem, że starsze rodzeństwo bezczelnie pożera zarówno swoje, jak i jego posiłki. Miał szczęście, bo dokonania malca zauważył pewien mieszkający niedaleko czarodziej i natychmiast zabrał go do szkoły w Silmanionie. Rzadko zdarzały się tak ogromne samorodne talenty, a Jezynazy stworzył swe zaklęcia, nie mając zielonego pojęcia o teorii magii i czerpaniu z Aury, po prostu intuicyjnie. Po osiemdziesięciu latach został Wielkim Mistrzem i do końca życia nie znosił obżartuchów.
– Bądźmy poważni – powiedział Arivald. – Nie chcemy przecież zmienić tego pięknego pałacu w pole magicznej bitwy – spojrzał w stronę Velvelvanela, który westchnął i zdjął zaklęcie z Varrada.
Mistrz żywiołów spojrzał na starego czarodzieja strasznym wzrokiem, ale nic nie powiedział. Arivald miał nadzieję, że nie będzie chciał się zemścić na Velvelvanelu, chociaż zdążył na tyle poznać mistrza żywiołów, aby wiedzieć, iż jest nieco, hm… żywiołowy.
– Lo, wytłumacz nam – znowu zwrócił się w stronę cherubinka – skąd się wzięło to wszystko – powiódł dłonią wokół.
– Jest – po chwili wahania odparł Lo. – Po prostu jest. Skąd wzięły się gwiazdy albo słońce? Kto zawiesił je na niebieskim firmamencie?
– Słońce jest rozgrzaną gazową kulą i zaręczam ci, że nikt go nie zawieszał – rzekł Velvelvanel – a pałace nie powstają ot tak sobie, nie wyrastają jak grzyby po deszczu czy pomidory na grządkach. Gdyby tak było, wszyscy mieszkalibyśmy w pałacach.
– Tu jest inaczej. – Lo zamyślił się znowu. – Tu spełniają się życzenia. Życzenia o mieszkaniu w pałacu, o dobrym jedzeniu i pięknych strojach. O pięknych kobietach, którymi można się opiekować.